/IW_2816-Musiałek_Józef-Rok_1914.djvu

			JÓZEF M. MUSIAŁEK 
ROK 1914 
PRZYCZYNEK DO DZIEJÓW 
BRYGADY JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO 
DOCHÓD ZE SPRZEDAŻY PRZEZNACZONY W CAŁOŚCI 
NA FUNDUSZ IMIENIA BRYG. JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO 
PRZEDRUK W CAŁOŚCI LUB CZĘŚCIOWO DEPARTA- 
MENTOWI WOJSKOWEMU N. K. N. DOZWOLONY 
KRAKÓW 1915 R. 
NAKŁADEM AUTORA 
3w zm 
DRUKARNIA LUDOWA W KRAKOWIE 
Wodzowi Józefowi 
Piłsudskiemu 
i Jego Bohaterom 
poświęca 
Autor. 
Chcąc spełnić jak najsumienniej włożone na mnie zadanie 
skreślenia historyi półrocznej walki Legionów Polskich, przystąpi- 
łem do pracy z pewną obawą. Pytanie, czy podołam nałożonemu 
na mnie zadaniu dzisiaj, w czasie gorącej walki, gdy dostępy do 
pierwszorzędnych źródeł są zamknięte, towarzyszyło mi w ciągu 
całej mojej pracy. 
Wiadomości, zawarte w dziennikach, są bardzo niewystarcza- 
jące; zwłaszcza z punktu widzenia czysto wojskowego dają one 
słaby tylko obraz toczącej się walki. Musiałem je zatem uzupeł- 
niać własnemi spostrzeżeniami i interwiewami z poszczególnymi 
oficerami Legionów. 
Może razić oko znawców budowa kreślonych dziejów: nawet 
mniejszej wagi działalność poszczególnych kompanii i batalionów, 
skreślona szerzej, niemal drobiazgowo, gdy tymczasem niemniej 
ważne, a nawet niekiedy ważniejsze zadania innych, opisane krótko. 
Powodem do tego były nadzwyczajne trudności, połączone z wy- 
dobyciem całego olbrzymiego materyału, którego najlepsze źródło 
znajduje się w notatnikach i raportach, stojących na placu boju 
oficerów. 
Dlatego też niniejsza książka z natury rzeczy nie może przed- 
stawić dokładnego obrazu całkowitej działalności Brygady Józefa 
Piłsudskiego za pierwsze sześć miesięcy, lecz być może jedynie dro- 
bnym ułamkiem historycznym wielkiej całości, jaką niewątpliwie 
po przycichnięciu burzy wojennej skreślą nasi historycy. 
Józef M. Musiałek. 
WSTĘP. 
Już przez cały miesiąc lipiec 1914 r. gromadziły się nad Europą 
ciężkie, ołowiane chmury. Horyzont chwilami rozjaśniał się trochę, 
to znowu przybierał barwę ciemną, miejscami zachodził krwa- 
wą łuną. 
Narody Europy ogarniał ogólny lęk przed czemś Nieznanem 
i Wielkiem. Zdawało się, że wszystkie serca biją żywszem, przy- 
spieszonem tętnem, a piersi licznych milionów wydają krótki, nie- 
normalny oddech... 
Wrażliwsi czuli już gryzący swąd dymu, słyszeli nieludzkie 
krzyki biegnących do ataku na bagnety tysiącznych szeregów, 
głęboki jęk rannych, widzieli stosy niezmierzone trupów, skoszo- 
nych udoskonalonemi narzędziami śmierci... 
I ludy Europy drżały na ten widok, tak dla nich straszny 
i groźny. Lękały się wielkich ofiar, gotowe były chwilami do 
ustępstw, nie mając pewności absolutnego zwycięstwa. 
Lecz z drugiej strony głębokie wewnętrzne przekonanie, że 
starcie jeżeli nie dziś, to za rok lub dwa będzie nieodzownem, 
zniewalało do rozpoczęcia walki. Unoszący się w powietrzu zapach 
świeżej krwi drażnił i upajał szalejące nerwy. 
Poszły wreszcie narody Europy pod naciskiem jakiejś ta- 
jemnej nieubłaganej mocy w śmiertelny tan. Wydobyły ze zbrojo- 
wni swych najpotworniejsze narzędzia śmierci i wytoczyły je prze- 
ciw sobie... 
I Naród Polski nie pozostał, nie mógł pozostać bezczynnym. 
Naród żywy, posiadający za sobą tysiącletnią tradycyę, nie mógł 
się zgodzić na rolę bierną, musiał wystąpić godnie, jak na wielki, 
z górą 23-milionowy naród przystało. 
Obnażył stary, wyszczerbiony w kilku wiekowych walkach 
ciężki praojców swoich miecz. Stworzył w trudnych warunkach 
własną siłę zbrojną — Polskie Legiony do walki z odwiecznym 
wrogiem. 
uO. 
Podniósł Polak prawicę w obronie swoich nieprzedawnionych 
praw i błysnął śmiało mieczem starym, a błysk jego przedarł ciem- 
ności nad polską ziemią i ukazał jej wschodzące jasne słońce... 
I mimo, że już lat blisko sto nie władał Ojców bronią, jak 
stary mistrz otoczył ją w półrocznym krwawym boju, świeżym 
laurowym wieńcem wielkiej sławy. 
I. Wybuch wojny europejskiej. 
Mała, butna Serbia, będąca jedynie najbardziej wysuniętym 
na południe posterunkiem rosyjskim, nie mogła i nie miała w swoim 
sporze z Austryą odegrać innej roli, aniżeli roli biernego narzędzia 
rosyjskiego. Rosya w ostatnich latach napełniała Serbię otuchą 
i nadzieją zdobycia ziem serbsko-chorwackich. Ponieważ w Rosyi 
od kwietnia odbywały się różne „mobilizacye" i zagadkowe prze- 
sunięcia wojsk ku zachodnim granicom, przeto gdy nadszedł ostry 
konflikt z Austryą, trudno było przypuszczać, aby mogło nastąpić 
inne załatwienie sporu, aniżeli z bronią w ręku. Zawikłanie Austryi 
w wojnę z Serbią miało być dla Rosyi momentem realizacyi da- 
wnych, czynionych Serbii przyrzeczeń na koszt monarchii austro- 
węgierskiej. 
Konflikt austro-serbski miał być tylko wstępem do wojny 
austryacko-rosyjskiej. Ponieważ do wybuchu wojny pomiędzy pań- 
stwami rozbiorczemi przywiązywano w Polsce od wieku wielką 
nadzieję, przeto nic dziwnego, że w miarę zaostrzania się kon- 
fliktu austro-serbskiego, cały obszar ziem polskich, a nawet dalekie 
kolonie polskie na obczyźnie, przechodził coraz więcej przejmujący 
dreszcz oczekiwania. 
Długo spętana polska dusza, wyglądająca z tęsknotą od lat 
z górą stu wielkiej wojny, mogącej przynieść Narodowi Polskiemu 
reaktywowanie jego praw do wolnego życia, na sam daleki jeszcze 
odgłos surm bojowych, odżyła, poczuła się wolną i niezależną. 
W polskich kołach niepodległościowych i w ich Organizacyach 
Wojskowych zapanowało powszechne przekonanie, że upragniony 
i długo oczekiwany Dzień Czynu się zbliża. 
Poczęto czynić gorączkowe przygotowania. Słowo „mobiliza- 
cya" było na ustach wszystkich. Poszczególni członkowie Zwiąż- 
100 
ków i Drużyn Strzeleckich załatwiali pospiesznie swe interesy 030- 
biste, by w razie otrzymania powołania, być w zupełności goto- 
wymi. 
Na ulicach Krakowa, jako niechybne zwiastuny wojny, snuły 
się szaro odziane postacie, zjawiali się dawno niewidziani w Kra- 
kowie, bawiący na urlopach, członkowie Związków i Drużyn 
Strzeleckich. Wszystko jakby instynktownie zjawiało się do starego 
grodu z kraju, a nawet z zagranicy, aby w razie mobilizacyi pol- 
skiej siły zbrojnej stanąć na pierwsze wezwanie. 
Nareszcie w dniu 28 lipca 1914 r. nastąpił wybuch wojny austro- 
serbskiej. Dla znających jako tako stosunki polityczne Europy był 
to niezawodny znak bliskiego wybuchu wojny conajmniej pomię- 
dzy trójprzymierzem a trójporozumieniem. Atmosfera dotąd na zie- 
miach polskich szczególnie ciężka, przepełniła się już wyraźnie 
zapachem prochu, podniecając do najwyższych granic ogólne roz- 
gorączkowanie u jednych, a intenzywną pracę u drugich. 
II. Działalność stronnictw niepodległościowych. 
Komisya Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych, 
przygotowująca już od szeregu lat społeczeństwo polskie do walki 
zbrojnej z Rosyą, rozpoczęła na gruncie galicyjskim, w Królestwie 
i na Emigracyi tem intenzywniejszą działalność. 
W dniu 28 lipca 1914, a więc w dniu wybuchu wojny austrya- 
cko-serbskiej, w przewidywaniu niechybnego konfliktu zbrojnego 
między Austryą a Rosyą, wydała Komisya S. S. N. szereg zarzą- 
dzeń, a między innemi i następującą do Narodu Polskiego odezwę: 
„Polacy! 
„Stoimy u wrót wypadków, które mogą zmienić mapę Europy, 
na długie lata przesądzić granice państw, rolę i prawa narodów, 
a których głównym teatrem będą ziemie polskie. 
Pod grozą utraty nietylko honoru narodowego, ale i nieprze- 
dawnionego dotąd prawa do samodzielnego bytu nie możemy w tej 
chwili pozostać ani obojętni, ani bezczynni. 
Czyn nasz musi być zdecydowany i silny, szeregi — zwarte. 
Wielkimi krokami zbliża się dzień, w którym nad wszystkiem za- 
panuje na ziemiach polskich jedno słowo — wojna! 
Do tej wojny staniemy jako siła czynna! 
Od szeregu lat przewidywaliśmy tę chwilę i, pomimo ogrom- 
nych przeszkód, płynących z bezmyślności i demoralizacyi wpły- 
wowych kół społeczeństwa, niezmordowanie wskazywaliśmy opinii 
9 
polskiej jej zadania i obowiązki, oraz wyjaśniali ogólną sytuacyę 
polityczną. Obecne wypadki najzupełniej potwierdzają nasze prze- 
widywania. 
Sztandar nasz wyraźny jest i znany, wyraźny też w tej od 
dawna spodziewanej wojnie front, zwrócony przeciw odwiecznemu, 
najokrutniejszemu i najniebezpieczniejszemu wrogowi — Rosyi. 
Pod sztandar ten wzywamy dziś wszystko w Polsce, co nie zatra- 
ciło poczucia godności i praw narodowych, oraz elementarnego 
zmysłu samozachowawczego. Od sił naszych, naszej zwartości 
i zdecydowania zależą nasze zwycięstwa, a od tych nasze prawa 
po wojnie. 
Kto nie z nami, ten przeciwko nam — musi dziś stać się 
naszem hasłem. Musimy stworzyć jeden polski obóz, musimy prze- 
dewszystkiem postawą naszą, zwartością i siłą nakazać milczenie 
tym, których słowa i czyny bezpośrednio lub pośrednio sprzyjają 
Rosyi. 
Od konfederacyi Barskiej po dzień dzisiejszy „partye rosyj- 
skie" w Polsce były naszem nieszczęściem, sprawczyniami niepo- 
wodzeń naszych ruchów wyzwoleńczych, przyczyną dzisiejszego 
naszego położenia i rozbicia. Dziś „partyi rosyjskiej" w Polsce być 
nie powinno. Gdy wojna wybuchnie — Polacy muszą iść przeciw Rosyi. 
Nasze organizacye militarne — zawiązek polskiej armii — 
spełnią swoje zadanie. Zasilanie tych organizacyj ludźmi, a Pol- 
skiego Skarbu Wojskowego pieniądzmi, jest pierwszem dziś zada- 
niem społeczeństwa. 
K. S . S . N . świadoma odpowiedzialności za czyny swe przed 
historyą, prowadzić będzie w dalszym ciągu prace przygotowawcze 
do akcyi wyzwoleńczej, aż do momentu, w którym powoła do ży- 
cia Rząd Narodowy. 
Dziś w tak doniosłej chwili odwołuje się K. S . S . N . do 
wszystkich patryotów w trzech zaborach Polski, w pierwszym zaś 
rzędzie do rodaków w rosyjskim zaborze, by się skupili pod jej 
sztandarem i spełnili swój obowiązek". 
Trudno o dość jaśniejsze określenie swego programu, trudno 
o większe zrozumienie powagi chwili i poczucia obowiązków, tru- 
dno o więcej idealizmu, jaki zawierają te krótkie, mocne wyrazy. 
Wtedy, gdy wszystko w Polsce jakoby skurczyło się pod cię- 
żarem zbliżających się wielkiej wagi wypadków, gdy ludzie wielcy 
wczoraj, stają się nagle dzisiaj bezsilnymi karłami, gdy z dusz 
ludzkich zamiast wzmożonego naturalnego ciepła, wieje chłód, bez- 
nadziejna pustka, Stronnictwa Niepodległościowe podniosły z go- 
dnością wysoko i śmiało sztandar Niepodległości Polski, ratują 
honor Narodu, zapowiadając, że „do tej wojny staniemy jako siła 
czynna". 
10 
Stronnictwa Niepodległościowe, nie zaniedbując bynajmniej 
czynności na terenie galicyjskim, odrazu skierowały swój troskliwy 
wzrok na teren główny swej działalności, na Królestwo Polskie. 
Te miliony liczne polskiego ludu, obsiadłego gęsto od Prosny po 
Bug i od górnej Wisły po Kurpiów bory, mające odegrać w tych 
olbrzymich zapasach pierwszorzędną rolę, stały się najważniejszym 
punktem troski i opieki Stronnictw Niepodległościowych. 
Uświadomienia mas można było w danej chwili dokonać je- 
dynie przez rozrzucenie pism i broszur, przez agitacyę osobistą. 
Zaraz zatem po wypowiedzeniu wojny Serbii przez Austryę, 
Komisya Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych wy- 
daje w imieniu: Polskiej Partyi Socyalistycznej, Związku Chłop- 
skiego i Związku Patryotów w zaborze rosyjskim, oraz Polskiego 
Stronnictwa Ludowego, Stronnictwa Ludowego, Polskiej Partyi So- 
cyalno-demokratycznej i Polskiego Stronnictwa Postępowego w za- 
borze austryackim specyalną odezwę do Narodu Polskiego w za- 
borze rosyjskim o następującej treści: 
„ Obywatele! 
„Austrya wypowiedziała formalnie wojnę Serbii. Nikt nie wątpi, 
że małe państewko bałkańskie nie odważyłoby się ściągać na siebie 
klęskę zatargu zbrojnego z potężnym państwem Habsburgów, gdyby 
nie nadzieja na pomoc Rosyi. Za plecami Serbii stoi carat rosyjski — 
i wojna austryacko-serbska może sprowadzić wystąpienie zbrojne 
Rosyi przeciw Austryi ze wszystkimi jego skutkami międzynaro- 
dowymi. Możliwość ta jest dziś prawdopodobniejsza, niż kiedykol- 
wiek w ciągu ostatnich lat kilkudziesięciu. 
Wojna austryacko-rosyjska toczyć się będzie na naszej ziemi. 
Nasz kraj i lud przedewszystkiem padnie jej ofiarą. Na nas zwalą 
się jej ciężary, my najsilniej odczujemy jej straszną grozę. Ale 
wojna ta może się stać jednocześnie źródłem naszego odrodzenia, 
rękojmią lepszej doli Narodu Polskiego. To zaś tylko od nas. 
zależy. 
Jeśli pozostaniemy bierni, bezwładni, jeśli nie potrafimy zdo- 
być się na czyn męski, ofiarny, jeśli nie rzucimy na szalę nad- 
chodzących wypadków naszego wysiłku zbrojnego, nie zasłużymy 
po prostu na lepszą przyszłość. 
Od nas zależy przyszłość nasza. Musimy wyzyskać chwilę 
dziejową, aby zerwać z przeszłością niewolników i stanąć do walki 
o wyjarzmienie Narodu. Zbliża się chwila, kiedy największy wróg 
nasz, carska Rosya, znajdzie się w położeniu, umożliwiającem nam 
skruszenie więzów. Cały naród polski jak jeden mąż musi zwrócić 
się przeciwko Rosyi i, mszcząc się za wiekowe krzywdy, zetrzeć 
wszelki ślad panowania najazdu rosyjskiego na ziemi polskiej. 
Dziś już nie jesteśmy tem, czem byliśmy podczas zawieruchy 
100 
bośniackiej, ani nawet w dobie ostatniego naprężenia międzynaro- 
dowego. Dziś świadomość konieczności walki na śmierć i życie 
z najazdem rosyjskim przeniknęła głęboko w masy. Dziś mamy już 
liczne zastępy bojowników, którzy ujmą w swe ręce sprawę stwo- 
rzenia polskiej armii rewolucyjnej. 
Gdy wojna rosyjsko-austryacka wybuchnie, nadejdzie moment 
rozstrzygający dla sprawy wolności Polski, który musimy wyzyskać. 
Niechże każdy, w kim tętni żywo pragnienie wolności, kto wierzy 
w lepszą przyszłość Narodu, przygotowuje się jak najspieszniej do 
walki z Rosyą — aby z chwilą zjawienia się w kraju pierwszych 
polskich oddziałów powstańczych ogół był gotów do powszechnego 
wystąpienia. 
Gotując się do walki, należy jednocześnie wszelkimi sposo- 
bami tępić i niszczyć próby polityki prowadzonej w społeczeństwie 
polskiem na rzecz Rosyi. Trzeba wypleniać jak najenergiczniej 
złudzenia co do wrzekomych ustępstw caratu na rzecz Polaków 
za cenę ich opowiedzenia się po stronie Rosyi. Należy wpajać 
w jak najszersze masy przekonanie, że tylko zbrojna siła własna, 
rzucona w chwili rozstrzygającej na szalę wypadków, zapewni 
lepszą przyszłość Polsce. 
Wzywamy do skupienia się pod sztandarem walki powstań- 
czej w Rosyi wszystkich, kto odczuwa hańbę niewoli, a pragnie 
wolności. Wzywamy robotników i chłopów, inteligencyę i mieszczań- 
stwo do stworzenia pogotowia wojennego. Niech powstanie wielka, 
ogarnięta jedną myślą wyzwolenia, armia ludowa, a wróg nie zdoła 
się jej oprzeć." 
Na terenie Królestwa Polskiego wrzała gorączkowa praca; 
obudził się w udręczonym od wieku narodzie niespożyty duch 
ofiarnej, wytężonej pracy. Mimo czujności władz rosyjskich odby- 
wały się po wszystkich prawie miastach i miasteczkach tajemne 
zebrania, celem powzięcia decyzyi, celem naradzenia się nad spo- 
sobami i środkami walki z Rosyą. W szczególności Stronnictwa Nie- 
podległościowe, połączone w Komisyi S. S. N., rozwinęły w kraju 
energiczną działalność. Emisaryusze ich udawali się w najdalsze 
zakątki Królestwa Polskiego, gdziekolwiek było najmniejsze sku- 
pienie robotnicze, by siać zdrowe ziarno idei walki zbrojnej o Nie- 
podległość. Warszawa i inne większe skupienia przemysłowe stały 
się centrum ruchu zbrojnego. Promieniowały one na kraj cały, 
obejmując go gęstą siecią organizacyjną. Polska Partya Socyalisty- 
czna pracowała głównie wśród proletaryatu miejskiego, a Związek 
Chłopski na wsi. 
Między innemi wydał Związek Chłopski w Warszawie w dniu 
28 lipca 1914 następujące wezwanie na wypadek wojny: 
12 
„Bracia! 
„Wojna Austryi z Rosyą lada dzień wybuchnąć może. 
Serbowie, licząc na pomoc Rosyi, nie zgodzili się na żądania 
Austryi, znane nam z gazet i na polach serbskich już słychać 
strzały. Naprawdę to nie z małą Serbią, ale z wpływem cara ro- 
syjskiego w Serbii, z rosyjskiem podjudzaniem przeciw Austryi 
wybuchła ta wojna. Dlatego każdej chwili przenieść się może na 
naszą ziemię. Płonąć mogą nasze wsie i miasta, a ziemia krwią 
się zczerwieni. Zabierać mogą naszych ludzi, w carski mundur ob- 
lekać i bić się kazać — za cary. Ginąć nam wtedy każą Moskale 
w obronie moskiewskiej niewoli, za naszą nędzę i poniewierkę, za 
więzienia, Sybir, katorgę i szubienice. Przeciw braciom naszym 
z zaboru austryackiego nas poszlą na walkę bratobójczą. 
Bracia! Nie my wojnę wywołamy i nie od nas zależy ochro- 
nić Królestwo od wojny. Czy chcemy, czy nie chcemy, to wojna 
będzie, jeśli ma być. Wiadomo, że wojna jest straszną i zawsze 
wymaga krwi i wysiłku. Ale naszą rzeczą jest wszystko przewi- 
dzieć i korzyści z niej wyciągnąć. 
Jeżeli będziemy siedzieć bezczynnie i damy posłusznie co 
Moskwa zażąda: ludzi, konie, dobytek, będziemy mieć tylko stratę, 
a żadnego zysku. 
Z naszego gruntu, z naszego kraju będzie wszystko brał 
Moskal dla własnej korzyści. Jeżeli natomiast staniemy do walki 
przeciwko Rosyi, to przelejemy krew w walce pożytecznej o nasze 
własne sprawy, o Polskę. 
Bracia! W naszych twardych rękach jest przyszłość Polski. 
Chłopskiemi i robotniczemi rękami musimy ją wywalczyć. 
Dziś lub jutro w razie wojny stanie przed nami nieunikniona 
konieczność czynu. Nieraz głosiliśmy w odezwach i w „Chłopskiej 
Sprawie" o tem, że wojna ta jest możliwą i w razie, gdyby wy- 
buchła, staniemy do walki przeciw Rosyi. 
Bracia! Musimy być gotowi. Z pierwszą wieścią o rozpoczęciu 
wojny Austryi z Rosyą musimy porwać się jak jeden mąż do 
walki pod komendą własną dla Polski. Równocześnie z wojskami 
austryackiemi wkroczą do Królestwa bracia nasi chłopi i robotnicy 
z Galicyi, zorganizowani jako wojsko polskie w szeregi strzeleckie, 
żeby razem z nami, tu na miejscu w Królestwie podjąć walkę 
przeciwko moskiewskiemu panowaniu, walkę o niepodległą Polskę 
ludową. Już oddawna uczyli się bracia nasi w Galicyi sztuki woj- 
skowej, żeby mogli zaraz po wejściu do Królestwa tworzyć oddziały 
pod umiejętną komendą. 
Na pierwszą wieść o tem, że wojska polskie działają już 
w Królestwie, spieszmy do polskich szeregów. 
Pod własną polską komendą, dla naszej własnej sprawy sta- 
niemy do walki. Ale nim to nastąpi, musimy się przygotować i za- 
100 
opatrzyć. Od dziś dnia, od tej chwili spadają ważne obowiązki na 
wszystkich, na młodych i starych, na mężczyzn i kobiety. 
Każdy mężczyzna zdolny do noszenia broni powinien być go- 
tów do połączenia się z oddziałem polskim. Powinien sobie przy- 
gotować: dwie albo trzy zmiany czystej bielizny, dwie pary mo- 
cnych butów, szare mocne ubranie i szarą czapkę, worek wąski 
i długi do noszenia rzeczy i żywności na plecach, bańkę na wodę. 
Broń dostaniemy, gdy chwila przyjdzie. 
Mężczyzni za starzy albo za słabi do szeregów wojennych 
i kobiety mają roboty inne. Ich obowiązkiem robota w polu i go- 
spodarstwie opuszczonem przez tych, co poszli się bić o wolność, 
przygotowanie zapasów żywności dla siebie i dla oddziałów pol- 
skich, zapasów bielizny, odzieży, opatrunków. Wszystko to ma być 
dobrze ukryte przed wojskami moskiewskiemi, dostać je powinny 
tylko oddziały polskie i ludzie przez nich wysłani. 
Nie możemy wymieniać wszystkich obowiązków. Trzeba mieć 
głowę na karku i wedle tych ogólnych wskazówek działać po- 
spiesznie i po cichu. 
Pamiętajmy bracia, żeśmy u siebie w Polsce gospodarzami. 
Niech Moskale poczują, że nasz grunt pod ich nogami niepewny. 
Psuć wojskom moskiewskim co się da. Niszczyć druty tele- 
graficzne, mosty, szyny kolejowe. Utrudniać wszelkimi sposobami 
każdy ruch i każdą czynność. Wojskom rosyjskim nie dawać praw- 
dziwych wiadomości o naszych, tylko fałszywe i w błąd wprowa- 
dzające, żeby Moskale naszym szkodzić nie mogli i sami ponieśli 
klęskę. 
Naszym polskim oddziałom trzeba dostarczać prawdziwych 
i bardzo pewnych wiadomości o tem, gdzie, w jakiej ilości i jakiej 
broni są nieprzyjaciele Moskale. 
Już teraz dawać pilne baczenie na ruchy wojsk, magazyny 
wojskowe, forty i t. p. 
Tyle co do wojsk rosyjskich. 
Bracia do pracy! 
Precz z rządami Rosyi w Polsce! 
Chcemy wolności, walkę podejmiemy i zwyciężymy!" 
100 
Ale nie tylko na ziemiach polskich rozwinęła się wzmożona 
działalność organizacyjna Stronnictw Niepodległościowych. Gdzie- 
kolwiek tylko na emigracyi było jakieś mniejsze lub większe sku- 
pienie polskie, wszędzie rzucono się do pracy zmierzającej do czynu. 
Szczególniej młodzież, rozprószona po zachodnich krajach Europy, 
jak w Szwajcaryi, Francyi, Belgii etc., śledziła bacznie bieg rozwi- 
jających się wypadków i zamanifestowała odrazu silnie swoje nie- 
podległościowe stanowisko. 
Z właściwą sobie głęboką wiarą i młodzieńczą werwą rzuciła 
młodzież polska wezwanie do walki: jędrne, żołnierskie słowa, 
żywiołową siłą swą porywające. 
Jako jeden z objawów niespożytej żywotności naszej mło- 
dzieży, jej gorliwego pojmowania obowiązku wobec rodzinnego 
kraju, niech posłuży następująca odezwa, wydana w daiu 28 lipca 
1914 r. przez Zarząd Główny Unii Stowarzyszenia Polskiej Mło- 
dzieży Postępowej Niepodległościowej w Leodyum: 
„Do Ogółu Młodzieży Polskiej. 
„Koledzy i Koleżanki! 
„Stoimy wobec doniosłych wypadków dziejowych. Rozpoczęła 
się wojna serbsko-austryacka, która pociągnąć może za sobą wprost 
nieobliczalne konsekwencye. Płomień bałkański rychło a przerzucić 
się może do kraju naszego, do Polski. Carat rosyjski, który za- 
inspirował oporną postawę Serbii wobec olbrzymiej monarchii 
Austryacko-Węgierskiej — niebawem a siłą poprzeć może małe 
państewko Bałkańskie. Wojna austryacko-rosyjska z konieczności 
rzeczy na naszej przedewszystkiem odbiłaby się skórze. 
Musimy więc wraz z całym Narodem Polskim stanąć do niej 
przygotowani, silni. 
Jako rewolucyjna młodzież polska w chwili takiej winniśmy 
przedewszystkiem wypełnić swój obowiązek! 
Niema czasu na dyskusye i spory. Hasłem naszem teraz żoł- 
nierskie jedynie winno być posłuszeństwo tym, którzy sprawę wy- 
zwolenia Ojczyzny ujęli w swe ręce! Instytucyą taką, ciałem, któ- 
remu wyłącznie zaufać możemy — jest dziś Komisya Skonfedero- 
wanych Stronnictw Niepodległościowych. 
Jedynie w tej konfederacyi widzimy reprezentowane insurek- 
cyjne żywioły polskie: obok przedstawicieli chłopa polskiego i ro- 
botnika widzimy tam wszystkie rewolucyjne żywioły polskie! 
Jedynie Komisya Skonfederowanych Stronnictw Polskich daje 
nam gwarancyę najodpowiedniejszego zużytkowania naszych sił! 
To też pod sztandar Komisyi S. S . N. wzywamy ogół polskiej 
młodzieży! 
Każdy, w kim tętni krew rewolucyonisty polskiego, każdy, 
komu drogiem jest wyzwolenie kraju z niewoli największego wroga 
15 
naszego, caratu — każdy, kto szczerze ukochał sprawę Polski — 
wstąpić winien w nasze szeregi. 
Jak jeden mąż stanąć winniśmy w pogotowiu zbrojnem — 
jak jeden mąż poprzeć winniśmy energią naszą i siłą zamiary Ko- 
misyi S. S . N . Niechaj żadnego z nas nie zbraknie w szeregu. 
W zbrojnem pogotowiu czekajmy — ufni, że gdy wybije go- 
dzina, powoła nas dla Sprawy Świętej Komisya Skonfederowanych 
Stronnictw Niepodległościowych lub Rząd Narodowy przez nią stwo- 
rzony. 
„Hej bracia do szeregu! z jednakową myślą z dłonią w dłoń!" 
a nadewszystko z wiarą, że „choć wielu z nas padnie, przyszłość 
będzie nasza!" 
Wreszcie w dniu 2 sierpnia 1914 r. wybuchnęła wojna nie- 
miecko-rosyjska. Pożar, wzniecony ręką Rosyi na Bałkanie, zataczał, 
jak to było do przewidzenia, coraz większe kręgi i groził całemu 
kontynentowi europejskiemu pożogą strasznej wojny. Konflikt po- 
między Austryą a Rosyą stał się nieunikniony, był zaledwie kwe- 
styą kilku dni. 
Po wybuchu wojny niemiecko-rosyjskiej działalność Stronnictw 
Niepodległościowych w Królestwie doszła do punktu kulminacyj- 
nego. Poczęła się szerzyć gwałtownie propaganda za pośrednictwem 
pism i odezw, zmierzająca do powstrzymania rekruta polskiego 
przed wstępowaniem w szeregi rosyjskie, a za wstępowaniem w sze- 
regi polskie. Polska Partya Socyalistyczna, Związek Chłopski i inne 
organizacye niepodległościowe Królestwa pracowały gorliwie w tym 
kierunku. 
Związek Chłopski wydał po wybuchu wojny niemiecko-rosyj- 
skiej następujące wezwanie do rezerwistów polskich Królestwa: 
„Bracia! Wojna już rozpoczęta! 
Ścierają się już z sobą wojska rosyjskie i pruskie, a lada 
godzina wejdą do Królestwa wojska austryackie. Przypominamy 
Wam, Bracia, iż jednocześnie z austryackiemi wojskami wkroczą 
wojska polskie, które podejmą walkę przeciw Rosyi o Niepodległą 
Polskę Ludową. Nastąpi to lada dzień, lada godzina, może jutro, 
a może dziś jeszcze. 
Chcemy wolności. Chcemy Moskala precz wygnać z Polski 
i stać się prawdziwymi gospodarzami na ziemi naszej. Lecz ażeby 
to stać się mogło, trzeba powiększyć szeregi wojsk naszych polskich! 
Bracia! Czas już spieszyć do szeregów naszych! Nie zwlekać, 
nie czekać na nic, tylko już, natychmiast, spieszyć do Galicyi, do 
Krakowa i wstępować do Związków strzeleckich. 
Rozkazał nam car, abyśmy zebrali się na punktach zbornych. 
104 16 
Nie zdążył przeprowadzić mobilizacyi w Królestwie tak, jak to zro- 
biły Austrya i Prusy u siebie. 
Rozkazał car zapasowym dążyć za wojskami swoimi, by ich 
potem przeciw braciom naszym z Galicyi użyć, by uczynić rzeź 
bratobójczą. 
Bracia! Zamiast słuchać rozkazów cara, uciekajmy z punktów 
zbornych, by walczyć w szeregach polskich przeciw wojskom cara. 
W gospodarstwie niech Was zastąpią niezdolni do neszenia broni 
mężczyźni i kobiety. 
Spieszcie Bracia! Wielka godzina, w której się losy nasze 
ważą, już przyszła. Polska wszystkich synów do walki wzywa. 
W naszych chłopskich rękach losy Polski leżą. Na naszych 
barkach ją dźwigniemy, naszemi dłońmi wolność wywalczymy. 
Bracia do szeregów polskich spieszcie!" 
Jednocześnie z wezwaniem Związku Chłopskiego krążyła po 
wsi polskiej w Królestwie następująca bezimienna odezwa: 
„Do Obywateli zapasowych! 
„Wybuch wojny nastąpił. Wojska przekraczają granicę bić Mo- 
skala. Rząd rosyjski w ucieczce opuszcza kraj. Wybiła godzina 
wojny. Z drugiej strony kordonu już zebrane są szeregi polskiej 
armii. Lada dzień przejdą granicę polskie oddziały, by po stuletniej 
niewoli wystąpić z wrogiem do walki, by kraj nasz wolnym uczy- 
nić. Przed wami, gospodarze, są dwie drogi: albo iść do Moskala 
i walczyć przeciw ojczyźnie i swemu bratu, co w armii polskiej 
idzie bić wroga, albo z polskim ruchem powstańczym pomścić swe 
krzywdy. 
Dziś, gdy osaczony carat cofa się do fortec, przyszła chwila, 
byśmy o swe prawa z bronią w ręku się upomnieli. Zwycięstwo 
leży w waszych rękach. Wam dziś los powierzył Polskę. Lud pol- 
ski nie pójdzie wysługiwać się swemu wrogowi. Pójdzie walczyć 
za ojczyznę! 
Nie dać rekruta. 
Rozejść się i czekać wojsk polskich! 
Zaciągać się do szeregów polskich!" 
Rozszerzająca się z dnia na dzień działalność Stronnictw Nie- 
podległościowych, wzrastająca z każdą godziną powaga chwili, na- 
kazywała stworzenie jakiegoś autorytetu, mogącego wziąć odpo- 
wiedzialność za czyny, objąć Naczelne Kierownictwo ruchu. Do- 
tychczasowy sposób prowadzenia czynności okazywał się coraz 
więcej niewystarczającym. 
W Krakowie poczęły działać publicznie różne Wydziały przy- 
gotowawcze, jak skarbowy, intendantura, mające za cel gromadzenie 
funduszów, zaopatrzenie w ubranie, broń i żywność mających lada 
dzień wyruszyć na plac boju Strzelców. W szczególności Wydział 
skarbowy, prowadzony w pierwszych dniach pod kierownictwem 
jednego z wydziałowych Związku Strzeleckiego, Dra Kiernika, roz- 
winął energiczną działalność. Zorganizowano na szeroką skalę zbie- 
ranie darów na rzecz Polskiego Skarbu Wojskowego, wydano sze- 
reg zarządzeń i odezw celem przysporzenia skromnemu skarbowi 
strzeleckiemu dochodów. 
Między innemi w pierwszych dniach sierpnia rozrzucono 
w wielkiej ilości po Krakowie i kraju następującą gorącą odezwę 
Zarządu Głównego Polskiego Skarbu Wojskowego. 
„Polacy! 
„Na ziemiach polskich toczą potężne armie śmiertelną walkę, 
która musi zmienić mapę Europy i zadecydować o losie naszego 
narodu. 
Polskie organizacye strzeleckie spełnią swój obowiązek, gdy 
ich rozkaz powoła do walki. Pójdą w bój przeciw caratowi, niosąc 
swą krew i życie w ofierze dla wyzwolenia narodu. 
Obywatele! Spełnijmy nasz obowiązek, nieśmy pomoc wal- 
czącym, zaopatrując ich w broń, odzież i żywność. 
Niechaj ofiarność nasza odpowiada powadze chwili obecnej. 
Składajmy na Polski Skarb Wojskowy". 
Ponieważ Królestwo Polskie było przyszłym terenem walki, 
przeto z konieczności przesunął się na teren Królestwa, a w szcze- 
gólności na Warszawę i większe miasta prowincyonalne cały ciężar 
pracy konspiracyjnej. Tam też mogło jedynie powstać centrum władzy, 
mogące być uznane przez ogół Królestwa Polskiego, będące w stanie 
ująć ruch zbrojny w swoje ręce. 
Zatem jako nieodzowna, wypływająca z warunków pracy 
i dobra Sprawy konieczność, wśród ciężkiej pracy konspiracyjnej 
utworzył się w Warszawie dnia 3 sierpnia 1914 r. Rząd Narodowy. 
I po latach pięćdziesięciu rozległo się na całą Polskę niosące 
w sobie zarodek siły, krótkie żołnierskie wezwanie Rządu Naro- 
dowego ! 
„Polacy! 
„W Warszawie utworzył się Rząd Narodowy. Obowiązkiem 
wszystkich Polaków jest skupić się solidarnie pod Jego Władzą. 
Komendantem polskich sił wojskowych mianowany został ob. Józef 
Piłsudski, którego rozporządzeniom wszyscy ulegać winni". 
Wrażenie tej odezwy w Królestwie Polskiem było bardzo silne. 
Nie tylko sfery niepodległościowe, które przyjęły ją z entuzyazmem, 
lecz i koła niezadowolone z tak zwanych wpływów „galicyjskich", 
2 
18 
odetchnęły spokojniej. Rozumiano ogólnie potrzebę zachowania na 
pewien czas w tajemnicy nazwisk członków Rządu Narodowego, 
gdyż tego wymagało dobro sprawy. Świadomość, że Rząd Narodowy 
wytworzony na terenie Królestwa Polskiego, będzie działać li tylko 
dla dobra ludności kraju, budziła jak największe w tych kołach 
zaufanie; przemawiała do głębokiego poczucia obowiązku mieszkań- 
ców kraju. Hasło pracy dla siebie samych, bez względu na przy- 
wiązane do niej trudności, przyjęto z prawdziwym zapałem. Jako 
rekompensatę za trudy i niebezpieczeństwo pracy, widziano godną 
narodu wolnego rolę: narodu idącego ku swej przyszłości nie w roli 
wasala którejkolwiek ze stron wojujących, lecz samodzielnie walczą- 
cego w imię własnego dobra, w imię niepodległości swego kraju. 
Wreszcie ukonstytuowanie się niezależnego od obcych Polskiego 
Rządu Narodowego nadawało sprawie polskiej silne piętno między- 
narodowe, dawało większą rękojmię, iż po wojnie, na konferencyi 
europejskiej, głos Narodu Polskiego, mającego swoją ulegalizowaną 
wypadkami reprezentacyę, Rząd Narodowy, wysłuchanym być musi. 
Mianowany przez Rząd Narodowy Naczelnym Wodzem Polskich 
Sił Zbrojnych Józef Piłsudski cieszył się w kraju nie tylko wśród 
sfer niepodległościowych, lecz i innych, niezdecydowanych żywiołów, 
wielkiem zaufaniem. Jeszcze w czasach rewolucyi rosyjskiej, w roku 
1905, gdy poważnie roztrząsano sprawę wyboru Głównego Wodza 
w razie ogłoszenia walki zbrojnej z Rosyą, kandydatura Piłsudskiego, 
nawet w kołach narodowo-demokratycznych Królestwa, uchodziła 
za jedynie możliwą i odpowiadającą zadaniu. 
Powaga chwili, konieczność organizacyjna, istnienie w kraju 
stronnictw ugodowych i rusofilskich, a co najmniej propagujących 
bierność, wymagały silnej ręki, mogącej w zarodku stłumić szko- 
dliwe dla Sprawy polskiej objawy demoralizacyi, spowodowanej 
stuletnią niewolą. 
Józef Piłsudski, przyjąwszy na się ciężką i wielką odpowie- 
dzialność za losy Sprawy i kraju, wystąpił odrazu z właściwym 
sobie spokojem i godnością, świadczącą o należytem docenianiu 
przyjętego na siebie obowiązku. Wydał przeto od siebie imieniem 
Rządu Narodowego w Warszawie odezwę do obywateli Królestwa 
Polskiego, w której wypowiedział jasno swoje stanowisko. Wzywał 
do walki z najazdem moskiewskim, mianując zdrajcami narodu tych, 
którzyby przeszkadzali w pracy zmierzającej do wyzwolenia Polski. 
W odezwie tej mówi Piłsudski: 
„Wybiła godzina rozstrzygająca! Polska przestała być nie- 
wolnicą i sama chce stanowić o swym losie, sama chce budować 
swą przyszłość, rzucając na szalę wypadków własną siłę orężną. 
Kadry armii polskiej wkroczyły na ziemię Królestwa Polskiego, zaj- 
mując ją na rzecz jej właściwego, istotnego, jedynego gospodarza, 
100 
Ludu Polskiego, który ją swą krwawicą użyźnił i wzbogacił. Zaj- 
muję ją w imieniu Władzy Naczelnej Rządu Narodowego. Niesiemy 
całemu Narodowi rozkucie kajdan, poszczególnym zaś jego warstwom 
warunki normalnego rozwoju. 
Z dniem dzisiejszym cały naród skupić się winien w jednym 
obozie pod kierownictwem Rządu Narodowego. Po za tym obozem 
zostaną tylko zdrajcy, dla których potrafimy być bezwzględni". 
Nadeszła z Warszawy wiadomość o utworzeniu tamże Rządu 
Narodowego, wywarła pośród sfer „niezdecydowanych" w Galicyi 
silną konsternacyę. 
Odezwa Piłsudskiego, wystosowana do obywateli Królestwa 
Polskiego, która dotarła do Krakowa łącznie z wiadomością o utwo- 
rzeniu Rządu Narodowego w Warszawie, chociaż aż nadto uzasa- 
dniona ówczesną sytuacyą polityczną w Królestwie Polskiem, wy- 
warła swym ostrym, niemal „dyktatorskim", jak nazywano, tonem, 
pewien lęk w tychże kołach Galicyi. Skłoniła je nie tylko do tem 
większej rezerwy, ale zmusiła je do gorliwego organizowania się. 
Tymczasem wypadki toczyły się szybko naprzód. 
Piłsudski zmobilizował Związki i Drużyny Strzeleckie i w czasie 
od 6 do 8 sierpnia rzucił na Królestwo pierwsze zastępy w sile 
około 2000 przepojonej najlepszym duchem młodzieży. 
Wymarsz pierwszych Oddziałów Strzeleckich do Królestwa 
Polskiego, nieodzowna konieczność zaopatrzenia ich w najniezbęd- 
niejsze rzeczy, jak broń, amunicyę, żywność i odzież, grożący lada 
godzina konflikt austryacko-rosyjski i połączona z tem konieczność 
najenergiczniejszego wystąpienia przeciw Rosyi, dodawały Stronni- 
ctwom Niepodległościowym bodźca do tem energiczniejszej działal- 
ności w Galicyi. 
Poczęto więc krzątać sie energicznie celem pogłębienia do- 
tychczasowej działalności Cywilnej Organizacyi Strzeleckiej i starano 
się nadać jej charakter akcyi ogólno-narodowej, wynikającej z na- 
rodowej potrzeby nie pewnej części społeczeństwa, lecz całego Na- 
rodu Polskiego. 
. 
W tym celu zwołano w Krakowie w pierwszych dniach sier- 
pnia zebranie obywatelskie, które uznawszy potrzebę szybkiego 
współdziałania społeczeństwa na rzecz Polskich Organizacyi Woj- 
skowych, wybrało w dniu 8 sierpnia ściślejszy Komitet Obywatelski 
Polskiego Skarbu Wojskowego. 
W skład Prezydyum Komitetu weszli: 
Przewodniczący obywatel prof. Maryan Raciborski. Zastępcy 
przewodniczącego obywatele: Bolesław Limanowski, Dr Zygmunt 
20 
Marek, Lueyan Rydel. Sekretarze: obywatele Dr Zofia Golińska- 
Daszyńska, Dr Maryan Stępowski. 
Jako Członkowie Komitetu wybrani zostali: 
Barańska Stefania, Bąkówski Klemens, Dr Bednarski Tadeusz, 
Bilewska Wanda, Inż. Binder Józef, Błotnicka Marya, Chronowski 
Eustachy, Czytelnia dla kobiet im. Słowackiego, Dąbrowska Aniela, 
Domagalska Marya, Dr Drobner Józef, Dziewicka Adela, dr Frühling 
Rudolf, Gabryelski Kazimierz, Gołąb Stanisław, Dr Gottlieb Sewe- 
ryn, Grzybowska Marya, Dr Gumowski Maryan, Hubertowa Helena, 
Dr Jaworski Walery Jan, Dr Janiszewski Tomasz, Kadenowa Marya, 
Dr Kaden Gustaw, Dr Kanarek Henryk, Koło Pań T. S. L ., 
Koło 
Pań „Straży Polskiej", Komitet Nauczycielski Z. P. N. L., Król Piotr, 
Królowa Marya, Krzyżanowska Aniela, Dr Landau Ignacy, Laskow- 
ska Alina, Laskowski Franciszek, Prof. Laszczka Konstanty, Dr Le- 
wandowski Karol, Inżynier Lewenberg Alfons, Dr Lustgarten Artur, 
Mikołajski Zygmunt, Dr Maciesza Adolf, Morawicki Stanisław, Dr Ma- 
tysek Józef, Nowak Stanisław, Inż. Nowak Tadeusz, Dr Nelken Be- 
nedykt, Dr Oleś Antoni, Otorowski Władysław, Pachoński Michał, 
Paschalski Władysław, Piątkowski Stanisław, Piątkowska Marya, 
Przeworska Janowa, Dr Przedborska Marya, Rebenowa Klara, 
Schwarz Leon (junior), Schiller Leon (senior), Schiller Leon (junior), 
Siedlecka Marya, Silbermanowa Anna, Sikora Wincenty, Prof. Dr 
Straszewski Maurycy, Stokowski Stanisław, Sucheni Antoni, Szy- 
szkowa Zofia, Tilles Samuel, Tetmajer Włodzimierz, Dr Tarliński 
Zygmunt, Tondosowa Felicya, Dr Willer Maks, Weissberg Rościsław, 
Wiśniowska Bronisława, Włodarczykowa Marya, Włodarczyk Wła- 
dysław, Witkowska Helena, Zawiłowska Helena, Zaremba Ale- 
ksander. 
Komitet Obywatelski, pragnąc przyjść z pomocą Oddziałowi 
Strzelców, walczącemu już na terenie Królestwa, wezwał społeczeń- 
stwo polskie do ofiar na rzecz Polskiego Skarbu Wojskowego na- 
stępującą odezwę: 
„Polacy! 
„Przyspieszonem tętnem biją nasze serca. Oczy Polski, jak 
długa i szeroka, zwracają się dziś do grodu krakowskiego, bo od 
Krakowa poszedł po kraju nagły zew: „Do broni!" 
Tu, w Krakowie, począł się ten cud, że, jak gdyby z pod 
ziemi, wyrosły Związki Strzeleckie. Tysiące zbrojnych i doskonale 
wyćwiczonych Strzelców, sprzymierzonych z wojskiem austrya- 
ckiem, wkroczyło już do Królestwa, niosąc ludności tamtejszej ha- 
sło walki zbrojnej z caratem. 
W chwili tak poważnej, groźnej, lecz uroczystej, całe społe- 
czeństwo polskie, bez różnicy stanów, wyznania i przekonań poli- 
tycrnych, winno się zjednoczyć około wielkiej i w danej chwili 
jedynej myśli, aby tego naszego, drogiego żołnierza polskiego oto- 
100 
ezyć najtroskliwszą opieką, zaopatrzyć w broń, odzież, bieliznę, 
żywność, opatrunki i wszystko, co mu jest niezbędne, aby Moskali 
z Polski wypędził i z chwałą zwycięstwa z pola walki powrócił. 
Niżej podpisani na zebraniu obywatelskiem w dniu 8 sier- 
pnia b. r. ukonstytuowali się jako Komitet Obywatelski Polskiego 
Skarbu Wojskowego i wzywają wszystkich, którym drogą jest 
Sprawa Wolnej Polski, aby bez wahania zapisywali się do pracy 
w Komitecie Obywatelskim. (Biuro Komitetu Straszewskiego 28, 
Tow. Techniczne). 
Utworzone zostały i rozpoczęły czynności następujące sekcye: 
1) Skarbowa pod przewodnictwem obyw. Augusta Poręb- 
skiego, Wiślna 10. 
2) Odzieżowa pod przewodnictwem obyw. Wandy Bilew- 
skiej, Pędzichów 15. 
3) Żywnościowa pod przewodnictwem obyw. Leona Schil- 
lera, Wiślna 10. 
4) Transportowa pod przewodnictwem obyw. Dra Gu- 
stawa Kadena, Straszewskiego 24. 
5) Techniczna pod przewodnictwem Inż. Ksawerego Pie- 
traszkiewicza, Salwator. 
6) Opiekuńcza nad dziećmi i żonami pod przew. obyw. 
Maryi Siedleckiej, Rynek, Szara kamienica. 
Bądźmy w obliczu wydarzeń silni jednością! Niechaj żaden 
Polak nie dożyje hańby, aby polski żołnierz, na polskiej ziemi, 
0 wolną Polskę walczący, miał iść na pole walki bez broni, butów 
1 chleba!" 
W szczególności nadzwyczajną ruchliwość wykazywała sekcya 
skarbowa. 
Akcya Stronnictw Niepodległościowych szła w kierunku uoby- 
watelenia własnej, polskiej sprawy pośród całego społeczeństwa pol- 
skiego, w którym jeszcze tu i ówdzie pieniły się stare i potężne 
niewiarą i złą wolą chwasty. 
Praca była mozolna i trudna, zwłaszcza gdy przeciw Komi- 
tetowi Obywatelskiemu coraz szersze zataczała koła akcya naro- 
dowo-demokratyczna. Opozycya wyzyskiwała stary, napół konspi- 
racyjny ustrój Organizacyj Strzeleckich, który na przekształcenie 
się musiał z konieczności czekać pewnego momentu, zależnego od 
zewnętrznych wypadków i rozsiewała najrozmaitsze pogłoski, celem 
sparaliżowania działalności Komitetu. 
Komitetowi, zwłaszcza przydzieleni do zbierania ofiar w go- 
tówce, stojący w bezpośrednim kontakcie z ludnością, jakkolwiek 
najwięcej sprawie narodowej oddani, sekowani brutalnie przez opo- 
zycyę narodowo-demokratyczną, nie wszyscy mieli dosyć siły do 
spełniania swoich obowiązków. 
22 
Mimo tych objawów zawziętości partyjnej pewnych kół, z dniem 
każdym rosła w Krakowie i w kraju pośród szerokich warstw lud- 
ności popularność stanowiska niepodległościowego. Młodzież strze- 
lecka, pochodząca z różnych sfer społecznych, idąca w bój za Nie- 
podległość Polski, stawała się niejako cementem spajającym coraz 
silniej naród cały. Ojcowie jej i bracia, pozostali w domu, należący 
do bardzo różnych kierunków politycznych, coraz więcej zbliżali 
się ze sobą, celem wspólnego działania dla niej i dla umiłowanej 
przez nią Sprawy. Stanowisko walki czynnej z Rosyą, z każdym 
dniem znajdowało więcej zwolenników. Opinia szerokich warstw 
z coraz większą niecierpliwością spoglądała w stronę zachowującego 
się biernie „Sokoła". 
W kilka dni po rozpoczęciu czynności przez Komitet Obywa- 
telski, w dniu 8 sierpnia 1914, zatem w dniu wymarszu głównych 
sił strzeleckich do Królestwa, Komisya Skonf. Stronnictw Niepodle- 
głościowych, widząc ciągle niezdecydowaną postawę przywódców 
organizacyj militarnych „umiarkowanych", wydała do Członków Dru- 
żyn Polowych „Sokoła" następujący gorący apel, wzywając ich do 
pochwycenia za broń: 
„Żołnierze polskich drużyn sokolich! 
„Pierwsze oddziały nasze są już tam, gdzie dziś powinien być 
każdy Polak, zdolny do posługi zbrojnej. Widzieliście nasz odmarsz: 
szli tam ludzie wszelkich stanów, wszystkich partyi, czując, że 
dziś niema miejsca na różnice stanowe, niema czasu na rozpra- 
wianie o oryentacyi, jest tylko prosty obowiązek żołnierski wo- 
bec kraju. 
A wy czekacie, wy, żołnierze polscy, najwcześniejsi rzecznicy 
sprawności fizycznej, sejmikujecie z bronią u nogi w chwili, gdy 
każdy wyszkolony żołnierz i każdy karabin zaważyć może na szali. 
Znamy was, wiemy, że pod waszymi mundurami bije gorące 
polskie serce, wiemy, że czujecie tak samo jak my. 
Ale niedługo już tłumaczenie się nie wytłumaczy. Czas nagli, 
każdy dzień wahań jest występkiem wobec kraju. „Chwila jeszcze — 
mówimy do was słowy wodza polskiego — a zwycięzcy czy zwy- 
ciężeni nie podamy wam więcej dłoni bratniej". 
Odezwa ta była druzgocącym atakiem w stronę niezdecydo- 
wanych, w szeregi ich wniosła nieopisany ferment i wywarła nie- 
jako decydujący wpływ na dalsze stanowisko ich przywódców. 
Z każdym dniem, zwłaszcza w zachodniej Galicyi, topniała 
opozycya, a ruch żywiołowy groził wszystkim w tej lub innej for- 
mie porwaniem za sobą, oprócz niewielkich zresztą grup, zawzię- 
cie trwających przy swym uporze, stojących na stanowisku „bez- 
względnej neutralności" w czasie wojny, gotowych nawet do po- 
23 
święcenia szlachetnej młodzi. Lecz liczba tych oponentów nie mo- 
gła zaważyć w Galicyi na ogólnej szali wypadków. 
Rozwój wypadków następował z błyskawiczną szybkością. 
Wybuch wojny austryacko-rosyjskiej, który nastąpił w dniu 6 lipca 
1914 r., grzmot dział na wschodniej granicy kraju przyspieszył kry- 
stałizacyę polskiej opinii publicznej w Galicyi. 
I opinia „umiarkowanych" powoli pogodziła się z konieczno- 
ścią działalności militarnej. Widziano, iż ruch zbrojny, dzięki nie- 
strudzonej działalności Stronnictw Niepodległościowych, zanadto 
odezwał się w życiu narodu, że nic już nie może powstrzymać jego 
rozwoju, a mowy niema o stłumieniu go. 
Nie mogąc zachować zupełnej bierności zdecydowali się „umiar- 
kowani" na współpracownictwo, obawiając się, że gdy tego nie 
uczynią, będą odsunięci od jakiegokolwiek wpływu na rozgrywa- 
jące się wypadki. Uznali potrzebę czynu. 
Wystraszeni energicznem odezwaniem się Piłsudskiego, zapro- 
wadzającem w Królestwie niemal dyktaturę, ulękli się spodziewa- 
nego w myśli ze strony Stronnictw Niepodległościowych teroru. 
Parci świadomie przez stronnictwo narodowo demokratyczne, które 
walkę z Rosyą uważało za niekorzystną dla narodu, zdecydowali 
się „umiarkowani" na zawziętą walkę: postanowili prądowi niepo- 
dległościowemu jak najenergiczniej przeciwdziałać. Tego dokonać 
mogli jedynie przez zorganizowanie się. 
Ponieważ w Krakowie i zachodniej Galicyi, wobec popular- 
ności „niepodległościowców", było niemożliwością myśleć na seryo 
o stworzeniu poważniejszej ostoi, przeto rozpoczęto od Galicyi 
wschodniej, gdzie działalność Stronnictw niepodległościowych z na- 
tury rzeczy była słabszą, a wpływy narodowych demokratów i wscho- 
dnio-galicyjskich stronnictw konserwatywnych były większe. 
Utworzono więc we Lwowie Centralny Komitet Narodowy, 
w którego skład do dnia 11 sierpnia 1914 r. weszły : Polskie Stron- 
nictwo ludowe („grupa Piasta"), Stronnictwo narodowo-demokra- 
tyczne, Narodowy Związek Chrześcijańsko-ludowy, Stronnictwo 
Środka, Grupa Rzeczypospolitej, Stronnictwo Autonomistów, Stron- 
nictwo Katolicko-narodowe, Lwowskie Stronnictwo mieszczańskie, 
Związek Polskich Organizacyj Narodowych, powiatowych, miejskich, 
Duchowieństwo, Towarzystwo Uczestników Powstania 63 r., 
„So- 
kół" i Drużyny Bartoszowe. 
Blok ten konserwatywno-narodowy, mimo tak wielu złączo- 
nych w nim stronnictw, nie przedstawiał poważnej ilościowo siły. 
Dzięki swej różnolitości nosił w sobie odrazu zarodek słabości. 
Zwłaszcza stronnictwo narodowo-demokratyczne, zgodne z nim je- 
dynie w razie biernego zachowania się, na wypadek jakiejkolwiek 
czynności antyrosyjskiej, było dla niego czynnikiem rozkładowym, 
krępującym wielce jego ruchy. 
104 
Centralny Komitet Narodowy wszedł w kontakt z polity- 
cznymi reprezentantami Galicyi w Sejmie i Radzie Państwa. 
W pierwszej swej odezwie z dnia 5 sierpnia 1914 r. 
mówi Centralny Komitet Narodowy: 
„Tylko czyny wejdą w rachubę. 
„Pierwszym nakazem rozumu politycznego jest umieć pamię- 
tać. Polacy pamiętają, że jedynie w monarchii Habsburskiej mają 
swobodę narodowego rozwoju, której wszędzie są pozbawieni. 
W chwili, gdy monarchia znalazła się w niebezpie- 
czeństwie wojenne m, każdy Polak tego kraju odczuł i zro- 
zumiał, iż obowiązkiem polskiego honoru jest, nie skąpiąc najwię- 
kszych ofiar krwi i mienia stanąć w obronie państwa, od 
którego w czasie pokoju tyle zaznaliśmy dobra. 
„Ale więcej, niż to, co nakazuje obowiązek państwowy, spełnić 
może i spełnić pragnie naród, jeżeli zrodzi się w nim przekonanie, 
że niezawisłość narodowa, której zadatki już miał pod ber- 
łem habsburskiem, stanie się udziałem i innych ziem polskich, do- 
tąd pogrążonych w strasznym ucisku rosyjskim. 
„Gdy naród polski ten cel jasno ujrzy w przebiegu toczących 
się wypadków, wówczas osiągnie porozumienie wszystkich Polaków 
na wszystkich ziemiach polskich i wytęży wszystkie siły, jakich 
z siebie dobyć zdoła. 
„Aby zapewnić rozważne, jednolite i karne postępowanie 
w tych niezmiernie ważnych i niezmiernie trudnych chwilach, zje- 
dnoczył się szereg stronnictw i organizacyj polskich i powołał do 
życia Centralny Komitet Narodowy, który dążyć będzie do osią- 
gnięcia porozumienia z pozostałemi grupami i niezawodnie porozu- 
mienie to osiągnie, a zapewnioną ma styczność z innemi dzielnicami". 
W dniu 11 sierpnia 1914 r. otworzono już w Krakowie Biuro 
skarbowe Centralnego Komitetu Narodowego, na czele którego 
w Nadzorczej Komisyi Skarbowej stanęli: Dr Franciszek Bujak, 
Dr Stefan Jentys i Jerzy Piwocki. 
W odezwie tejże daty, wystosowanej przez Oddział Krakow- 
ski C. K . N . do obywateli Krakowa i Ziemi Krakowskiej, powie- 
dziano : 
„Centralny Komitet Narodowy, w którego skład weszli już 
przedstawiciele grup, wymienionych poniżej, dąży do skupienia 
wszystkich kierunków i grup politycznych dla jednolitego i skute- 
cznego działania w chwili tak ważnej dla przyszłości narodu, a na- 
znaczone już narady Koła polskiego z Centralnym Komitetem Na- 
rodowym wskazują, że to już bez zwłoki nastąpi". 
Następnie zacytowawszy odezwę C. K . N . z 5 sierpnia — 
już wyżej przez nas przytoczoną — mówi dalej: 
„Te wskazówki, rzucone w chwili wybuchu wojny, natych- 
miast przeszły w czyny i dzisiaj już organizacye administracyjne 
25 
i skarbowe Centralnego Komitetu Narodowego ogarniają kraj, po- 
rozumienie sięga za kordon, a oddziały wojskowe Sokoła i Drużyn 
Bartoszowych, które stanęły przy Centralnym Komitecie Narodo- 
wym, wyruszają do boju. 
W chwili wymarszu na pole bitwy potrzeba wielkich środków. 
Potrzeba broni, żywności, odzienia, bielizny, materyałów opatrun- 
kowych. A na to wszystko potrzeba środków pieniężnych. I to nie 
ofiar zdawkowych, ale ofiar naprawdę wielkich, wedle możności 
tych, którzy je składają. Inne narody uchwalają dzisiaj na wojnę 
miliardy. U nas są i muszą się znaleść miliony. 
Kraj cały odczuł z głębi serca wezwanie Centralnego Komi- 
tetu Narodowego i z poczuciem ulgi, że tworzy się kierownictwo 
rozważne, z poczuciem nadziei, że teraz ustaną rozterki, spieszy 
karnie z posłuchem i z ofiarą. 
Kraków i Ziemia Krakowska, oraz cała zachodnia część kraju 
ze swą stolicą prastarą, zapiszą się chlubnie na tych wielkich kar- 
tach dziejowych chwili obecnej karnością, którą nakazuje rozum 
polityczny, oraz wielką ofiarnością, do której pcha serce. 
Oczekujemy jaknajpoważniejszych ofiar na Skarb wojenny 
Centralnego Komitetu Narodowego". 
Przez postawienie na porządku dziennym sprawy walki zbroj- 
nej z Rosyą, Stronnictwa Niepodległościowe poruszyły do głębi 
całą polską opinię publiczną w Galicyi i wywołały ruch, z którym 
już można było wejść w pertraktacyę, by zapewnić polskiemu ru- 
chowi zbrojnemu jednolitość działania. 
To był pierwszy sukces moralny Stronnictw Niepodległo- 
ściowych. 
III. 16 sierpnia 1914 r. 
Wypadki toczyły się szybko naprzód. Każdy dzień zdawał 
się przynosić nowe rozwiązania sprawy, brzemienne w poważne 
następstwa fakta. 
W Galicyi ustalała się dopiero linia polityczna, po której całe 
społeczeństwo polskie kroczyć miało. Na przyspieszenie konsolida- 
cyi poglądów oddziaływały mocno wieści nadchodzące z Królestwa 
Polskiego. Czyny Strzelców w Królestwie wywoływały coraz wię- 
kszy entuzyazm wśród społeczeństwa polskiego w Galicyi i bu- 
dziły w opornych szacunek dla młodych bohaterów. 
100 
Komisya Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych 
objęła w dniu 10 sierpnia 1914 r. zastępstwo Rządu Narodowego 
w Warszawie i zapowiedziała ujawnienie w najbliższych dniach 
Wydziału Skarbowego, wzywając do energicznej działalności na- 
stępującą odezwą: 
„Polacy! 
„Na ziemię polską zaboru rosyjskiego, do kraju niewoli i naj- 
okrutniejszego gwałtu wszedł polski żołnierz. 
Strzelcy zdobyli Miechów i okoliczne miejscowości i w zu- 
pełnym porozumieniu z armią austryacką maszerują na Jędrzejów — 
Kielce ku Warszawie. 
Ludność wita z entuzyazmem znak Orła białego. W kadry 
strzeleckie garną się tłumnie chłopi i robotnicy Królestwa, szczę- 
śliwi, że ich powołano do walki z Rosyą. Żywność i wszelkie po- 
trzeby dostarczane są z zapałem. Komenda wojsk polskich organi- 
zuje władzę cywilną i powołała najwybitniejszych obywateli miej- 
scowych do objęcia wszystkich działów samorządnej administracyi, 
tworzy milicyę. Na murach osad i miasteczek widnieją odezwy 
Rządu Narodowego i Komendanta głównego. 
Bracia! Wyzwoliła się dusza Narodu z niewiary we własne 
siły. Śmiały marsz strzelców polskich do Królestwa postawił spra- 
wę polską. 
Nieugięta dążność do Niepodległości przetwarza się w czyn, 
w rzeczywistość ! — Pułki strzeleckie posuwające się ku Warsza- 
wie stworzyły w dziejach Polski nową kartę. Nigdy okoliczności 
nie składały się bardziej pomyślnie do walki z Rosyą. Jesteśmy 
sprzymierzeńcami Austryi — w dzisiejszym układzie stosunków im 
więcej ziem polskich zajmą wojska austryackie, tem dla nas lepiej, 
gdyż walcząc o swoje interesy mocarstwowe, Austrya popiera ró- 
wnocześnie sprawę polską. 
Od nas samych, od naszej ofiarności, siły organizacyjnej i zde- 
cydowania zależy przyszłość narodu. 
W obliczu Niepodległości niema miejsca na waśnie społeczne 
i partyjne: istnieje jedno tylko pytanie — czy jesteśmy zdolni 
spełnić obowiązek narodowy? — Nie ulęknijmy się daniny krwi 
i mienia — całą mocą narodu poprzyjmy braci walczących w Kró- 
lestwie. 
Komisya Skonfederowanych Stronnictw Niepodległościowych 
objęła w dniu dzisiejszym zastępstwo Rządu Narodowego, utworzo- 
nego w Warszawie. K. S. S. N . będzie pośredniczyła pomiędzy 
Galicyą a Rządem Narodowym, informowała o biegu wypadków, 
organizowała pomoc w walce przeciw Rosyi. 
Wydział Skarbowy (Polski Skarb wojskowy) zostanie w naj- 
bliższych dniach ujawniony". 
27 
W ciągu kilku dni panowały w Galicyi prawdziwie polskie 
stosunki: wróg na karku, a w domu bezład, dwie zwalczające się 
organizacye w kraju, dwa skarby. 
Na prowincyi panował nieopisany zamęt. Gniazda sokole 
w wielu miejscowościach topniały silnie, a w niektórych rozpadały 
się w zupełności. Członkowie ich przechodzili gremialnie do szere- 
gów strzeleckich. 
Taki stan był nie do utrzymania. Ludzie rwali się do boju 
za Wolność Ojczyzny — niepodobieństwem było dłużej trzymać 
ich w bezczynności. 
Stosunki te oddziałały wielce na zjednoczenie opinii publi- 
cznej w kraju, na powzięcie decyzyi przez władze sokole w kie- 
runku wyraźnego opowiedzenia się za ruchem zbrojnym. 
W dniu 13 i 14 sierpnia Krakowska Komenda Śokolich Dru- 
żyn Polowych rozrzuciła dwie odezwy; w jednej z nich oświad- 
czyła już wyraźnie, że Sokolstwo polskie staje do walki z caratem, 
a w drugiej doniosła o wyruszaniu w dniu 15 sierpnia jednego 
plutonu na miejsce koncentracyi. 
Charakterystyczne te dokumenty miały następujące brzmienie : 
„Rodacy! 
„Do walki z caratem o wolność Narodu Polskiego staje So- 
kolstwo Polskie. 
Hufce nasze, nasze Drużyny Polowe gotowe do boju pragną 
coprędzej znaleść się w walce, pragną wywalczyć lepszą dolę dla 
naszej Ojczyzny. 
Wzywamy wszystkich, zdolnych do boju, niech stają w na- 
szych szeregach, aby złożyć ofiarę krwi, Ojczyzna wymaga. 
Wzywamy całe społeczeństwo, niech nam spieszy z pomocą 
materyalną, niech nie skąpi ofiar dla naszych żołnierzy, by ich 
najwięcej stanąć mogło w szeregach. 
Składajcie ofiary poborcom naszym, do puszek naszych, da- 
wajcie, na co kogo stać, grosz i kosztowności, bo kiedyż stać nas 
będzie na ofiarność, jeśli nie dziś. 
Przyjmujemy dary w naturze, to, co dla żołnierza potrzebne, 
a więc: obuwie nowe i używane, bieliznę i wszelkie płótno, mun- 
dury polowe, płaszcze, peleryny, materyały na mundury, plecaki, 
worki, koce, pasy i t. d ., przyjmujemy również artykuły żywności, 
środki opatrunkowe, leki, rowery, łopaty, kilofy i t. d. 
Wpisy nowozaciężnych do służby polowej, administracyjnej 
i samarytańskiej, przyjmuje się codziennie w Sokole od 8-mej rano 
do 8-mej wieczorem. 
Ofiary pieniężne i kosztowności przyjmuje Biuro Skarbowe 
w Sokole. 
104 28 
Inne ofiary przyjmuje Intendantura P. D . S . ul. Wolska 1. 14". 
a drugi: 
„Wici — Sokole. 
„Powołany rozkazem Związku Drużyn Sokolich pluton wy- 
ekwipowany i uzbrojony w Manlichery, wyrusza na miejsce kon- 
centracyi jutro w sobotę dnia 15 sierpnia 1914. 
Bóg ich prowadź do wolności i chwały!" 
I w myśl powyższej zapowiedzi wyjechał w dniu 15 sierpnia 
pluton złożony z około 36 ludzi, odprowadzony przez inne oddziały 
Sokoła na dworzec kolejowy. 
Już od 11 sierpnia porozumienie pomiędzy stronnictwami, 
obranie wpólnego kierunku pracy stało się koniecznością. Z każdą 
chwilą bowiem obydwa skrajne kierunki coraz więcej się rozcho- 
dziły. Kierunek niepodległościowy starał się zyskać sobie grunt pod 
nogami na terenie Królestwa bez względu na wypadki galicyjskie, 
a „umiarkowani" poszli w wręcz odwrotnym kierunku. 
Aby przeszkodzić przykremu i wielce szkodliwemu rozdźwię- 
kowi, jaki musiałby niechybnie w krótkim czasie nastąpić, starało 
się pewne mniejsze grono zaufanych osób z jednej i drugiej strony 
o dojście do porozumienia pomiędzy obydwoma kierunkami. Odby- 
wano więc naprzód prywatne, a następnie i oficyalne wspólne po- 
siedzenia, na których omawiano warunki kompromisu. 
Przedstawiciele Stronnictw Niepodległościowych mieli z przed- 
stawicielami stronnictw złączonych w Centr. Kom. Naród. — 
z wy- 
jątkiem narodowej demokracyi — przynajmniej tę wspólną pła- 
szczyznę do porozumienia się, że jedni i drudzy uważali Austryę 
za sojusznika w walce z Rosyą. Różnili się wprawdzie mocno 
z sobą w wyborze dróg, ale cel ich ostateczny był jeden: polepszenie 
bytu Narodu Polskiego wsojuszuzAustryą. 
Narodowa demokracya nie uznawała tego stanowiska, ciążyła 
wyraźnie ku Rosyi, a na terenie galicyjskim, nie mając możności 
innego wystąpienia, starała się za wszelką cenę trzymać zasady 
bierności. 
Dlatego też na wspólnych konferencyach oporne stanowisko 
naród. dem. najwięcej utrudniało porozumienie. Ostatecznie jednak 
narodowi demokraci, będąc zupełnie odosobnieni, zgodzili się — 
jak się później okazało — nieszczerze, na ostateczne zawarcie 
kompromisu. 
Postanowiono uznać Koło Polskie, z kooptacyą posłów pol- 
skich stojących poza Kołem, za jedynie kompetentne do nadania 
kierunku zbrojnemu ruchowi polskiemu, do wyłonienia z siebie 
wspólnej reprezentacyi narodowej. 
Na dzień 15 i 16 sierpnia zwołał prezes Dr Juliusz Leo po- 
siedzenie Koła polskiego do Krakowa, gdzie w sali rady miejskiej 
prowadzono obrady. 
Na posiedzeniu Koła polskiego podnieśli narodowi demokraci 
swoje dawne postulaty, chcąc koniecznie doprowadzić do rozbicia 
obrad. Uczyniono im dalsze ustępstwo. 
Ustępstwo to tyczyło się ograniczenia działalności mającej się 
stworzyć reprezentacyi narodowej jedynie na Galicyę. Królestwo — 
według brzmienia kompromisu — miało wytworzyć własną organi- 
zacyę, zbudowaną „na tych samych, co i w Galicyi podstawach", 
t. j . w której znaleźliby się przedstawiciele wszystkich kierunków 
politycznych w kraju — i dopiero z taką, a nie inną reprezenta- 
cyą Królestwa, przedstawicielstwo Galicyi miało wejść w stosunki. 
Postawienie przez narodowych demokratów takiego warunku 
było wznowieniem starego „liberum veto". 
Znajdowali się oni 
w olbrzymiej mniejszości, a wygrywali jedynie chorobliwe pragnie- 
nie „jednomyślności", jaką zgromadzenie postawiło sobie za ideał 
do osiągnięcia. 
Ostateczni« dla osiągnięcia fikcyi — jednomyślności uchwał, 
uwzględniono życzenie dyktowane nie dobrem sprawy, lecz prze- 
wrotnością i złą wolą i przyjęto ciężki warunek narodowych demo- 
kratów. Odbiło się to boleśnie na działalności utworzonej repre- 
zentacyi, ale na razie upragniony kompromis wszystkich stronnictw 
osiągnięto. 
Na wezwanie Koła polskiego zjednoczyły się dotychczasowe 
odrębne organizacye: Komisya Skonfederowanych Stronnictw Nie- 
podległościowych i Centralny Komitet Narodowy oraz te grupy, 
które do żadnej z tych organizacyi nie należały, tworząc Naczelny 
Komitet Narodowy i uznając ten Komitet za najwyższą instancyę 
w zakresie wojskowej, skarbowej i politycznej organizacyi zbroj- 
nych sił p-olskich. 
W skład Naczelnego Komitetu Narodowego weszli pod prze- 
wodnictwem prezesa Koła polskiego Dra Juliusza Leo z wszystkich 
grup politycznych: 
Tadeusz Cieński 
zastępca Dr Stanisław Kasznica 
Witold ks. Czartoryski 
„ 
Andrzej ks. Lubomirski 
Ignacy Daszyński 
„ 
Dr Zygmunt Marek 
Jan Dąbski 
„ 
Andrzej Średniawski 
Dr Ludomir German 
„ 
Dr Władysław Stesłowicz 
Józef Hudec 
„ 
Artur Hausner 
Dr Wł. L . Jaworski 
„ 
Dr Tadeusz Starzewski 
Józef Neuman 
„ 
Edmund Riedl 
Leon hr Piniński 
„ 
Dr Aleksander Vogel 
Dr Szymon Przybyło 
„ 
Franciszek Wójcik 
104 
Dr Jan Rozwadowski zastępca Dr Stanisław Głąbiński 
Aleksander hr Skarbek „ 
Stanisław Grabski 
Konstanty Srokowski 
„ 
Dr Roman Krogulski 
Dr Ignacy Steinhaus 
„ 
Józef Sare 
Dr Stanisław Stroński 
„ 
Stefan Surzycki 
Zdzisław hr Tarnowski 
„ 
Stanisław hr Badeni 
Dr Boi. Wicherkiewicz 
„ 
X Dr Józef Zajchowski 
Wincenty Witos 
„ 
Władysław Długosz 
Edmund Zieleniewski 
„ 
Jan Kanty Federowicz 
Na podstawie tego zjednoczenia postanowiono przystąpić do 
utworzenia na razie dwu Legionów, jednego w Zachodniej, drugiego 
we Wschodniej Galicyi, pod komendą polską, opierając się na istnie- 
jących już zbrojnych organizacyach polskich. 
Parlamentarne Koło Polskie obradujące w Krakowie w sali 
Rady miejskiej w dniu 16 sierpnia 1914 uchwaliło ogłosić nastę- 
pujący manifest: 
„Polacy ! 
„Godzina, której oczekując napróżno trzy pokolenia naszego 
narodu, krwawiły się w strasznych, a beznadziejnych z najazdem 
rosyjskim zapasach, godzina, o którą modlił się naród cały, godzina 
wielka wybiła. 
Cała Europa stoi w pożodze wojny. 
Ziemie polskie, jak długie i szerokie, oświeci krwawa łuna 
wojny, największej, jaka była. Austrya w obronie wolności swych 
ludów wysyła na ziemie polskie potężną armię przeciwko rosyj- 
skiemu ciemięzcy. 
W tej słusznej a wielkiej godzinie, Koło polskie, świadome swej 
odpowiedzialności, uważa za swój święty obowiązek wskazać na- 
rodowi kierunek myśli i czynów, prowadzić go w przyszłość lepszą 
i jaśniejszą. 
W poczuciu tego wielkiego obowiązku Koło polskie, z którem 
w tej dziejowej chwili łączą się wszyscy polscy posłowie, dotąd 
poza niein stojący, wzywa Was Polacy: do czynu, do wspólnego, 
jednomyślnego, do największego na jaki Was stać wysiłku! 
W tej dobie krwawego przeistaczania się Europy i uwalniania 
jej od grozy rosyjskiej przemocy, odzyskać możemy bardzo wiele. 
Ale wiele też musimy ofiarować. Bo nie wygra ten, kto końca gry 
ostrożnie wyczekuje. 
Szlachetny Monarcha tego państwa, pod którego sprawiedli- 
dliwemi i mądremi rządami część naszego narodu mogła przez pół 
wieku rozwijać i mnożyć polskie siły narodowe i cała Jego potężna 
armia, ruszająca do boju o najwznioślejsze ideały kultury, patrzą 
na naród polski, jako na wypróbowanego obrońcę tych ideałów, 
31 
który dziś zyskuje możność dotąd niebywałą wyswobodzenia się 
z niewoli, która gnębiła ciało, kalała duszę. 
W tej chwili naród musi dowieść, że żyje i żyć chce, że 
pragnie i umie miejsce przez Boga mu wyznaczone utrzymać i przed 
wrogiem obronić. 
Dla ujęcia polskiej siły narodowej w zbrojne legiony polskie, 
Koło polskie i wszystkie bez wyjątku stronnictwa polskie jedno- 
myślnie postanowiły utworzyć jedną jawną organizacyę. 
Pod polską komendą, a w ścisłej łączności z naczelnem do- 
wództwem armii austryacko-węgierskiej, pójdą legiony polskie w bój, 
aby na szalę tej największej wojny rzucić także godny narodu 
polskiego czyn, jako warunek i zadatek lepszej dla niego doli. 
Polacy! 
Z zaufaniem i pełną wiarą poddajcie się kierownictwu Koła 
polskiego i postanowionej przez Koło polskie organizacyi naro- 
dowej. 
Polacy! 
Zjednoczcie się wolą niezłomną do uzyskania lepszej przy- 
szłości i niezachwianą wiarą w tą przyszłość. Stańcie w obronie 
wolności naszej i wiary ojców. Odrzućcie precz zwątpienia, wy- 
rwijcie z serc urazy i stańcie silni jednością i radośni wielkiem po- 
stanowieniem poświęcenia dla Ojczyzny życia i mienia". 
Odezwa powyższa jakkolwiek nie dawała wszystkiego, czego 
się spodziewano ogólnie, sprawiła nieopisaną ulgę skołatanemu 
w ostatnich dniach szesnastu społeczeństwu polskiemu. Fakt połą- 
czenia się zawzięcie zwalczających się dotychczas kierunków, koił 
jak balsam dobroczynny rozbujałe nerwy. 
Zasadniczo uznana myśl czynu, czynu polskiego — działała 
ożywczo na cały naród. Ustalono wreszcie linię, po której postępo- 
wać należało ku lepszej przyszłości. 
Poszło więc szeroką falą po polskiej ziemi krakowskie we- 
zwanie. I tak, jak ongiś w r. 1794 stary Kraków przez usta Na- 
czelnika Tadeusza Kościuszki wzywał Naród Polski do czynu, do 
walki o najświętsze dobro Narodu, tak i w dniu 16 sierpnia 1914 
ten sam, niezmieniony wiekiem polski Kraków przemówił jako 
wolny, a wierny syn Polski swym poważnym głosem do synów 
całej polskiej ziemi. 
I pozew ten poszedł jak burza pomiędzy Naród. Budził śpią- 
cych, krzepił wątpiących, wzywał Naród cały do walki o najwyższe 
dobro człowieka, jakiem może być uzyskanie Wolnej Ojczyzny. 
1 wszędzie, gdziekolwiek duch Narodu nie spodlał w niewoli, 
wezwanie do boju za Wolność i Niepodległość Polski znalazło szla- 
chetny odzew. Do Legionów poczęła się garnąć ochoczo młodzież 
polska, obudził się w niej szlachetny duch pradziadów z pod Ra- 
104 
szyna, Smoleńska, Ostrołęki i Grochowa. Polak po latach z górą 
osiemdziesięciu stanął znowu w regularnych żołnierskich szeregach, 
ujął w dłonie stary, wielkich Ojców swoich miecz, i na polu walki 
z odwiecznym wrogiem otoczył czoło swoje laurowym wieńcem 
nieśmiertelnej sławy. 
Wszędzie, gdziekolwiek tylko odetchnęła swobodniej pierś 
polska, uwolniona od stopy najeźdźcy, rozpoczyna się praca nad 
odrodzeniem Narodu. Rozpoczyna się od podwalin budowa nowego 
ustroju, więcej odpowiadającego Wolnemu Narodowi. 
Warszawa, ta stara, odwieczna buntownica, zabiera swój po- 
ważny głos. Wbrew głosowi „69 reprezentantów" N. D. i różnego 
rodzaju ugodowców, przyłącza się całem sercem do polskiego ruchu 
zbrojnego. 
A jakkolwiek wróg uważnie śledzi każdy jej ruch, pokrył 
bowiem gęstą siecią szpiegów jej życie, rozlał całe morze jadu do- 
nosicielstwa i zdrady, to jednak udało się podziemnej Warszawie 
przyjść do porozumienia. Specyalni delegaci zawieźli do Krakowa 
na ręce Naczelnego Komitetu Narodowego następującą uchwałę: 
Zjednoczenie organizacyj niepodległościowych (11 grup par- 
tyjnych i zawodowej inteligencyi, zogniskowanych w Warszawie) 
uchwaliło na wezwanie Naczelnego Komitetu Narodowego nastę- 
pującą rezolucyę : 
„Stojąc na stanowisku walki z najazdem, Zjednoczenie organi- 
zacyj niepodległościowych wita gorąco powstanie Naczelnego Ko- 
mitetu Narodowego i jego wezwanie do tworzenia legionów, wi- 
dząc w tej akcyi doniosły krok na drodze do zdobycia niepodle- 
głości. Zjednoczenie organizacyj niepodległościowych dążyć będzie 
do skoordynowania swych prac i zamiarów z robotą N. K. N." P. 
P. S. uchwaliła jeszcze rezolucyę dodatkową: 
„P. P. S., stojąc na stanowisku walki z wszelkim najazdem, 
gotowa jest poprzeć całym swoim wpływem akcyę zbrojną na zie- 
miach polskich, o ile akcya ta prowadzoną będzie pod hasłem nie- 
podległości". 
* 
* 
* 
W Krakowie zorganizowano pod egidą Naczelnego Komitetu 
Narodowego doskonałą machinę administracyjną. Utworzono naj- 
rozmaitsze wydziały, celem łatwiejszego zaspokojenia wszystkich 
potrzeb tworzących się zbrojnych legionów. 
Narodowa demokracya, jak to było do przewidzenia, wniosła 
do Nacz. Kom. Naród, fermentacyę. Działalność jej reprezentantów 
w N. K. N. okazała się na każdem polu destrukcyjną. 
33 
Jako prosta konsekwencya tego było wyrażenie sprawcom 
rozwiązania Legionu Wschodniego przez pełny Nacz. Kom. Naród, 
na posiedzeniu odbytem 20 października 1914 votum nieufności. 
W następstwie uchwał, wyrażających rotum nieufności, zło- 
żyli mandaty reprezentanci Narodowej Demokracyi, a zsolidaryzo- 
wali się z nimi Podolacy i Reprezentanci Rzeczypospolitej i wy- 
stąpili z Nacz. Kom. Naród.: hr. Skarbek, ks. Czartoryski, Stroński, 
Surzycki, Rozwadowski, Vogel i Cieński. 
Przez wystąpienie członków narodowo-demokratycznych oczy- 
ściła się atmosfera w Nacz. Kom. Naród, i powstała możność sku- 
tecznej pracy dla wielkiej sprawy. 
IV. Stanowisko Austryi, Niemiec i Rosyi wobec Legio- 
nów i Narodu Polskiego. 
Z chwilą wybuchu wojny rosyjsko-niemiecko-austryackiej sta- 
nowisko Polaków wobec państw wojujących nabrało pierwszorzęd- 
nego znaczenia. Fakt, że walki toczyć się miały na ziemiach pol- 
skich, a przytem przy wielkim współudziale polskiej ludności, znie- 
walał Austryę, Niemcy i Rosyę do poważnego rozważenia sprawy 
polskiej i do wyraźnego zaakcentowania swego stanowiska wobec 
Narodu Polskiego. 
Sprawa stała się piekącą, gdy się okazało, że Naród Polski 
nie zamierza być biernym widzem wypadków dziejowych, że z bro- 
nią w dłoni chce wystąpić jako siła czynna. 
Polskie Organizacye Wojskowe w Galicyi, przygotowujące się 
już od lat kilku do walki z Rosyą i mające wystąpić czynnie, zy- 
skały sobie już wielką popularność w kraju; w razie wystąpienia 
miały pociągnąć za sobą sympatye mas, spowodować silniejsze za- 
akcentowanie stanowiska Narodu Polskiego wobec stron wojujących. 
Należało z góry przypuszczać, że Rosya, jak podczas każdej 
prowadzonej przez nią wojny, tak i teraz wysunie jakieś nowe 
popularne hasło, by skupić koło siebie naiwnych. Hasło to miało być 
dla niej jedynie tarczą wobec Europy i wobec własnych mas lu- 
3 
104 
dowych, tarczą, poza którą mogła dokonywać nowych ekspery- 
mentów na łatwowiernych ludach, nie licząc się bynajmniej z da- 
nemi obietnicami. 
Józef Piłsudski rzucił w dniach 6—8 sierpnia pierwsze 2000 
swoich żołnierzy na Królestwo Polskie. Oddział ten wyszedł na 
pole walki w imię niepodległości, wskutek czego nadał swemu 
wystąpieniu wielką wagę. Po ukonstytuowaniu się w dniu 3 sier- 
pnia polskiego Rządu Narodowego w Warszawie, nie pozostało pań- 
stwom wojującym inne wyjście, jak zająć wobec rozwijających się 
wypadków jasne stanowisko. 
Pozyskanie Narodu Polskiego stało się sprawą pierwszorzędnej 
wagi, gdyż zjednanie sobie jego sympatyi miało nie tylko realne, 
ale i wielkie polityczne znaczenie. 
Rząd austryacki zajął wobec polskiego ruchu zbrojnego ży- 
czliwe stanowisko. W dobrze zrozumiałym własnym interesie po- 
stanowił go poprzeć. Chcąc uzyskać pewność, że polski ruch zbrojny 
nie zwróci się w żadnym razie przeciw Austryi, zawarunkował po- 
parcie go pewnemi zastrzeżeniami. 
Poczekawszy kilka dni na rozwój wypadków, oświadczył rząd 
austr. w dniu 10 sierpnia 1914 r. Polskim Organizacyom militarnym 
przez Namiestnictwo galicyjskie, że na podstawie cesarskiego posta- 
nowienia z dnia 3 sierpnia b. r . minister obrony krajowej upoważnił 
namiestnika Galicyi do udzielenia zezwolenia na przekształcenie 
istniejących w kraju związków i towarzystw strzeleckich (Sokoli, 
Strzelcy, drużyny i t. p.) na korpusy strzeleckie, przynależne do 
pospolitego ruszenia, a więc stojące pod ochroną prawa międzyna- 
rodowego. Korpusy te otrzymać miały karabiny, oraz przepaskę 
do noszenia na lewem ramieniu, jako oznakę przynależności do 
siły zbrojnej państwowej. 
By zjednać sobie ludność Królestwa Polskiego, przy przekro- 
czeniu granicy Naczelna Komenda wojsk austro-węgierskich ogło- 
siła tam następującą odezwę: 
„Do Narodu Polskiego! 
„Z woli Wszechmocnego, który kieruje losami narodów, i z roz- 
kazu swoich monarchów, przekraczają sprzymierzone armie Austro- 
Węgier i Niemiec granicę, przynosząc w ten sposób i Wam, Pola- 
kom, wyzwolenie z pod jarzma moskiewskiego. 
Powitajcie nasze sztandary z ufnością, bo one zapewniają 
Wam sprawiedliwość. 
Sztandary te nie są Wam i Waszym rodakom obce. Wszakże 
przez półtora przeszło wieku rozwija się wspaniale Wasz naród pod 
berłem Austro-Węgier i Niemiec i pełne sławy tradycye Waszej 
przeszłości łączą się jak najściślej, jeszcze od czasów króla Jana 
Sobieskiego, który pospieszył z skuteczną pomocą zagrożonemu 
35 
państwu Habsburgów, z tradycyami Waszych sąsiadów na Za- 
chodzie. 
Znamy więc dobrze i uznajemy rycerskość i wybitne przy- 
mioty Narodu polskiego. Chcemy usunąć te zapory, jakie utrud- 
niały Wam ściślejszą łączność z życiem zachodu, chcemy otworzyć 
przed Wami wszystkie skarby duchowego i gospodarczego dorobku. 
To jest naszem wielkiem zadaniem, które łączy się z celem naszej 
kampanii. 
Nie my szukaliśmy wojny. Rosya walczyła długo bronią 
oszczerstw i wszelkich zaczepek, nie zawahała się wreszcie stanąć 
otwarcie po stronie tych, co usiłowali zatrzeć ślady niecnej zbrodni, 
skierowanej przeciw dynastyi austro-węgierskiej i skorzystali z tej 
sposobności, aby napaść na monarchię i sprzymierzone z nią pań- 
stwo niemieckie. Zmusiło to naszego Dostojnego Władcę, któremu 
Europa przez dziesiątki lat zawdzięczała pokój, do chwycenia 
za oręż. 
Wszyscy mieszkańcy Rosyi, których zwycięstwo naszych armii 
odda pod naszą opiekę, spodziewać się mogą od nas, zwycięzców, 
sprawiedliwości i ludzkości. 
Polacy! Zawierzcie ochotnie i z pełną ufnością naszej opiece, 
poprzyjcie nas i nasze usiłowania z całego serca. Zawierzcie spra- 
wiedliwości i wielkoduszności naszych władców, spełnijcie obowią- 
zek utrzymania ziemi rodzinnej, spełnijcie obowiązki, jakie nakłada 
na Was w tej ważnej chwili wola Boga Wszechmogącego!" 
Odezwa powyższa wojsk austro-węgierskich, jakkolwiek nie 
zadowoliła wszystkich, to jednak tonem swoim i treścią budziła 
zaufanie; nie spotkano w niej przyrzeczeń, których zrealizowanie 
po wojnie zwycięskiej mogłoby napotkać na jakiekolwiek przeszkody. 
Niemcy ocenili również ważność chwili i wartość nowego pol- 
skiego sprzymierzeńca w walce z Rosyą. Ponieważ dawny ich stosu- 
nek do Polaków nie był przyjazny, przeto pragnąc zaznaczyć wyraźnie 
swoje stanowisko wobec ludności polskiej Królestwa, zapowiedzieli 
wyraźnie, że nie przychodzą jako zdobywcy, lecz jako 
przyjaciele, niosący Narodowi Polskiemu niepod- 
ległość. 
Odezwa ta, wydana w pierwszych dniach sierpnia przez Na- 
czelne dowództwo niemieckich armii wschodnich, miała następujące 
brzmienie: 
„Polacy! 
„Zbliża się chwila oswobodzenia z pod jarzma moskiewskiego. 
Sprzymierzone wojska Niemiec i austro-węgierskie przekroczą 
wkrótce granice Królestwa Polskiego. Już cofają się Moskale. Upada 
ich krwawe panowanie, ciążące na Was od stu przeszło lat. Przy- 
chodzimy do Was, jako przyjaciele. Zaufajcie nam! 
104 
Wolność Wam niesiemy i niepodległość, za którą tyle wy- 
cierpieli ojcowie Wasi. Niech ustąpi barbarzyństwo wschodnie przed 
cywilizacyą zachodnią, wspólną Wam i nam. 
Powstańcie, pomni Waszej przeszłości tak wielkiej i pełnej chwały. 
Połączcie się z wojskami sprzymierzonemi. Wspólnemi siłami 
wypędzimy z granic Polski azyatyckie hordy. 
Przynosimy też wolność i swobodę wyznaniową, poszanowa- 
nie religii, tak strasznie uciskanej przez Rosyę. Niech z przeszłości 
i teraźniejszości przemówią do Was jęki Sybiru, krwawa rzeź Pragi 
i katowanie unitów. 
Z naszymi sztandarami przychodzi do Was wolność i niepod- 
ległość". 
I Rosya nie zaniedbała swojej sprawy. Nie pomna na cały 
wiek ciężkich prześladowań, ośmieliła się w tak poważnej chwili 
rzucić Narodowi Polskiemu nową obelgę: liczyć na jego bezgrani- 
czną naiwność. 
Pod datą 14 sierpnia (1 sierpnia starego stylu) ogłosił wielki 
książę Mikołaj Mikołajewicz, naczelny wódz armii rosyjskiej, na- 
stępującą odezwę do Polaków: 
„Polacy! 
„Wybiła godzina, w której przekazane wam marzenie ojców 
i dziadów waszych ziścić się może. 
Przed półtora wiekiem żywe ciało Polski rozszarpane na ka- 
wały, ale dusza jej nie umarła. Żyła ona nadzieją, że nadejdzie 
godzina zmartwychwstania dla narodu polskiego i dla pojednania 
się braterskiego z Wielką Rosyą. 
Wojsko rosyjskie niesie wam błogą wieść owego pojednania. 
Niechaj się zatrą granice, rozcinające na części naród polski! Niech 
naród polski połączy się w jedno ciało pod berłem cesarza rosyj- 
skiego! Pod berłem tem odrodzi się Polska, swobodna w swojej 
wierze, języku i samorządzie. 
Jednego tylko Rosya spodziewa się po was: takiego samego 
poszanowania praw ludów, z któremi związały was dzieje. 
Z sercem otwartem, z ręką po bratersku wyciągniętą, kroczy 
na wasze spotkanie Wielka Rosya. Wierzy ona, iż nie zardzewiał 
miecz, który poraził wroga pod Grunwaldem. 
Od brzegów oceanu Spokojnego do mórz północnych ciągną 
hufce rosyjskie. Zorza nowego życia dla was wschodzi. 
Niech zajaśnieje na tej jutrzni znamię krzyża, godło męki 
i zmartwychwstania narodów!" 
O ile przyrzeczenia niemieckie, idące bardzo daleko, mogły 
znaleść wśród Narodu Polskiego zaufanie — o tyle Rosya nie mo- 
37 
gła i nie powinna była na to zaufanie liczyć. Niemcy nie władali 
Królestwem Polskiem, szli jako wrogowie Rosyi i pragnęli jej po- 
konania, 
Rosya, panująca od lat studwudziestu nad ludnością polską 
Królestwa, której w ciężkiej dla siebie chwili przyrzeka „spełnienie 
marzeń ojców i dziadów", łamała w ciągu tego okresu najsolenniej- 
sze przyrzeczenia, dawane nie przez generałów, ale zaprzysięgane 
uroczyście przez swych carów. W ciągu wieku z górą Naród Pol- 
ski przechodził pod panowaniem rosyjskiem istną martyrologię: 
najlepsi jego synowie ginęli na szubienicach, więzienia przepełnione 
były tysiącami ludzi, których jedyną winą było umiłowanie wła- 
snego kraju. 
Te fakty, znane dobrze generalissimusowi rosyjskiemu, nie 
przeszkadzały mu odezwać się do Polaków w ciężkiej dla Rosyi 
chwili i przyrzekać im pod panowaniem rosyjskiem „ziszczenie 
marzeń ich ojców i dziadów". 
Nie długo trzeba było czekać na zmianę stanowiska szczo- 
drego w sierpniu Wielkiego Księcia Mikołaja Mikołajewicza. Prze- 
konawszy się, że Naród Polski nie da się złudzić bezwarto- 
ściowemi obietnicami, że w dalszym ciągu spotyka naprzeciw 
swej armii waleczne pułki Legionu Polskiego, ucieka się Wielki 
Książę do pogróżek. I już we wrześniu ogłasza, że łaska jego tylko 
pod tym warunkiem spadnie na Naród Polski, jeżeli tenże w ca- 
łości opowie się za Rosyą. 
Przeciw Legionowi Polskiemu polecił wystąpić z całą srogo« 
ścią: kazał wieszać wziętych do niewoli Legionistów, nie stosował 
do nich korzyści, przysługujących im, jako żołnierzom regularnym, 
według praw międzynarodowych. 
Wobec takiego stanowiska Wielkiego Księcia Mikołaja wzglę- 
dem Legionów Polskich, rząd austro-węgierski przesłał w ostatnich 
dniach września 1914 r. rządom państw neutralnych następującą 
notę werbalną: 
„Główno - dowodzący armii rosyjskiej kazał w dziennikach 
polskich ogłosić oświadczenie, powiadające, że członkowie organi- 
zacyj polskich, noszących nazwę „Sokół", w Galicyi biorą udział 
w walkach z wojskami rosyjskiemi i posługują się kulami wybu- 
chowemi z odciętym końcem. Do tego głównokomenderujący do- 
łączył polecenie, aby „Sokołów" i inne związki tego rodzaju nie 
uważać za kombatantów, lecz przeciw członkom tych organizacyj 
występować z całą surowością ustaw wojskowych. 
Rząd austro-węgierski stwierdza wobec tego całkiem formal- 
nie, co następuje: 
Wyżej wymieniona nazwa „Sokoli albo inne stowarzyszenia" 
dotyczy tylko Legionów polskich, które składają się po części 
104 
z członków takich stowarzyszeń. Ta okoliczność jednakże co do 
kwalifikacyi Legionów polskich pod względem prawa wojennego 
nie może wchodzić w rachubę. Legiony te utworzone zostały w taki 
sposób, że nietylko odpowiadają wszelkim warunkom, przepisanym 
w artykule pierwszym regulaminu, dotyczącego ustaw i zwyczaju 
wojny lądowej, lecz tworzą także część armii austro-węgierskiej, 
z którą są połączone przez organiczny węzeł: Członkowie Legio- 
nów złożyli przysięgę na chorągiew, a ich oddziały komenderowane 
są przez oficerów austro-węgierskich, na czele ich stoi generał 
austro-węgierski, który sam podlega rozkazom komendy armii. 
Co się tyczy rzekomego użycia kul wybuchających z odcię- 
tym końcem przez polskie Legiony, to oświadcza rząd austryacki, 
że ani te Legiony, ani jakakolwiek część armii austro-węgierskiej 
nie posługuje się podobnemi kulami. 
Wobec tego stanu rzeczy wszelka czynność Rosyi, zawiera- 
jąca nieuznanie polskiego Legionu jako strony wojującej, tworzy- 
łaby jaskrawe naruszenie postanowień hagskich, przeciwko czemu 
rząd austryacki już obecnie podnosi najkategoryczniejszy protest". 
V. Mobilizacya Organizacyj Strzeleckich i odmarsz 
do Królestwa. 
Zarządzona przez Józefa Piłsudskiego mobilizacya Związków 
i Drużyn Strzeleckich („Drużyny" odrazu po wybuchu wojny au- 
stro-serbskiej uznały Główną Komendę Związków Strzeleckich) 
ściągała do Krakowa, jako centralnego zbiornika zbrojnych sił pol- 
skich, coraz większe masy członków organizacyj strzeleckich. Do- 
piero w tym poważnym momencie okazała się naocznie cała spoi- 
stość i sprężystość stworzonych przez Piłsudskiego militarnych 
organizacyj. Młodzież strzelecka stawiła się niemal w komplecie 
na pierwsze zawołanie Wodza z nielicznymi stosunkowo i uspra- 
wiedliwionymi położeniem wyjątkami. Rozesłane na wszystkie strony 
kraju rozkazy mobilizacyjne zastały już niemal wszystkich człon- 
ków Związków i Drużyn Strzeleckich gotowymi do spełnienia 
świętego obowiązku. 
I rojno i gwarno było w tych gorących dniach sierpniowych 
w lokalu „Strzelca", mieszczącego się podówczas w Parku Kra- 
kowskim. Komisye asenterunkowe pracowały od rana do nocy, 
badając starszych i nowo zgłaszających się członków. Uznanych 
za zdolnych odsyłano do głównego obozu, znajdującego się na 
placu powystawowym, przy parku dra Jordana, w t. zw. „ Olean- 
drach". 
39 
Gromadzone codziennie masy przydzielano odrazu do two- 
rzonych kompanij, ćwiczono je gorliwie w mustrze, by przygoto- 
wać jaknajlepiej młodego żołnierza, mającego lada dzień zmierzyć 
się z odwiecznym wrogiem. 
W dniu 3 sierpnia potworzono nowe formacye kompanijne. 
W głównym obozie w „Oleandrach" panował pośród zgro- 
madzonych żołnierzy podniosły, uroczysty nastrój. Święta, cicha, 
sierpniowa, księżycowa nocy! Kto miał szczęście spędzić chociaż 
godzinę pośród tych chłopców-żołnierzy, ten nie zapomni cię nigdy. 
Wszyscy ci, którzy tam poza rozstawione warty, jako żołnierze się 
dostali, przestali być dla nas zwykłymi ludźmi. Stali się dla nas 
jakiemiś półbogami, dla których za mało głębokiej czci, na jaką 
stać nas i nieskończone następne polskie pokolenia. 
Święta, cicha, sierpniowa nocy! Stałaś się Nocą Cudów, bo 
wśród twoich łagodnych cieniów odrodziła się dusza polska, sto- 
piła się na twardy spiż, bo wśród ciebie, pod łagodnymi promie- 
niami księżyca urodził się z miłości do swej ziemi bohater nowy. 
Miłość wolności, poświęcenie bezgraniczne przestało być dla niego 
rzadką cnotą, a stało się codziennym, radośnie spełnianym obo- 
wiązkiem. 
Nie widać było na tych żołnierskich obliczach troski, nie 
związanej z dobrem Sprawy; jakby pod wpływem łaski wewnętrz- 
nej pozbyli się zwykłych codziennych kłopotów — tak ci, którym 
siwizna poprószyła głowy, jak ci najmłodsi. Jak gdyby zostawiwszy 
w spokoju rodziny, szli spokojni i cisi w zaświaty. Przestały dla 
nich istnieć więzy rodzinne; pozostało jedynie pragnienie wielkie 
spełnienia świętego obowiązku. Rozkucie z kajdan niewoli Ojczy- 
zny było jedynym ich celem i troską. 
Pieśń, ta stara, żołnierska pieśń polska, stała się niejako 
matką, kochanką nowej ich duszy. Ta o ułanie, ta o ptaku srebrno- 
piórym, i ta niezmiernie rzewna o rozmarynie, kąpały w swych 
starych, a jednak zawsze nowych i miłych dźwiękach młode du- 
sze, wznosiły je ku szczytom, ku sławie. 
I biegła prosta, a cudna pieśń żołnierska hen ku Karpatom, 
a odbiwszy się o ich skalny mur, płynęła echem daleko ku pół- 
nocy, poprzez całą polską ziemię, aż hen ku brzegom ciemnobarw- 
nego Bałtyku, a przeniknąwszy po drodze każdą polską chatę, 
każdą polską duszę, rozpływała się miłośnie w jego falach. 
Jeszcze nie padły pierwsze strzały; po tej i po tamtej stro- 
nie granicy austryacko-rosyjskiej wrzała w całej pełni mobilizacya- 
Piłsudski postanowił zrekognoskować nadgraniczne miejscowości 
104 40 
w Królestwie Polskiem, by przekonać się o usposobieniu tamtejszej 
polskiej ludności i o postępie mobilizacyi rosyjskiej. 
W lym celu wydal polecenie komendantowi oddziału konnego 
„Strzelca", Belinie, by z kilku ludźmi udał się na teren Królestwa, 
zasięgnął tam języka, by starał się niepostrzeżenie przedostać do 
Jędrzejowa i wszystkimi dostępnymi środkami wywołać między 
władzami rosyjskiemi panikę i przeszkodzić mobilizacyi. 
Dostać się 50 km. wewnątrz nieprzyjacielskiego terenu! 
Zadanie nie łatwe, zwłaszcza, że oddział konny nie miał do 
dyspozycyi ani jednego konia. Kupiony z takim trudem przed paru 
tygodniami za składkowe pieniądze wóz z koniem musiał służyć 
do załatwiania czynności gospodarczych organizacyi, stać się za- 
wiązkiem przyszłego trenu. 
Ale przyszły dzielny dowódca I-szego szwadronu kawaleryi 
Legionów, przywykły z dawien dawna do podobnych braków 
w Związkach Strzeleckich, poradził sobie doskonale. Dobrawszy so- 
bie sześciu dzielnych junaków: Bończę, Grzmota, Hankę, Janusza, 
Kmicica i Zdzisława, udał się furmanką do Królestwa, celem speł- 
nienia swego kawaleryjskiego zadania. 
Konie dobre niosły ich pędem ku granicy rosyjskiej. Mun- 
dury strzeleckie ukryte pod płaszczami cywilnymi, broń w słomie 
na dnie wozu. 
Przez lasy i drogi polne zapuszczano się ostrożnie w głąb 
kraju. Jasna gwiaździsta noc ułatwiała obserwacyę, ale groziła 
jednocześnie niewielkiej odważnej grupce dostaniem się w ręce 
ukrytych patroli oddziałów rosyjskich. Szczęście, że księżyc świecił 
krótko, a wąskie pasmo jego promieni jakby starało się uchronić 
jadących wobec wroga. 
Do brzasku przebyto pół drogi. 
Dalsza podróż była połączona z wielkiem niebezpieczeństwem 
dla sprawy, gdyż mogła przedwcześnie zdradzić zamiary i „siły" 
oddziału wobec wroga. 
Zatrzymano się przeto w jednym z dworów obywatelskich, 
gdzie doczekano się następnej nocy. Tu przyjęto naszych wiarusów 
z prawdziwą polską gościnnością. Tłumione od wieku serce polskie 
na widok żołnierza polskiego wezbrało pełnią uczucia i otoczyło 
go wielką macierzyńską troską. 
W ciągu dnia okazało się, iż wieść o „konspiracyjnej" eks- 
pedycyi szeroką falą popłynęła już w głąb kraju, wyprzedziwszy 
wyprawę o wiele, wiele godzin naprzód. 
I jak wszystko, co tajemnicze, wyolbrzymiała siła konspira- 
cyjnie przemykającego się oddziałku do niebywałych rozmiarów, 
niosąc w szeregi wroga strach i popłoch. 
Szumna wieść: Strzelcy maszerują na Jędrzejów — już dawno 
tam nadeszła, wzniecając popłoch nieopisany między władzami 
rosyjskiemi; naczelnik powiatu na samą wiadomość o tem roz- 
puścił do domów rezerwistów, a sam z podwładnymi uciekł 
do Kielc. 
Nie chciał Belina wracać do Krakowa z pustemi rękoma. Po- 
stanowił ze swoją dzielną „szóstką" wzniecić pośrod konsystują- 
cych w okolicy garnizonów rosyjskich postrach. 
Udał się więc ku Słomnikom, gdzie, jak się później okazało, 
stał garnizon rosyjski w sile siedmiuset ludzi. Szczęście odważnym 
sprzyja — a strach ma wielkie oczy. Zaatakowany w nocy od- 
ważnie przez naszą „szóstkę" garnizon słomnicki, nie myśląc by- 
najmniej o obronie, szybko umknął z miasta. 
Powodzenie nadzwyczajne zachęcało młodego żołnierza do 
dalszych podobnie śmiałych eksperymentów. Belina jednakże, nie 
chcąc nadużywać szczęścia, obawiając się zdradzenia swoich „sił" 
przeciwnikowi, spełniwszy w całości poruczone mu zadanie, posta- 
nowił wrócić do Krakowa. 
Zabrawszy ofiarowane mu przez obywatelstwo pięć koni, za- 
wrócił do Galicyi, gdzie tryumfalnie już konno wjechano do Kra- 
kowa. Pozostałych dwóch „spieszonych" kawalerzystów jechało 
na wozie. 
W Krakowie tę zaimprowizowaną kawaleryę uznano jako „fakt 
dokonany" i stała się ona zaczątkiem pierwszego szwadronu Ka- 
waleryi Legionów, a nowi kawalerzyści nie powrócili już, z wy- 
jątkiem Bończy, do służby w piechocie. Zamiast Bończy wstąpił 
do Oddziału konnego Dudzieniec. 
I od tej chwili rozpoczęli kawalerzyści polscy swoją ciężką 
służbę. Cały ogrom ważnej służby wywiadowczej spadł na barki 
dzielnej, wytrwałej garstki. 
Już w dniu 5 sierpnia 1914 r., jako patrol wywiadowczy, 
udaje się szczupły oddziałek Beliny w kierunku Słomnik. 
Był to wspaniały patrol kawaleryjski: pięciu jechało konno, 
a dwóch szło pieszo z siodłami na ramionach. Z tamtej strony 
granicy zarekwirowano brakujące konie i przyłączyło się jeszcze 
dwóch ułanów: Młot i Kolec. Oddziałek Beliny liczył już zatem 
oprócz dowódcy ośmiu kawalerzystów. 
Pośpiewując dotarł oddział kawalerzystów do Wodzisławia. 
Stamtąd musiał Belina wysłać do Krakowa raport. Ludzi miał za 
mało, nie mógł się zatem wyzbywać z oddziału ani jednego czło- 
wieka. Zatrzymano się zatem dla wypoczynku w jednym z dwo- 
rów okolicznych i zwrócono się z prośbą do właściciela o danie 
posłańca konnego do Krakowa. Syn właściciela oświadczył natych- 
miastową gotowość udania się z raportem, a później jako dziesiąty 
ułan wstąpił do oddziału Beliny. 
Także w ciągu następnych dni, 6 i 7 sierpnia, nie miał Be- 
104 
lina spotkania z kozakami; wojska rosyjskie z całej okolicy ustą- 
piły do Kielc. 
Nareszcie nadszedł upragniony dzień: dzień wymarszu na 
plac boju do walki z odwiecznym wrogiem. 
Tak długo wyglądany dzień przez każdego Strzelca... 
Na dzień 6 sierpnia był wyznaczony wymarsz pierwszej kom- 
panii kadrowej. Alarm był o godzinie 2-giej w nocy, a zbiórka 
o 3-ciej nad ranem, odmarsz o 3'30. O nastroju tej uroczystej 
chwili, o nieopisanym entuzyazmie, niech poświadczy następujący 
opis Zygmunta Kisielewskiego: 
„Był to wieczór owego dnia, w którym druty telegraficzne 
całego świata jęczały, śmiały się, chichotały, śpiewały: wojna — 
wojna... 
W „oleandrach" krakowskich dziwna jakaś odbywała się 
sprawa. Stały naprzeciwko siebie dwie zbite masy ludzi, sformo- 
wane w czworoboki wojskowe, a między nimi w środku widniała 
figura pięćdziesięcioletniego męża, który przy świetle nocnej latarni 
czytał, głosem donośnym wywołując imiona i nazwiska. Po każdem 
nazwisku odrywał się z jakiegoś czworoboku żołnierz i stawał 
opodal. Trwało to może godzinę. Wreszcie czytający oddał adju- 
tantowi papier, zdjął z głowy małą, płaską czapkę i w ciszy le- 
tniego wieczora przemówił w stronę wybranych: 
— 
Obywatele! — Dzisiaj nocą wyruszycie w kierunku gra- 
nicy rosyjskiej. Żołnierze pierwszej kompanii: Wam pierwszym po- 
wierza Polska chwałę i cześć walczenia z wrogiem. Macie b!ć się, 
umierać i zwyciężać dla Ojczyzny! Hasło wasze: Śmierć Rosyi! 
Rozkołysało się mrowie strzelców jak złotolity łan pszenicy. 
Najpierw słychać było tylko jakby zciszony szloch radości, że już, 
że nareszcie pójdą... Potem rzewne westchnienia, szepty, słowa za- 
szumiały w szeregach. Słowa wodza tak nagle oślepiły dusze, że 
chwila minęła, aż zakotłowało się w głębi oddziałów, aż ramiona 
bielą palców wykwitnęły ku niebu, aż z piersi gromadnej wy- 
buchnął krzyk ogromny: 
— 
Śmierć Rosyi! 
Okrzyk rozniósł się jak strzał armatni, coraz szerszemi falami 
rozlewając się po polach i błoniach... hen... aż ku Michałowicom. 
Może go tam zasłyszał czujny słuch ostatniego kozaka, który drze- 
miąc na koniu, nagle ocknął się i zadrżał... I może zadumał się 
nieszczęsny wyżeł cara nad tem, co mu donosił tęsknie zawodzący 
szept traw... 
Zaledwie przebrzmiał okrzyk, z szeregów oddziału, stojącego 
po lewej stronie wodza, wyskoczył siwiejący, małego wzrostu żoł- 
nierz, przypadł do wodza i błagającym głosem jął prosić: 
43 
— 
Komendancie! Pozwólcie i mnie... ja chcę, ja pragnę z nimi, 
z pierwszymi... na Moskala!... Komendancie... 
Ale ostatnich słów żołnierza nie dosłyszał już komendant, 
albowiem za przykładem jednego opadli go inni, dopraszają się 
tej samej łaski. Jedni prosili, inni chwytali go za ręce, inni przy- 
stanęli w milczeniu, przemawiając jeno spojrzeniem. Byli i tacy, 
którzy w gorączce padali na kolana, żebrząc o zaszczyt należenia 
do pierwszej kompanii. Niepodobna było już pochwycić oddzielnych 
wyrazów, bo prośby wszystkie zmieszały się w jeden proszalny 
głos: Komendancie! 
Komendant zrazu sam nie zdołał stłumić wzruszenia. Łapał 
swych żołnierzy za ramiona, głaskał po głowach, jak dzieci, ale 
prędko wspomniał na żołnierski obowiązek posłuchu, podniósł do 
góry szablę i huknął: 
— 
Baczność! Formuj się!... 
Na ten rozkaz rozpierzchli się żołnierze niby stada wróbli na 
widok latawca. W mig zestroiły się kompanie w szyku. 
Wódz nałożył czapkę, sprezentował broń i pełnym, młodzień- 
czym głosem rzekł: 
— 
Kompania pierwsza wyruszy dzisiaj nocą. Kompania druga 
wyruszy jutro w południe. Kompania trzecia i czwarta... 
I tak wyliczał, a naznaczywszy terminy wszystkim oddziałom, 
umilkł na sekundę. 
Umilkły drzewa, trawy — zda się — stanęły. 
Wtem podniósł głos: 
— 
Obywatele żołnierze! Wolna Polska — niech żyje! 
— 
Wolna Polska niech żyje! — radosnem echem odpowie- 
dzieli wszyscy." 
* 
Następnego dnia, 7 sierpnia, wyszedł na teren Królestwa Pol- 
skiego dalszy oddział strzelecki w sile 212 piechoty i 10 kawale- 
rzystów. Oddział ten wyprowadził na Kielce osobiście Józef Piłsudski 
ze swoim sztabem. Przechodzono granicę rosyjską tegoż dnia o go- 
dzinie 7 minut 7 wieczorem. 
W dniu 8 sierpnia o godzinie 6 rano wyszedł z Krakowa 
główny oddział zmobilizowanych sił strzeleckich w sile około 1600 
żołnierzy i rozdzieliwszy się w Krakowie na dwie główne grupy, 
z Krzeszowic w trzech oddziałach drogą na Paczółtowice i Racła- 
wice przeszedł granicę rosyjską. 
Żegnała ich w Krakowie z powodu zbyt spóźnionej godziny 
wymarszu (początkowo miano wyruszyć o godzinie 2 nad ranem) 
garstka ludzi. Wyszli cicho, nie żegnali się owacyjnie; przeciągali 
godziny swego wymarszu, jak gdyby nacieszyć się pragnęli jeszcze 
44 
widokiem tego starego, ukochanego miasta, które z taką miłością 
przygarnęło ich do siebie. 
Ale w głębi duszy żegnał ich cały Kraków. 
Wracajcie nam! Wracajcie z chwałą! — mówiło jednogłośne 
westchnienie tysięcy piersi. 
I poszli. Zaczął się dla nich żywot pełen ciężkich trudów i sławy. 
Jeszcze dzisiaj trudno o ścisłe daty, gdyż tocząca się walka 
uniemożliwia dostęp do pierwszorzędnych źródeł, jakiemi są nie- 
wątpliwie raporty oficerskie. Musimy się zatem zadowolić cyframi 
przybliżonemi. I tak: 
W dniu 6 sierpnia wyruszyła I-sza kompania pie- 
choty w sile około 
160 
W dniu 7 sierpnia wyruszyły następne oddziały, 
z których w Miechowie sformowano 2 kom- 
panie piechoty w sile około 
212 
i oddział kawaleryi 
10 
W dniu 8 sierpnia rano około 
1600 
razem żołnierzy około . . 1982 
Członkowie zamieszkali dalej, do których wezwanie przyszło 
później, dołączyli się do później formowanych batalionów. 
Zwerbowani świeżo ochotnicy w liczbie bardzo poważnej 
w całości pozostali do lepszego przećwiczenia. Wśród nich wielu 
należało już w 1912 i 1913 roku do Organizacyj Strzeleckich. 
Gdy się weźmie pod uwagę, że wielu członków Związków 
i Drużyn strzeleckich należało do rezerwy austryackiej i z chwilą 
ogłoszenia mobilizacyi zostali powołani do szeregów armii, oraz 
zważywszy, że za Komendą Strzelecką nie stała fizyczna władza, 
lecz jedynie władza moralna, wynik mobilizacyi musimy uważać 
za bardzo dobry. 
VI. Kielce. 
'a) Pochód na Kielce. 
Pierwsza kompania kadrowa Strzelców — tak nazwana ze 
względu, iż miała stać się kadrami dla ochotników z Królestwa 
Polskiego, wyruszyła z Krakowa — z „Oleandrów" — 6 sierpnia 
o godzinie 3'30 r. w sile około 160 ludzi. Oficerowie: kompanijny 
Tadeusz Kasprzycki, pseudonim Zbigniew, plutonowi: I pl. Kazi- 
mierz Piątek, ps. Herwin, II pl. Henryk Paszkowski, ps. Krok; 
45 
III pl. Stanisław Burkhardt ps. Bukacki, IV pl. Jan Kruszewski ps. 
Kruk; jako intendant maszerował z kompanią kadrową Aleksander 
Litwinowicz. Cała kadrówka była umundurowana, uzbrojona 
w manlichery, żołnierzom rozdano po 105 naboi na karabin. 
Pełna entuzyazmu ruszyła ku granicy rosyjskiej pierwsza 
kompania regularnego polskiego żołnierza. Idą jak potok rwący, 
porywając za sobą niezdecydowanych, a nawet niedawno jeszcze 
obojętnych współbraci, wytyczając nowy kierunek ojczystym dziejom. 
Wreszcie przekroczono z pewnem wzruszeniem pod Michało- 
wicami granicę w dniu 6 sierpnia rano. Z bronią w ręku, jak wolni 
obywatele, wkroczyli na ziemię, gnębioną od wieku przez wroga. 
Mają stać się mścicielami krzywd milionów. 
W tym dniu zajęto Słomniki, w dniu 7 sierpnia Miechów, 
gdzie kadrówka pozostawała sama do 8 sierpnia. O godz. 4 po 
południu tego dnia przyjechał do Miechowa Główny Komendant 
Józef Piłsudski z szefem sztabu Sosnkowskim. Późnym wieczorem 
przymaszerował ze swoją kompanią Stanisław Tessaro ps. Zosik. 
Nowo przybyli uzbrojeni byli w werndle, ubrani na pół po cy- 
wilnemu. 
Na odprawie oficerskiej w niedzielę 9 sierpnia o 2-giej po 
południu oddano w Miechowie komendę kompanii kadrowej Her- 
winowi; Zbigniew, poprzedni kompanijny „kadrówki", przeszedł 
do sztabu. Komendę pierwszego plutonu po Herwinie objął Modest 
Słoniowski ps. Słoń. 
Na odprawie wydał Komendant gł. Herwinowi rozkaz masze- 
rowania z kompanią kadrową o 4-tej do Wielkiego Książa, tam 
wsiąść na podwody, przygotowane przez Boernera ps. Emil i w ten 
sam dzień zająć Jędrzejów. Rozkaz został wykonany bez żadnych 
przeszkód, gdyż mimo ciągłych, alarmujących doniesień ze strony 
ludności cywilnej, nieprzyjaciela nigdzie nie było; resztki jego co- 
fały się już z Kielc. 
Przez poniedziałek 10 sierpnia pozostano w Jędrzejowie, od- 
bierając z komisarzem, drem Bobrowskim, dworzec, magazyny etc. 
W nocy z 10 na 11 sierpnia przyszły do Jędrzejowa kompanie 
Zosika i Scaevoli (Wacława Wieczorkiewicza). 
11 sierpnia wyruszyły 3 kompanie pod komendą gł. Komen- 
danta Józefa Piłsudskiego szosą do Kielc. W dniu tym kompania 
kadrowa liczyła już tylko 132 żołnierzy i oficerów, wszystkie trzy 
kompanie zaś 372. 
Po obiedzie w Brzegach sztab odjechał do Jędrzejowa. Kom- 
panie i tabory pod komendą Herwina ruszyły dalej przez Chęciny 
na biwak, poczem stanęły na wysokości kol. stacyi Bolechowice; 
chodziły bowiem wieści, że Kielce jeszcze nie zupełnie wolne, oraz 
że w lasach na Słowiku przebywają kozacy. 
Rano 12 sierpnia spatrolowano lasy pod Kielcami. Parczyński 
104 46 
ps. Młot prowadził patrol przez Karczówkę, która według prywa- 
tnych doniesień miała być ufortyfikowaną, co jednak okazało się 
nieprawdą. 
Po przyjeździe sztabu ruszył oddział Strzelców pod komendą 
Piłsudskiego od Białogonu na Kielce marszem podróżnym. 
Główny oddział Strzelców, w sile około 1600 ludzi, rozdzielił 
się na dwie grupy, które wyruszyły 8 sierpnia o godzinie 6 rano 
różnemi drogami z Krakowa do Krzeszowic. Jedna z tych grup 
ruszyła przez Łobzów, Bronowice, Pasternik, Zabierzów, Sowiarkę 
i wmaszerowała do Krzeszowic z pieśnią: „Hej Strzelcy wraz", 
tegoż dnia o godzinie 3 po południu. 
Po drodze od czasu do czasu zarządzano krótkie postoje. 
W Zabierzowie zakupiono pewną ilość chleba, a przed Sowiarką, 
w odległości około 7 kilometrów przed Krzeszowicami, zarządzono 
cokolwiek dłuższy odpoczynek. 
Druga grupa poszła z Krakowa przez Bielany, Czernichów, 
Ryczów, Spytkowice, Zator i wieczorem 10 sierpnia przyszła do 
Krzeszowic. 
Do Czernichowa przybyto tegoż dnia. Noc z 8-go na 9-go 
sierpnia spędzono w Czernichowie, skąd nazajutrz o 4-tej popołu- 
dniu wyruszono do Ryczowa. Tam przybyto nad wieczorem i za- 
nocowano. Wczesnym rankiem 10-go sierpnia przez Spytkowice 
i Zator wymaszerował oddział do Krzeszowic, gdzie dostał się na 
noc tegoż dnia wieczorem. 
W Krzeszowicach dokonano rozdziału pierwszej grupy, przy- 
byłej 8-go sierpnia, na dwa oddziały; jeden pod komendą Mieczy- 
sława Trojanowskiego-Ryszarda, pozostał przez kilka dni w Krze- 
szowicach, a drugi pod wodzą Wyrwy, otrzymawszy w dniu 9-tym 
sierpnia amunicyę i werndle, ale bez pasów i bagnetów, wyruszył 
rano 10-go sierpnia do Królestwa. 
Komendant Ryszard odprowadził oddział Wyrwy do Czatko- 
wic i pożegnawszy się z nim słowami: „Do widzenia chłopcy 
w Królestwie" — wrócił do oddziału do Krzeszowic. 
Odpowiedziano mu z entuzyazmem: Do widzenia! 
Wyrwa wraz ze swym oddziałem już 10 sierpnia około go- 
dziny 2-giej po południu przeszedł granicę i wkroczył do Racławic. 
Tam, na wolnej już od wroga ziemi polskiej, owiani czarem na- 
dziei lepszej wolnej przyszłości i historycznem wspomnieniem sto- 
czonego ongiś na polach racławickich przez Kościuszkę zwycię- 
skiego boju z tym samym wrogiem, Strzelcy pozostali do wieczora. 
Rozlokowawszy się w domu straży pogranicznej, zjedzono obiad 
i wypoczęto po męczącym marszu. 
Tegoż dnia wieczorem wymaszerowano w stronę Skały, do- 
kąd przybyto około drugiej nad ranem 11 sierpnia. W Skale urzą- 
dżono biwak, do świtu palono ognie. Przed Strzelcami roztaczał 
się przecudny widok na zamek. Las zdawał się szeptać rozegzal- 
towanej młodzieży o przeszłości, opowiadać jej jakieś czarowne 
sny, jakieś tajemnicze historye z dawnych lepszych, bo z wolnych 
Ojczyzny lat. 
Nie długo danetn było młodemu żołnierzowi marzyć; twardy 
żołnierski los wzywał do przynaglenia, do spełnienia obowiązku. 
11 sierpnia rano wyruszono na podwodach w stronę Miechowa, 
dokąd przybyto tegoż dnia na szarówce. 
W Miechowie zatrzymano się na nocleg. Był tam już oddział 
Strzelców i polskie władze. Pozostano w Miechowje przez cały 12 
sierpnia i otrzymano brakujące do werndli pasy i bagnety. 
Dnie i noce były przecudne. Natura, jakby sprzyjała młodemu 
żołnierzowi, pozwalając mu się zwolna hartować, nabierać odpor- 
ności na przyszłe trudy i znoje. 
13 sierpnia około 7-ej rano wyruszył oddział z Miechowa 
pieszo do Książa, gdzie zatrzymano się 2 godziny i zjedzono obiad. 
Około 3-ciej popołudniu wsiędziono na podwody i tegoż dnia pó- 
źnym wieczorem dostano się do Jędrzejowa. Zanocowano na kwa- 
terach. 
Nazajutrz 14 sierpnia około południa przybył oddział na pod- 
wodach do Chęcin. 
Przed Chęcinami spotkano dwa wozy amunicyjne strzeleckie 
w popłochu cofające się w stronę Jędrzejowa. Wyrwa aresztował 
konwojujących je żołnierzy i zawrócił ich do Chęcin, gdzie pod 
strażą ustawił wozy amunicyjne z ich eskortą na rynku. 
Po bliższem zbadaniu okazało się, że konwojujący amunicyę 
mieli rozkaz cofnięcia się tylko do Chęcin. 
W Chęcinach doszły oddział Wyrwy dokładne wieści o wal- 
kach, stoczonych przez Strzelców w Kielcach. W niedługim czasie 
nadciągnął ze swym oddziałem i Herwin, wyczerpany i prawie 
omdlewający z powodu uciążliwej i denerwującej obrony nocnej 
dworca kieleckiego. Wsiadł ze swym oddziałem na podwody Wy- 
rwy i udał się ku Jędrzejowu. 
* 
# 
* 
Następny oddział Strzelców wyruszył z Krzeszowic 11 sier- 
pnia po południu. W nocy z 11-go na 12-go sierpnia o godzinie 
1 min. 34 przeszli Strzelcy granicę rosyjską do Racławic i tam 
zanocowali. 
104 48 
W dniu 12 sierpnia udał się oddział polski do Pieskowej 
Skały, skąd furmankami został przewieziony do Miechowa. 13 sier- 
pnia marszem ubezpieczonym wyruszył do Książa, skąd po kolacyi 
w zamku furmankami wyjechano do Jędrzejowa. Jazda trwała całą 
noc i dopiero rano 14 sierpnia przybyto do Jędrzejowa. 
Wieści nadchodzące z pod Kielc nie pozwalały na długi wy- 
poczynek. Znużony całonocną jazdą żołnierz, już o 11-tej przed 
południem stawił się na zbiórkę i ruszył natychmiast przeciw nie- 
przyjacielowi. Pod wieczór zawrócono oddział do Jędrzejowa, gdzie 
przenocował z 14-go na 15-ty sierpnia, otoczywszy się forpocztami. 
Służbę forpocztową pełniła 9 kompania Wira. 
* 
Pozostała część głównego oddziału strzeleckiego zabawiła 
w Krzeszowicach najdłużej. 
Przyszedłszy do Krzeszowic 8 sierpnia o godzinie 3 po po- 
łudniu udano się na obiad. W Krzeszowicach pozostano kilka dni. 
Nazajutrz po przybyciu, 9 sierpnia, wydzielono dwie kom- 
panie i wysłano je do Chrzanowa po broń i amunicyę dla reszty 
oddziału. 
O 11-tej przed południem wyjechały kompanie do Chrzanowa, 
gdzie około 12-tej spożyły obiad. Jeden z plutonów rozgościł się 
u pewnego fabrykanta. Gospodarz był uprzejmy i życzliwy, nie 
wierzył jednak w pomyślny skutek wyprawy. 
O 7-mej wieczorem zjedzono kolacyę, poczem udano się na 
spoczynek. Między innemi nocowano w gmachu „Sokoła". 
10 sierpnia, po śniadaniu, odbywały się ćwiczenia plutonami 
w mustrze formalnej. Ćwiczenia urządzono w ogrodzie. Po połu- 
dniu przerobiono tyraliery. Po podanej na kolacyę własnej kawie, 
młodzi żołnierze, pomęczeni ćwiczeniami, zasnęli z rozkoszą. 
Następnego dnia wstali rzeźcy i radzi z młodego życia. Po 
śniadaniu, danem przez panie chrzanowskie, odbyły się znowu ćwi- 
czenia w tyraliery. Przygotowywano ludzi, gwałtownie uzupełniano 
luki w wyćwiczeniu młodego żołnierza, by tenże mógł stanąć go- 
dnie i pewny siebie wobec wroga. 
Po ćwiczeniach udano się do starostwa po broń i amunicyę. 
Wydano wszystkim po trzy „werndle" i po 450 naboi, t. j. po 150 
na każdy karabin. Chłopcy, ujrzawszy starą, jednostrzałową broń, 
zachmurzyli się nieco, ale uspokojeni przez komendantów, nabrali 
zwykłego humoru. O godzinie 12 wyjechały oddziały do Krze- 
szowic, gdzie o 3-ciej po południu zjedzono obiad w kasynie. Do 
wieczora — 
„wolne". 
W środę 12 sierpnia miano wyruszyć. Nakazano małemi grup- 
kami kąpiel w rzece, poczem za przepustkami oficerów inspekcyj- 
nych rozpuszczono żołnierzy do 5-tej po południu. 
Na godzinę 6-tą przygotowano wieczerzę, a o 8-mej nastąpił 
wymarsz ku granicy. Pagórkowaty teren utrudniał wielce marsz 
taborów. IV-tą kompanię użyto do pomocy taborowi; przy wpro- 
wadzaniu wozów na wzgórza musieli żołnierze pomagać. Wreszcie 
wczesnym rankiem 13 sierpnia zbliżono się do graniey. Nadzwy- 
czaj spadzisty teren nie pozwalał na normalny zjazd obładowanych 
wozów; niemal na samym pasie granicznym wyprzężono konie, 
zahamowano koła i wolno sprowadzono wozy ku potokowi na do- 
linę, leżącą kilka kroków tuż za granicą. 
Po przeprowadzeniu ostatniego wozu przez granicę, zdarzył 
się zabawny epizod. Ku granicy zbliża się luźny oddział kobiet- 
Strzelczyń, chcąc ją przekroczyć razem z oddziałami żołnierzy. 
Było ich trzynaście. Komendant taboru, powoławszy się na rozpo- 
rządzenie kom. Ryszarda, oświadczył im, że granice Królestwa we- 
dług rozkazu mogą przekraczać tylko Strzelcy. Zapanowała między 
kobietami konsternacya; rozkazem powrotu były najzupełniej za- 
skoczone. Wreszcie oświadczają, że i one czują się żołnierzami 
(ubrane były po strzelecku, obcięte włosy, a jedna nawet pod sza- 
blą), wreszcie niektóre twierdzą, że mają najrozmaitsze polecenia. 
— 
Czy jesteście kobietami, czy żołnierzami? — pyta komen- 
dant taboru. 
— 
Żołnierzami — odpowiadają zgodnie. 
— 
Tak? Czy wiecie, co znaczy rozkaz? — pyta podniesio- 
nym głosem. 
— 
Baczność! — komenderuje im wreszcie. 
Kobiety stanęły jak wmurowane. 
— 
Wstecz — zwrot! Dyrekcya Kraków! Marsz! — zakomen- 
derował taborowy. 
Poswtał między kobietami nieopisany lament, a szczególniej 
jedna z nich była bliską rozpaczy. Dopiero, gdy komendant zagro- 
ził użyciem eskorty, uspokoiły się nieco i zawróciły. 
Oddział Strzelców ruszył doliną potoku do Racławic, gdzie 
spożył smacznie po trudach nocnych pierwsze na ziemi Królestwa 
skromne, żołnierskie śniadanie. 
Z Racławic udano się dalej ku Jędrzejowu i Kielcom. 
fa) Pierwsze zajęcie Kielc. 
W dniu 12 sierpnia 1914 r. o godzinie 2-giej po południu wma- 
szerował do Kielc Józef Piłsudski z oddziałem Strzelców. Oddział 
składał się z trzech kompanij piechoty: Herwina, Zosika i Scaevoli, 
w sile około 360 ludzi i oddziału konnicy, liczącego 10 kawale- 
rzystów. Belina ze swymi kawalerzystami był wysłany naprzód 
w celach wywiadowczych. Do miasta weszli Strzelcy Krakowską 
4 
100 
Bramą i wśród zdziwionych tłumów ludności zgromadzonej na uli- 
cach przeszli: ulicą Dużą, Kolejową ku dworcowi kolejowemu, po- 
czerń obsadzone dworzec. 
Już przy wejściu do miasta usłyszano pierwsze strzały, jakie 
Belina ze swym oddziałem zamieniał na północy miasta z kozakami. 
W pałacu gubernatora umieściły się polskie władze wojskowe. 
Natychmiast odkomenderowano 2 oficerów do uwolnienia więźniów 
politycznych. Było ich czterech. Kryminalnym zdjęto łańcuchy i po- 
lecono dozorcom dobre obchodzenie się z nimi. Kobietom zape- 
wniono codzienne przechadzki. 
Skonfiskowano 7 karabinów nowego systemu, 8 rewolwerów 
i pewną ilość patronów. 
Po wmaszerowaniu do miasta Piłsudski wraz ze swym szefem 
sztabu Sosnkowskim i komisarzem wojskowym złożyli wizytę bi- 
skupowi, poczem Piłsudski w politycznych sprawach wyjechał do 
Krakowa. Komendę objął Sosnkowski. 
Piechota, jak powiedzieliśmy wyżej, obsadziła dworzec kole- 
jowy. Wygodnie, na folwarku Czarnówek, odległym około 1500 
kroków na zachód od dworca, rozkwaterowali się dragoni austryaccy 
w sile około szwadronu. 
Wnet po zajęciu dworca zaczęły od osób cywilnych docho- 
dzić wiadomości, że od Suchedniowa maszeruje na Kielce silna 
kolumna nieprzyjacielska. Wiadomości podobne, dyktowane życzli- 
wością, lecz nie zawsze uzasadnione, otrzymywano ciągle w drodze 
i tym razem przyjęto je ostrożnie. Dla otrzymania konkretnych 
danych wysłał komendant Herwin słaby patrol drogą w kierunku 
Szydłówka. Patrol dotarł tylko do północnego krańca Kielc — Szy- 
dłówek zajęty był przez kawaleryę rosyjską. 
Belina ze swym skromnym oddziałem kawaleryi otrzymał 
polecenie obrony miasta przed nagłym napadem nieprzyjaciela. 
Oddział jego był zbyt mały, aby zamknąć wszystkie ulice, zady- 
sponował więc jak następuje swoimi 9-cioma ułanami: po dwóch 
spieszonych ułanów przy każdej z trzech rogatek miasta trzymało 
straż, a pozostałych trzech jako „rezerwa" zajęło pozycyę na rynku 
u wylotu głównych ulic. 
Belina galopował od placówki do placówki, nie spuszczając 
ogólnej sytuacyi z oka. 
Chociaż przeważającą silą, zbliżali się Rosyanie ostrożnie ku 
miastu i swoim zwyczajem zasypywali „siły" domniemanego prze- 
ciwnika gęstym ogniem. Kule padały jak grad, nie czyniły jednakże 
żadnej szkody. Odpowiadano na ogień rzadko, lecz celnie, z bra- 
wurą wystawiając się na ogień wroga. 
O godzinie 4-tej po południu szef sztabu Sosnkowski otrzy- 
mał od Beliny i Herwina prawie równocześnie dwa meldunki, do- 
noszące, że na wschodzie miasta i od strony Szydłówka ukazały 
51 
się masy kozaków. Szef sztabu postanowił wtedy źająć Szydłówek 
półkompanią Zosika, aby spędzić patrole i trzymać je zdała od 
miasta. Siły Beliny były zbyt szczupłe, aby zabezpieczyć gwałto- 
wne wtargnięcie nieprzyjaciela do miasta, to też za parę minut, 
prawie równocześnie z meldunkiem, usłyszano bardzo bliskie strzały, 
świadczące o obecności kozaków w mieście. W parę minut stała 
w linii rozwiniętej przed dworcem półkompania Zosika i ładowała 
broń. Strzały stawały się coraz częstsze, wreszcie kule poczęły 
padać jak groch. Rosyanie, chcąc się przekonać, z jakiemi siłami 
mają w mieście do czynienia, wysłali do miasta opancerzony auto- 
mobil z karabinem maszynowym, który pędząc w szalonem tempie 
przez ulice ku rynkowi, siał właśnie przed siebie gradem kul. 
W rynku, w pobliżu hotelu „Bristol", zajętego po strzelaninie 
przez naszych kawalerzystów, trzech ukrytych ułanów polskich 
oraz półkompania stojąca przed dworcem przyjęła automobil tak 
skutecznym ogniem, że z załogi 2 oficerów zabito, a 2 raniono 
ciężko. Szofer, zebrawszy resztę sił, prawie tuż przed samym dwor- 
cem, u wylotu ul. Ruskiej, zawrócił, wyprowadził szybko auto- 
mobil z miasta i tam zwalił się z nim do przydrożnego rowu. Pa- 
trony ułani zabrali, karabinu maszynowego jednakże z powodu 
nacisku Rosyan zabrać nie zdołano. 
Od strzałów karabinu maszynowego zginął jeden oficer austrya- 
cki, motocyklista, który przyjechał na dworzec, aby udzielić sze- 
fowi Sosnkowskiemu wiadomości i wracał właśnie od dworca. 
Strzelcy nie mieli żadnych strat. 
Tuż po odjeździe automobilu odezwało się parę strzałów na 
północny zachód od dworca. Szef sztabu kazał Herwinowi rozwi- 
nąć kompanię poza dworcem w tyralierkę frontem na północ, tym- 
czasem zbierały się pozostałe dwie kompanie. Patrol, wysłany przez 
Herwina do folwarku w Czarnówku dla nawiązania kontaktu z dra- 
gonami austryackimi, nie znalazł nikogo; otrzymawszy wiadomość 
o zbliżaniu się nieprzyjaciela, cofnęli się, nie zawiadomiwszy Strzel- 
ców o tem. 
Komend. Herwin, kierując osobiście akcyą, ujrzawszy przed 
sobą pagórek, położony obok Czarnówka, ruszył na niego. Po 
drodze gwizdnęła koło niego pierwsza kula, nie czyniąc jednakże 
na nim, jak się sam wyraził, najmniejszego wrażenia. Strzał po- 
chodził od rosyjskiego patrolu, wysłanego w kierunku folwarku; 
więcej strzałów w tej stronie już nie było. Ze wzgórza komend. 
Herwin nie zaobserwował nic więcej, oprócz olbrzymiej kolumny 
kawaleryi, która stała na drodze Kielce - Szydłówek w odległości 
około lV2 km od miasta, lecz wnet cofnęła się i zniknęła za wzgó- 
rzami Szydłówka. 
Pozostawiwszy jednemu z oficerów kompanię, ruszył Herwin 
z kilku żołnierzami jako patrol pod Szydłówek. 
100 
Szczupłym siłom Beliny było coraz więcej gorąco w mieście. 
Rosyanie coraz większemi masami zbliżali się i coraz silniej ostrze- 
liwali polskie posterunki. Wobec tego Belina zażądał pomocy od 
piechoty, stojącej pod stacyą. Po dłuższych pertraktacyach z do- 
wódcą oddziału, wśród coraz silniejszego ognia toczonych, zwerbo- 
wał Belina dalszych sześciu ułanów, a między nimi: Wacława Sie- 
roszewskiego, Andrzeja Struga i Orlicza. Miał zatem Belina oddział 
liczący już 15 ludzi. 
W mieście Strzelcy i kawalerzyści dalej walczyli. Podczas 
tych walk został oficer kozacki śmiertelnie ranny przez Belinę. 
Coraz więcej uciszało się. Kozacy, zostawiwszy pewną liczbę 
zabitych i rannych, zmuszeni zostali do ustąpienia z miasta. 
Belina ze swymi kawalerzystami spisał się dzielnie; wobec 
przeważających sił wroga w 10 ludzi potrafił się utrzymać przez 
3 godziny t. j . od 1 do 4 popołudniu. 
Szef sztabu Sosnkowski, przekonawszy się o znacznej prze- 
wadze napierających coraz więcej nieprzyjaciół, zdecydował się za- 
jąć lepszą pozycyę, gdyż wąskie ulice koło dworca nie dawały 
możności rozwinięcia się, a i pole ostrzału było za małe. Wydał 
przeto szef sztabu rozrzuconym wokoło miasta oddziałom rozkaz 
cofnięcia się na dworzec. Jako biwak na noc wybrał folwark 
Czarnówek, o 1500 kroków na zachód od dworca położony. 
Ponieważ dworzec był zanadto ważnym posterunkiem, zosta- 
wił przeto na nim szef sztabu plutonową załogę, oddając komendę 
nad nią niestrudzonemu Herwinowi. Reszta oddziału cofnęła się 
do Czarnówka. Naprzód pod strzałami rosyjskiemi przeszły nasyp 
kolejowy treny, a potem oddziały wojska. 
Indywidualizm oddziałów strzeleckich, pragnienie zmierzenia 
się z wrogiem w otwartem polu, zaznaczyły się w tych pierwszych 
starciach ogromnie silnie. Trzy kompanie rozbiły się na poszcze- 
gólne grupy: Belina dla siebie, oddziały piesze dla siebie, każdy 
szukał nieprzyjaciela, bił się z nim na własną rękę. Najcięższą 
pracą szefa w tym dniu było zebranie tych rozprószonych grup 
i przywrócenie organizacyi kompanijnej. 
Nadeszła chłodna, gwiaździsta noc. Wokoło rozstawiono straże, 
rozesłano naokoło miasta patrole piesze i konne; na podwórzu 
folwarku w Czarnówku na gołej ziemi spały pokotem kompanie 
z bronią w ręku. Młody żołnierz, znużony trudami chodu, zasnął 
cichym spokojnym snem sprawiedliwych. 
Wokoło panuje niczem nie zamącona cisza, tylko tu i owdzie 
53 
jak cień przesuwa się postać wartownika i rozlega się przyciszony 
brzęk oficerskiej szabli. 
O północy rozległy się nagle w kierunku północnym dwie 
silne odległe detonacye; zbudziły one żołnierzy, którzy już tylko 
w półśnie będąc oczekiwali rozkazu do wstania. Gwiazdy gasły, 
nastawał powoli gorący sierpniowy dzień. 
Jak się przekonano, detonacye pochodziły od wysadzenia 
krzyżownic przy drodze do Niewachlowa, uczynionego celem opó- 
źnienia przyjścia wojsk rosyjskich. Wysadzenia dokonał Kazimierz 
Sawicki z jednym z żołnierzy. 
Komendant pogotowia na dworcu, Herwin, miał za zadanie 
obronę dworca przed atakiem Rosyan, zbierania ludzi, którzy je- 
szcze nie powrócili z wyprawy i odstawienia na folwark rzeczy 
pozostawionych przez kompanie biwakujące w Czarnówku. 
W ciągu nocy nerwy młodego dowódcy narażone były na 
arcyciężką próbę. Wyczerpany w ciągu ostatnich dni ustawicznem 
czuwaniem nad powierzonym sobie oddziałem młodego żołnierza, 
następnie walkami w ciągu popołudnia 12 sierpnia, musiał wtedy, 
gdy inni wypoczywali po trudach, pełnić służbę nad bezpieczeń- 
stwem całości. Miał ewentualnie odeprzeć atak rosyjski na Czar- 
nówek, skierowany od miasta. 
Przed północą otrzymał Herwin wiadomość o napadzie, go- 
tującym się na dworzec, od strony toru i od strony miasta. Pogo- 
towie zmęczone i głodne ustawicznie zasypiało, tak że dobudzić 
się poszczególnych ludzi było trudno, posterunki i patrole fanta- 
zyowały z przemęczenia i ostrożności na temat nieprzyjaciela. 
Prawdziwie czuwało na pogotowiu tylko kilku ludzi: Kom. Herwin, 
dwóch „Beków", ob. Nałęcz i dwóch lub trzech żołnierzy. Reszta 
zwalona z nóg trudami ostatniego dnia spała. 
Celem większego oporu przed spodziewanym nieprzyjacielem 
na ulicach miasta prowadzących do dworca zbudowano barykady 
z ławek i stołów wziętych z dworca, z kamieni przygotowanych 
do brukowania, z drutu z przewodów telegraficznych. 
Z wozami, rzeczami, z aresztowanymi odsyłał Herwin w myśl 
danego rozkazu na folwark ludzi z pogotowia. Nie wszyscy z nich 
wracali zostając przy swoich kompaniach; dzięki temu około 7 z rana 
miał zaledwie około 10 ludzi. Zażądał więc przysłania posiłków. 
Około godziny 8 rano otrzymał Herwin już pewne wiadomo- 
ści o gotującym się na dworzec ataku. Pogotowie stopniało tym- 
czasem do 7 czy 8 ludzi. 
Nie otrzymując posiłków, a posiadając tak szczupłe siły, po- 
czął się wycofywać z nimi z dworca; po chwili namysłu zajął go 
104 54 
jednakże z powrotem, spostrzegł bowiem, iż wycofawszy się z dworca 
musiałby iść aż do Czarnówka, gdyż nie było nigdzie prawie od- 
powiedniego terenu do oporu, a dworzec bronił dobrze prawego 
skrzydła oddziałów strzeleckich, rozlokowanych w Czarnówku. 
Wreszcie posiłki nadeszły i ostatecznie posiadał Herwin do 
swej dyspozycyi 32 żołnierzy. 
Do zdobycia dworzec nie był trudny: dużo okien nizkich 
a szerokich, których nie było czem zabarykadować, ostrzał dobry 
tylko w ulicę Ruską i w stronę folwarku, zresztą tylko na parę 
kroków. Jako ostatni punkt obronny wyznaczono jedną kuchnię 
na I-szem piętrze; złożono więc tam zapas chleba, wody, znalazła 
się nawet butelka wina. 
Rosyanie pozostawili dworzec na razie w zupełnym spokoju, 
skierowali ogień artyleryi na folwark w Czarnówku, na główne siły 
strzeleckie. 
Z nastaniem dnia za pomocą szkieł, a nawet golem okiem 
widzieć można było z folwarku w Czarnówku na okolicznych wzgó- 
rzach liczną kawaleryę rosyjską. Jednocześnie liczne meldunki od 
kawaleryjskich i pieszych patroli donosiły, że od Szydłówka idą 
dwa pułki XIV dywizyi kawaleryi, kozaków i huzarów, oraz bry- 
gada straży pogranicznej. 
Z ruchu tych wojsk należało sądzić, że w Szydłówku chcą 
Rosyanie Strzelców tylko wiązać niepokojem, a właściwym celem 
ich jest okrążenie zupełne oddziałów polskich. 
Mimo poważnej sytuacyi szef sztabu miał doskonały humor 
i z całym spokojem przyjmował raporty i obserwował ruchy nie- 
przyjacielskich oddziałów. 
O godzinie 8-mej rano 13 sierpnia z Szydłówka i ku Szy- 
dłówkowi szedł gęsty łańcuch tyralierski spieszonej kawaleryi. Prze- 
sunięto ku nim natychmiast rozwinięte kompanie; Rosyanie uj- 
rzawszy je, pierzchnęli po kilku strzałach. 
Podobny manewr zauważono od wschodu, tak, że z trzech 
stron musiano bacznie zwracać uwagę na ruchy wojsk nieprzyja- 
cielskich. 
Bez przerwy dochodziły meldunki patroli, z których widziano, 
źe okrążanie Strzelców dokonuje się na całej linii. W Niechwa- 
łowie i Szczurowicach pokazały się oddziały w sile 1—2 szwadro- 
nów. Mniej więcej równe szły siły od Domaszowic i Zagórza. 
Na wzgórzach kieleckich manewrowały oddziały nieprzyja- 
cielskie, lecz zawsze poza odległością strzału karabinowego. Mimo 
stwierdzonej przewagi Rosyan, postanowił Sosnkowski utrzymać 
się jeszcze przez pewien czas na zajętej pozycyi, aby nie demora- 
lizować młodych żołnierzy zbyt pospiesznym odwrotem. Postanowił 
odbyć ze swym oddziałem chrzest ogniowy. Jedyną jego troską 
było utrzymanie linii odwrotu przez Karczówkę do szosy chęciń- 
skiej. Wysłał tam całą stojącą mu do dyspozycyi kawaleryę Beliny. 
O godzinie 9-ej rano przybył do oddziału Strzelców oddział 
konnego lwowskiego „Sokoła" w sile 46 ludzi. 
Po przyjęciu raportu zapytał się szef sztabu, czy konie zmę- 
czone; otrzymawszy odpowiedź przeczącą, zapytał: Może obywatele 
spróbujecie kozaków? Poczem wysłał oddział na skrzydła celem 
utrzymania czucia z Rosyanami. 
Wtem przychodzi doniesienie, że na linii odwrotu ukazały się 
patrole kozackie; krąg poczyna się zamykać. Oprócz tego przycho- 
dzi tak od patroli, jako też od sympatyzującej ze Strzelcami lud- 
ności zgodnie brzmiąca wiadomość, iż na wzgórzach Szydłówka 
prowadzą Rosyanie bateryę artyleryi konnej. Istotnie w 40 minut 
można było obserwować, jak na wzgórzu zajeżdżają armaty, od- 
przodkowują je spokojnie, bez maskowania. Lekceważą sobie od- 
dział Strzelców, wiedząc dobrze o tem, że nie rozporządza on ża- 
dną artyleryą. 
Oddziały polskie stały w pogotowiu do walki, spokojnie ocze- 
kując na rozwój wypadków i przysłuchując się strzałom patroli. 
Około godziny 11 przed południem ukazała się lekka chmura dymu 
i począł padać strzał jeden po drugim na małą linię tyralierską 
Strzelców, rozwiniętych we wschodnim kierunku. Dopiero, gdy linia 
Strzelców cofnęła się z pola, wzięto za cel główny oddział 
strzelecki. 
Baterya rozpoczynała się wstrzeliwać. Pierwsze granaty padły 
o sto kroków za krótko, wyrzucając olbrzymi słup dymu. Wreszcie 
z wyciem uderzyły w folwark rozbijając wóz i zabijając konia. 
Dopiero wówczas Sosnkowski zarządził odwrót. 
Po uspokojeniu spłoszonych koni odszedł tren, między któ- 
rym był wóz ze 160 kg. dynamitu. Następnie posuwała się cała 
kolumna, a za nią sztab, poza którym w pewnej odległości postę- 
pował pierwszy pluton, rozwinięty w linii tyralierskiej, jako straż 
tylna. Grzmiała ciągle baterya, granaty z wyciem przelatywały nad 
głowami oddziału, łamały gałęzie drzew, zasypując odłamkami żoł- 
nierzy, strzały jednakże mijały oddział szczęśliwie. 
Oddział poprzedzany przez kawaleryę Beliny wszedł w zu- 
pełnym porządku w lasy Karczówki, gdzie miał nadzieję spotkać 
kozaków; kozacy jednakże, rażeni celnymi strzałami naszych ka- 
walerzystów, uciekli, zastraszeni męską postawą polskich żołnierzy. 
Natknął się również Belina na dwukrotnie przeważający od- 
dział dragonów, który z brawurą zaatakował. Dragoni jednakże 
bez walki pierzchnęli. 
Przez Białogon dotarli Strzelcy do szosy i ruszyli w dalszym 
ciągu ku Chęcinom. 
104 
Jednocześnie z atakiem na Czarnówek, Rosyanie wkroczyli 
do Kielc. Kozacy byli w mieście, lecz poznawszy w dniu wczoraj- 
szym bitność polskiego żołnierza, nie śmieli atakować dworca. 
Herwin zabarykadowawszy dworzec, przeistoczył go w małą 
forteczkę. Ostatni rozkaz, który otrzymał od Sosnkowskiego 
brzmiał: 
„Dziękuję Wam za ponowne zajęcie dworca". 
Dalszych rozkazów nie było. 
Widziano z dworca dokładnie przebieg bitwy w Czarnowie, 
wycofywanie się polskich linij na Karczówkę. Widziano pierścień 
nieprzyjacielski coraz szczelniej opasujący zamkniętą na dworcu 
bohaterską garstkę. 
Wreszcie zaczynają grać armaty. Jeden, drugi pocisk, skiero- 
wany na dworzec kolejowy, niszczy sąsiednie budynki. Rosyanie 
obawiając się zaatakować bezpośrednio, przygotowują sobie atak 
artyleryą. Pod grozą zbombardowania dworca i nie chcąc na swe 
sumienie brać zniszczenia miasta, Herwin nakazał odwrót. 
Ściągnąwszy patrole, na drezynach wycofał się z dworca. 
Gdy w kilka godzin później Piłsudski powitał oddział w Chę- 
cinach, jako zmartwychwstańców, ze specyalną serdecznością witał 
Herwina. Dla zmęczonego parodniową bezsennością, nie mogącego 
utrzymać się na nogach bohatera, którego szeregowcy niemal prze- 
mocą wsadzili do jednej z zarekwirowanych w Słowiku fur — 
uznanie Piłsudskiego było wystarczającą nagrodą za poniesione 
trudy bojowe. 
* 
* 
Gdy Strzelcy przyszli w pobliże Chęcin, podniosła się za nimi 
czarna chmura dymu. Był to Czarnówek, który Rosyanie granatami 
podpalili. 
Oddział konny jako straż tylna lub przednia, to znów jako pa- 
trole boczne, pełnił nader ciężką ochronną służbę, czyniąc często 
po 120 wiorst dziennie. Ludzie upadali ze zmęczenia, zasypiali na 
koniach, spragnieni do najwyższych granic przez stale wzrastające 
gorąco; zanurzali się niekiedy godzinami w tumany kurzu. Chłodne 
noce przynosiły jedynie odświeżenie i ulgę. 
W walkach 12 i 13 sierpnia padło 38 ludzi po stronie prze- 
ciwnika, Strzelcy mieli jednego zabitego i dziewięciu lekko rannych. 
Pod Chęcinami nastąpiło spotkanie z batalionem Wyrwy, 
który wyszedłszy z Krakowa 8 sierpnia o godzinie 6-ej rano dążył 
przez Paczołtowice, Racławice i Miechów na Kielce. Józef Piłsudski, 
przybywszy z Krakowa, objął komendę główną nad połączonemi 
siłami. Nad kompaniami kieleckiemi po południu 13 sierpnia objął 
dowództwo major Śmigły. 
Wkrótce przybyły jedna kompania strzelców austryackich, 
57 
jedna kompania cyklistów i dwa szwadrony jazdy. Siły te obsadziły 
łącznie ze Strzelcami polskimi wzgórza pod Chęcinami, oczekując 
rosyjskiej ofenzywy, która przez kawaleryjskie patrole była sygna- 
lizowana. Gdy mimo wieczora ataku nieprzyjacielskiego nie było, 
cofnięto się około godziny 10-ej wieczorem na dogodniejsze sta- 
nowiska, mianowicie na południowy prawy brzeg Nidy, aby po- 
kryć na niej mosty i brody. 
Nastała noc, rozstawiono straże i wojska zasnęły snem 
głębokim. 
W dniu 14 sierpnia stały zgromadzone pod Chęcinami (pod 
Brzegami) wojska w następującym porządku bojowym: 
Centrum tworzyła austryacka kompania strzelców, prawe 
skrzydło nowoprzybyły batalion Wyrwy, lewe oddział Strzelców 
przybyły z Kielc, z którego po jednej kompanii detaszowano na 
skrzydła: na lewo do Żarnik i na prawo ku mostowi kolejowemu 
na Nidzie. 
Polecenie obsadzenia samego mostu kolejowego na Nidzie 
otrzymała Ill-cia kompania batalionu Wyrwy, będąca pod komendą 
Sawy-Machowicza, przy której również był Wyrwa. Wśród ciemnej 
nocy błąkano się długo po okolicznych błotach, nie mogąc się do- 
brać do mostu. Noc całą musiano przepędzić w błocie, gdzie sma- 
cznie po trudach zaśnięto; jedynie straże czuwały nad bezpieczeń- 
stwem kompanii i najbliższej okolicy. Dopiero rankiem, o świcie, 
zdołano się dostać do mostu. 
Wczesnym rankiem rozpoczął się atak Rosyan, który jednak 
po dwóch godzinach odbito. Padło po stronie rosyjskiej dziewięciu 
żołnierzy, u Strzelców strat nie było żadnych. 
W odbiciu ataku brała również wybitny udział kawalerya 
Beliny. Poniesione w ostatnich dniach trudy nie osłabiły ducha 
zahartowanych już w boju Beliniaków. Niewielkie siły Beliny usta- 
wicznie przebiegały od jednego skraju lasu do drugiego, były 
wszędzie, zjawiały się coraz na innem miejscu, wskutek czego Ro- 
syanie sądzili, że mają do czynienia z poważną ilością kawaleryi. 
Podczas walk skutecznie ostrzeliwano silny oddział kozacki, który 
dla przeszkodzenia odwrotu polskiej piechoty starał się dostać na 
jej tyły. 
Po walce przeszedł do oddziału Strzelców rosyjski dezerter, 
Polak, huzar, i oznajmił, że wojska rosyjskie były już w Solcu nad 
Wisłą, dopiero na wieść o wkroczeniu do Kielc oddziałów strzele- 
ckich otrzymali rozkaz szybkiego zajęcia Kielc i zniszczenia od- 
działu strzeleckiego. Wyprawa ta miała cechy ekspedycyi karnej. 
Kielce i Jędrzejów polecono wziąć za każdą cenę, Jędrzejów choćby 
zrównać z ziemią. Watahy kozackie zbliżyły się istotnie ku Jędrze- 
jowu, lecz odbywała się tylko słaba strzelanina w okolicznych la- 
sach, pośród której z ręki Strzelców padło siedmiu kozaków. 
104 
Strzelcy mieli jednego rannego. Jędrzejów został przez Strzelców 
uratowany. 
W dniu 15 sierpnia przybyła sąsiednią szosą dywizya austrya- 
cka, wskutek czego Rosyanie natychmiast się cofnęli. 
Już z pierwszego spotkania z polskimi Strzelcami nabrali Ro- 
syanie żołnierskiego dla nich szacunku z powodu ich nadzwyczaj- 
nie odważnego zachowania się wobec rosyjskiego karabinowego 
i działowego ognia. Spodziewali się spotkać niekarne zbiorowisko 
ludzi — bandę — jak się powszechnie wyrażali, która rozbiegnie 
się na sam ich widok, a znaleźli szeregi karne, o większej, aniżeli 
ich własne dyscyplinie wojskowej, nie mówiąc już o ich ideowem 
uświadomieniu. Tak samo i dowództwo polskie odrazu zaimpono- 
wało starym, wysłużonym rosyjskim pułkownikom i generałom. 
Wycofanie się polskich sił prawie bez strat z kieleckiej pułapki 
nazywano ogólnie mistrzostwem. 
c) Drugie zajęcie Kielc. 
Ustąpiwszy z Kielc poczęły się koncentrować siły polskie 
mniej więcej na wysokości Chęcin. W ciągu kilku dni nadciągnęły 
pozostałe oddziały strzeleckie od Jędrzejowa i rozmieściły się 
w okolicznych wioskach. Między innymi dwa sformowane bata- 
liony strzeleckie 15 sierpnia wyruszyły z taborami z Jędrzejowa 
i na noc przybyły do Chorzecka na południowy zachód od Chęcin, 
gdzie zatrzymały się na nocleg. 
16 sierpnia zarządzono alarm z powodu cofania się sił 
austryackich. 
W Chorzecku pozostano do wieczora, skąd wieczorem wyru- 
szono na noc do Bolmina. Do Bolmina wmaszerowano w godzi- 
nach przedpołudniowych 17 sierpnia i zabawiono tam kilka go- 
dzin, w ciągu których zjedzono obiad. 
Nieustalone stosunki polityczne zmuszały od czasu do czasu 
władzę do energicznego wystąpienia przeciw wrogo usposobionym 
jednostkom z miejscowej ludności cywilnej. Płatne szumowiny ro- 
syjskie utrudniały operacye wojenne i organizacyę przeciwrosyjską 
polskiej ludności. Tak n. p . tego dnia stracono szpiega, żyda, 
schwytanego dnia poprzedniego na współdziałaniu z wojskami 
i władzami rosyjskiemi przeciw armiom sprzymierzonym. 
Na noc 17 sierpnia przymaszerowano do Rykoszyna, gdzie 
pozostano przez 18 do rana 19 sierpnia. 
Dnia 19 sierpnia wyruszyły polskie oddziały z Rykoszyna na 
Kielce i w pościgu za Rosyanami, postępując z Austryakami i Pru- 
sakami, poczęły okrążać je od północy drogą na Piękoszyn, Chełmce, 
Miedzianą Górę i Tumlin. 
59 
W Tumlinie ludność zgotowała Strzelcom serdeczne przyjęcie. 
Pozostano tam i w najbliższej okolicy przez kilka dni. 
W dniu 22 sierpnia Strzelcy ponownie zajęli Kielce i zakwa- 
terowali się w koszarach, w budynkach szkolnych etc. W gma- 
chach rządowych umieszczono władze polskie. Między innymi za- 
jęto pałac gubernatorski, w którym umieszczono: Sztab Naczelny, 
Komisaryat na gubernię kielecką, Biuro werbunkowe, Drukarnię 
urzędową, Redakcyę „Dziennika urzędowego", Biuro poczty polo- 
wej i Biuro wydawania przepustek Sztabu. Intendanturę umie- 
szczono przy ulicy Zamkowej 1. 3, Zarząd Żandarmeryi na Hipote- 
cznej, a Biuro Wywiadowcze przy ul. Wniebowstąpienia 1. 2 . Liga 
kobieca Pomocy Wojskowej umieściła się w gmachu gimnazyalnym 
przy ul. Kolejowej. 
Natychmiast po zajęciu Kielc rozpoczęła się energiczna praca 
organizacyjna. Komisaryaty wojskowe tak kielecki, jako też powia- 
towe zajęły się energicznie przywróceniem polskiego wyglądu oczy- 
szczonemu od wroga krajowi. 
Pierwsze zarządzenia wywołane zostały potrzebami natury 
wojskowej. Wydano więc we wszystkich miejscowościach gubernii 
rozporządzenia tyczące kwater i podwód dla przeciągających wojsk 
sprzymierzonych, zapewniono jak najprędzej zaprowiantowanie 
wojsk. Wystawiono więc n. p. w Jędrzejowie piekarnię i kuchnie 
polowe i pomyślano wszędzie zawczasu o aprowizacyi. Wydano 
surowy zakaz wywożenia pewnych artykułów żywności. Z właści- 
cielami młynów zawarto umowy w sprawie mielenia zboża po usta- 
nowionej cenie; ustanowiono cennik na środki spożywcze i potwo- 
rzono wszędzie magazyny zapasowe. Pod kierownictwem Dra Seidla 
i Dra Bobrowskiego urządzono w Jędrzejowie dwa szpitale, zosta- 
jące pod zarządem Dra Denehla, w Miechowie jeden pod zarządem 
Żuławskiego, w Kielcach kilka szpitali pod zarządem Dra Rup- 
perta i dom dla rekonwalescentów w biskupiem seminaryum du* 
chownem. Zamknięto rosyjskie sklepy monopolowe, wydano zarzą- 
dzenia przeciw ewentualnym chorobom zakaźnym, urządzono am- 
bulatorya, łazienki. 
Komisaryaty polskie ujęły również w swe ręce zarządy gmin 
i ustanowiły wszędzie autonomiczne korporacye. Powołano do ży- 
cia milicye i straże obywatelskie, zorganizowano straże bezpieczeń- 
stwa, zajęto się energicznie sprawą tępienia szpiegostwa. Przebu- 
dowywano drogi i inne środki komunikacyjne, które były w stanie 
opłakanym. Ustanowiono kurs pieniężny i powołano do życia 
pocztę polową dla połączenia z Galicyą. Wydano cały szereg su- 
rowych zarządzeń, zmierzających do ochrony majątku narodowego, 
tępiono wszystko troskliwie, eo przypominało panowanie Rosyi. 
Stosunek ludności Królestwa Polskiego wobec Strzelców był 
naogół sympatyczny, po miastach i miasteczkach nawet serdeczny. 
104 
Już w Skale, pamiętnej z czasów Langiewicza, do której 
wkroczyły znaczniejsze siły strzeleckie, po posunięciu się awan- 
gardy bajowej w kierunku Kielc, nastrój ludności był serdeczny 
i sympatyczny. Gdy około północy Strzelcy wkroczyli do miasta, 
niedawno dotkniętego klęską pożaru, przy dźwiękach marszu Le- 
gionów, ogromny zapał ogarnął całą ludność, bez różnicy wyznań. 
Tu stary żyd polski, z białą szarfą na ramieniu, symbolizującą 
oddanie się na usługi sprawie narodowej, podawał wodę spragnio- 
nym i zmęczonym Strzelcom, nie znajdując dość słów dla wyraże- 
nia swej radości z widzenia wojska polskiego; tam rzewnie pła- 
kały kobiety. 
Miechów sprawiał wrażenie, że otrząsnął się zupełnie ze 
śladów rosyjskiego jarzma; z szyldów rosyjskich nie zostało już 
ani śladu. 
Jędrzejów, którego domy obwieszono białemi chorągwiami, 
sprawiał wrażenie wielkiego obozu narodowego. Entuzyazm dla 
sprawy narodowej nie osłabł tam ani na chwilę, pomimo, że mia- 
sto przeżyło krytyczne momenty, zwłaszcza gdy Moskale, po 
utarczce w Kielcach z awangardą strzelecką, podsunęli się pod 
samo miasto, bronione jedynie przez Strzelców. Huk dział od strony 
Kielc słychać było dobrze w Jędrzejowie, lecz wkrótce wszelkie 
obawy ustały. Rosyanie byli zmuszeni do cofnięcia się. 
W Kielcach początkowo panowała większa rezerwa, co 
daje się wytłómaczyć represyami Rosyaa wobec spokojnej ludności, 
która wolała nie angażować się, nie wiedząc, kto ostatecznie 
utrzyma się w posiadaniu miasta. Ale rosyjska kontrybucya wo- 
jenna w ilości 105 tysięcy rubli, przyczem pokwitowano jedynie 
z odbioru sto tysięcy, a reszta stanowiła łapówkę dla oficerów na 
hulanki, zaciążyła bardzo ludności. Ostatecznie zapał patryotyczny 
wziął górę i w kilkanaście dni — Kielce stały już w narodowym 
obozie. 
Jedną z głównych przyczyn rezerwy, jaką zachowywała 
część mieszkańców, była obawa przed powrotem Rosyan. 
Nieco gorzej przedstawiało się usposobienie włościan. Chłop 
kielecki jest ciemny, nieufny, podejrzliwy, to też zrazu zachowy- 
wał się obojętnie. Zdarzały się wypadki, że chłopi uciekali ze wsi, 
lub zamykali szczelnie wrota z chwilą zbliżania się oddziałów strze- 
leckich. Lecz wystarczył kilkudniowy pobyt we wsi, aby lody 
prysły. Gdy chłop się przekonał, że oddziały polskie nie są bandą 
gwałcicieli i rabusiów, gdy mu wytłumaczono, o co idzie, gdy wre- 
szcie na własnej skórze doznał dobrodziejstw ze strony kozaków, 
podejrzenia powoli znikały. Fakt, że z pułkiem Strzelców szedł ka 
pelan, również usposabiał przychylnie włościan. Zwykle więc już 
na trzeci dzień pobytu na wsi stosunki układały się przyjaźnie. 
Robotnik polski w Królestwie przyjął serdecznie Legiony Pol- 
61 
skie. Widział on w nich uosobienie idei walki z despotycznym ca- 
ryzmem. Polska Partya Socyalistyczna, pracująca wśród rzesz ro- 
botniczych, od dziesiątków lat w kierunku antyrosyjskim, po wy- 
buchu wojny austryacko-rosyjskiej zajęła zdecydowane antyrosyjskie 
i niepodległościowe stanowisko i swoim wpływem słu- 
żyła szczerze idei Legionów. 
Rozgraniczenie Królestwa żywym kordonem wojskowym wpły- 
nęło ujemnie na rezultat pracy stronnictw socyalistycznych. Ode- 
rwanie z całości centrum ruchu robotniczego i organizacyjnego, 
jakiem jest niewątpliwie Warszawa, wpłynęło na osłabienie dzia- 
łalności partyi socyalistycznych na lewym brzegu Wisły, wytwa- 
rzając wśród nich pewien odłam „neutralny". 
By poruszyć masy robotnicze Królestwa i zjednać je w całości 
dla idei Legionów, nie szczędzili zdrowia i pracy wszyscy polscy 
posłowie socyalistyczni z Galicyi. Wciągnąwszy się sami do ciężkiej 
służby dla wolnej Polski, zadali kłam przedwojennym popularnym 
twierdzeniom, jakoby dla polskiego socyalisty nie istniała polska 
ojczyzna. 
W szczególności rozwinął nadzwyczajną działalność poseł 
Ignacy Daszyński. Nie zważając na wielce nadwątlone zdrowie, 
zaprzągł się do pracy nad siły, służąc młodszym od siebie radą 
i pomocą, świecąc przykładem niezmordowanej pracowitości. 
Gdy spostrzegł, że w jednej z grup socyalistycznych Króle- 
stwa czynią się pewne, szkodliwe dla sprawy polskiej i Legionów 
rozłamy, nie zaniedbał w tej chwili zabrać głosu w tak ważnej 
w obecnym momencie sprawie. I ze zwykłą sobie swobodą, pły- 
nącą ze szczerości głoszonych przekonań, z powagą, usprawiedli- 
wioną ciężką pracą całego życia, przemawia poseł Daszyński do 
swych towarzyszy w Królestwie jako przewodniczący Klubu pol- 
skich posłów socyalno-demokratycznych, zaznaczając dobitnie, że 
polski czyn zbrojny jest dzisiaj koniecznym, że jest on obowiąz- 
kiem, z pod którego nie wolno się wyłamywać nikomu „pod gro- 
źbą zostania zdrajcą narodu". 
Polski antymilitarysta, mając na względzie przyszłość Narodu 
Polskiego, wzywa rzesze robotnicze do chwycenia za broń, koń- 
cząc swe nawoływanie następującemi słowy: 
„Kto się czuje Polakiem, ten pospieszy do szeregu i stanie 
się polskim żołnierzem". 
Odezwa ta napisana w Krakowie 22 sierpnia 1914 r., a umie- 
szczona w Nr 3 Dziennika Urzędowego Komisaryatu Wojsk Pol- 
skich z dnia 30 sierpnia 1914 r., miała następujące brzmienie: 
„Do Robotników w Królestwie Polskiem! 
„Towarzysze! 
„Godzina czynu polskiego wybiła! Wojna europejska rozpę- 
62 
tała swoje moce straszliwe. Na wschodzie Europy toczy się ona 
na naszej, na polskiej ziemi. A toczyć się musi i o nasze prawa, 
o naszą wolność, o możliwość swobodnego rozwoju całego narodu 
polskiego! 
Czynem polskim dzisiaj to Legiony Polskie, które się tworzą 
w Galicyi Zachodniej i Wschodniej. Wszystkie stronnictwa polskie 
połączyły się, aby do tych Legionów dać ludzi zdolnych do walki 
z wrogiem, aby zebrać pieniądze na umundurowanie i uzbrojenie 
tych kilkudziesięciu tysięcy Polaków, co pragną oczyścić ziemię 
polską z podłych rządów moskiewskich, zwolnić ją od hańby, od 
zgnilizny moskiewskiej, od kajdan i turm, od łapówki i barba- 
rzyństwa. 
Armia austro-węgierska dopomaga w tworzeniu Legionów, 
dając armaty i karabiny maszynowe i dostarczając technicznej broni. 
Pora na nas! Na lud roboczy! Z dziewięciu polskich posłów 
socyalistycznych poszli czterej do szeregów Legionu, a pięciu pra- 
cuje w organizacyjnej robocie dla tworzenia Legionu! Jako posło- 
wie, wybrani przez robotników polskich wzywamy i Was Towa- 
rzysze w całem Królestwie Polskiem, abyście śpieszyli do szere- 
gów Legionu! 
Nazwiska nasze, pracę całego życia naszego dajemy jako rę- 
kojmie, że czyn zbrojny jest teraz właśnie konieczny, że jest on 
dziś obowiązkiem, z pod którego nie wolno wyłamywać się nikomu 
pod groźbą zostania zdrajcą narodu. 
Obłudne, śmiech w całym cywilizowanym świecie wzbudza- 
jące odezwy uciekających komend rosyjskich, pokazują tylko, że 
Moskale boją się siły polskiej, że chcą siłę polską uśpić i oszukać, 
obiecując gruszki na wierzbie tym samym Polakom, których gnę- 
bili i więzili, którym odmawiali praw ludzkich i obywatelskich, 
których trzymali w niewoli przez całe stulecie!... Kula z polskiego 
karabinu, pchnięcie polskiego bagnetu jest jedyną odpowiedzią na 
te moskiewskie zalecanki. 
Towarzysze! Pamiętajcie, że w tej wojnie olbrzymiej trzeba 
ofiar naszych, trzeba naszych dłoni zbrojnych, aby wyrosła nasza 
wolność, nasze zjednoczenie i nasza siła! 
Nie pora na czcze gadaniny, nie pora na wahanie się! Kto 
się czuje Polakiem, ten pośpieszy do szeregu i stanie się polskim 
żołnierzem! 
Do broni! Do szeregu! Do Legionów polskich!" 
Polska Komenda Wojskowa rozwinęła również intenzywną 
działalność. Józef Piłsudski, występujący dotychczas jako Komen- 
dant Główny Wojsk Polskich, po utworzeniu się w Krakowie Na- 
czelnego Komitetu Narodowego, zgłosił swój akces do Nacz. Kom. 
Naród. Fakt ten wpłynął zasadniczo na działalność Piłsudskiego; 
63 
w myśl porozumienia się Naczelnego Komitetu Narodowego z Na- 
czelnem Dowództwem austryackiem, oddział Piłsudskiego miał sta- 
nowić kadry dla formujących się w Krakowie Legionów Pol- 
skich. Piłsudski zatem, stosując się do uchwały Nacz. Kom. Naród, 
wydał w dniu 22 sierpnia 1914 r. następujący rozkaz do podwładnego 
sobie oddziału: 
„KWATERA GŁÓWNA KIELCE, 22 VIII 1914 r. 
„Żołnierze! 
„Wśród powszechnej bierności naszego społeczeństwa wypadki 
dziejowe zaskoczyły Polaków, zostawiając ich bez określonych de- 
cyzyi, bez możliwości jednolitego i silnego wystąpienia. 
Koniecznem było, by najśmielsi i najenergiczniejsi wzięli na 
swoje barki odpowiedzialność, inicyatywę rzucenia iskry na prochy. 
Tę iskrę wy rzuciliście, dając przykład innym, jako przodo- 
wnicy walki narodu polskiego o niepodległość Ojczyzny. 
Wystąpiliśmy jako garstka; w Kielcach i pod Brzegami wstrzy- 
maliśmy przemoc odwiecznego wroga, zasłaniając sobą to, co już 
było wolnem od stopy najeźdźcy. Obecnie Naród budzić się zaczyna 
i nie chce nas zostawić samotnymi, tak jak byliśmy dotychczas. 
W Krakowie zawiązał się Naczelny Komitet Narodowy ze 
wszystkich stronnictw polskich, który za zgodą austro-węgierskiej 
monarchii ma wystawić legiony polskie do walki z Rosyą. 
Po porozumieniu się z Tajnym Rządem Narodowym w War- 
szawie, zgłosiłem w swoim i Waszem imieniu przystąpienie do or- 
ganizacyi szerszej, zapewniającej wojsku polskiemu większe środki 
i silniejsze działanie. Według umowy, zawartej pomiędzy Naczel- 
nym Komitetem Narodowym i dowództwem naczelnem armii austrya- 
ckiej, oddziały nasze mają być kadrami dla formujących się Le- 
gionów. 
Dziękuję wszystkim szarżom i żołnierzom za trudy i pracę 
dotąd uczynione i chcę wierzyć, że zapał i dyscyplina wojskowa, 
które dotąd wykazujecie, będzie dostateczną siłą, by przyszłe Le- 
giony natchnąć pewnością zwycięstwa. 
Z wiarą taką oddział nasz zejdzie na czas pewien z prze- 
dnich wysuniętych linij bojowych, by dopełnić swej misyi organi- 
zatorskiej. 
Kom. główny Józef Piłsudski 
Szef sztabu gł. Kazimierz 
Sostikowski". 
Wrażenie tego rozkazu na żołnierzy i oficerów Piłsudskiego 
było olbrzymie. Przedewszystkiem odczuto pewnego rodzaju krzywdę 
z powodu powstrzymania ofenzywnej działalności Oddziału. Mło- 
dzież, zebrana pod sztandarem Piłsudskiego, marzyła jedynie o jak 
64 
najszybszym wmarszu do stolicy Polski, choćby za cenę wielkich 
strat. Warszawa, oczyszczenie kraju z Rosyan, ustanowienie w kraju 
rządów polskich, było nie tylko ich gorącem pragnieniem, ale 
jedynym realnym celem. 
Aż tu rozkazem swego ubóstwianego Wodza zostają odrazu, 
w czasie, gdy każdy dzień zda się przynosić wielkie rozstrzygnięcia, 
na cały szereg tygodni przykuci do jakiegoś prowincyonalnego 
miasteczka, mają się usunąć z linii bojowej a pełnić służbę gar- 
nizonową. 
Lecz wkrótce zaufanie wielkie do Piłsudskiego usunęło z ty- 
sięcy serc rozterkę; przyjęto rozkaz nietylko z żołnierskim posłu- 
chem, lecz głębokiem wewnętrznem przekonaniem, że droga uznana 
przez Wodza jedynie jest dzisiaj wskazaną. 
Piłsudski, powstrzymawszy ofenzywę, zabrał się do usilnej 
pracy organizacyjnej. 
Ze zgłaszających się z uwolnionego terenu ochotników for- 
mowano nowe oddziały, ćwiczono je i przydzielano do starych for- 
macyj. Odbywano mniejsze i większe ćwiczenia polowe, pełniono 
w daleko wysuniętych od miasta okolicach służbę wywiadowczą 
i ochronną. Jednem słowem przygotowywano pod bokiem nieprzy- 
jaciela młodego żołnierza do przyszłych trudów wojennych. 
W szczególności zajętą była kawalerya pod komendą Beliny. 
Zmuszona do prowadzenia wywiadów na trzy fronty w promieniu 
kilkudziesięciu kilometrów od Kielc, upadała ze znużenia. Zwiększono 
oddział kawalerzystów do stu ludzi, byle tylko podołać ciężkiej 
służbie wywiadowczej. 
Naturalnie w zaimprowizowanej na prędce kawaleryi były 
wielkie braki. Materyał koński różnego wzrostu: wielkie artyle- 
ryjskie, kozackie, jeden nawet mały kirgizki pod Sieroszewskim, 
ang. półkrwi i małe polskie koniki chłopskie. To samo tyczyło się 
uniformów; tylko tu i ówdzie widziano typową polską ułankę, po- 
zatem mundury piechoty strzeleckiej, a nawet w ubraniach cywil- 
nych pełniono służbę wkawaleryi. Mimo chłodnych często dni, a zawsze 
prawie zimnych nocy, prawie cała jazda pełniła służbę w cienkich 
letnich mundurach, co się bardzo niekorzystnie odbijało na zdro- 
wotności oddziału. 
Także i siodła były rozmaite: angielskie wyścigowe, zdobyte 
kozackie : kawaleryjskie pałasze, oficerskie szable, szaszki kozackie, 
a karabiny: Kropatschka, nie zawsze zbijające ładunki, Berdana, 
krótkie i długie Manlichery, nawet Werndle. Spędzając prawie 
cały dzień na siodle, nadzwyczaj cierpieli kawalerzyści od ciężkich 
karabinów wojsk pieszych; nosząc je sposobem kawaleryjskim, prze- 
wieszone przez plecy, a będąc w ustawicznym ruchu, dostawali 
ran na plecach. 
Mimo jednakże tego różnorodnego wyekwipowania i wszel- 
129 
kich braków, jazda Beliny prezentowała się dzielnie; trudy i nie- 
wygody zdawały się hartować ich jeszcze więcej i nigdy, nawet 
w" najcięższej sytuacyi, nie opuszczał kawalerzystów pogodny 
humor. 
Drugi pobyt w Kielcach, to okres dla ułanów polskich bezustan- 
nych dalekich i ryzykownych podjazdów wywiadowczych. Zapuszczano 
się na 50 — 70 kilom, na północ, wciskając się niejednokrotnie między 
wojska rosyjskie nocnymi podchodami i wielokrotnie zręczności, inteli- 
gencyi poszczególnych żołnierzy, umiejętnemu dowództwu i wreszcie 
szczęściu przypisać należało, że udawało się ułanom przemknąć z po- 
wrotem do głównych sił polskich. 
Podkradano się w biały dzień pod wsie, w których stali Ro- 
syanie. Konie zostawiano ukryte w przylasku jakimś, a sami pie- 
szo, pół idąc, pół czołgając się chyłkiem podstępowali ułani czasem 
na odległość kilkudziesięciu kroków od nieprzyjaciela, tak że mogli 
zbadać dokładnie jego siły i przynależność pułkową. 
Taki sposób walki pociągał za sobą niesłychane wyczerpanie 
żołnierzy i koni. Postoje i marsze podczas spiekoty dnia, to znowu 
wśród chłodów nocy i deszczów, dawały się we znaki ułanom 
Beliny, nie posiadającym jeszcze cieplejszego okrycia. 
Dorywcze śniadania, bo inaczej trudno nazwać skromny często 
całodniowy posiłek, ograniczający się do suchego kawałka chleba, 
były na porządku dziennym. Jeżeli się udało dostać do chleba ku- 
bek mleka, to panowała wśród szwadronu wielka uroczystość. 
Jechano milami, to drogą, to znów przedzierając się lasami 
i brodząc przez rzeczki, przekradając się ścieżynami wśród mo- 
kradeł. 
A gdy wracali z podjazdów i konie waliły się z nóg, a ułani 
z koni, ponad utrudzeniem górowało głębokie wewnętrzne zado- 
wolenie, że ciężką swą pracę poświęcają dla Wielkiej Sprawy. Myśl, 
że ulubiony ich dowódca Belina — nie potrzebuje się wstydzić 
swoich ułanów, napełniała ułańskie serca szczerą radością, a po- 
chwała z ust Beliny napawała ich dumą. 
Stosunek przyjacielski i serdeczny wiązał wszystkich ułanów 
między sobą. Czcigodny Sieroszewski, poważny Strug o marso- 
wym wyglądzie starego wiarusa, Adwentowicz i Wieniawa, jeden 
jak smętny rycerz polski, a drugi prawdziwy typ ułanów Księcia 
Józefa, wszystko to nietylko żołnierze, dzielni w swoim rzemiośle, 
ale prawdziwa polska brać ułańska. Dlatego z takimi żołnierzami 
można było dokazywać cudów. 
W Mniowie stali ułani polscy osiem dni i słali patrole w stronę 
Końskich i za Końskie. Także w stronę Piotrkowa poszedł jeden 
pluton. Ten miał cięższą przeprawę. 
10 
104 
Szedł przez Rudę Maleniecką, Maleniec, Żarnów i Paradyz. 
Tu rozdzielono się na dwie części, jedna poszła na Opoczno, druga 
na Sulejów. Oba te patrole natrafiły na oddziały dragonów ro- 
syjskich. 
Wytworzyła się następująca sytuacya: jeden i drugi patrol 
wraca do Paradyzu, a za każdym z nich postępuje po szwadronie 
dragonów. Przewaga po stronie dragonów była dziesięciokrotna, 
nie można było przyjmować bitwy stanowczej, tem bardziej że strzały 
mogły zwabić jeszcze większe siły rosyjskie. Postanowiono się cofnąć. 
Ponieważ ułan polski, jak głosi popularna pieśń ułańska, 
nie tylko ojczyźnie, ale i honorowi winien jest służbę, nie spie- 
szono się zbytnio. 
Zjechano z drogi i przez rzeczkę Czarną bokiem koło Żarnowa 
postanowiono się przedostać. Tymczasem zajechano w takie błota, 
że nie można było marzyć o przedostaniu się przez nie. Musiano 
wracać do Paradyża. 
Dojechano do Paradyża szczęśliwie i skierowawszy się na 
Żarnów, ruszono opodal drogi. Już świtało. Po niejakim czasie spo- 
strzegli ułani, że szwadrony rosyjskie towarzyszą im po obu stro- 
nach. Jadą jednak dalej ułani w honorowem tempie. Niedaleko Żar- 
nowa manewrem w bok zgubiono prześladowców, a za Żarnowem 
wyjechawszy już na dobrą szosę, puszczono się kłusem. 
Tak dopędzono do Maleńca, przebywszy kłusem 23 kilometry, 
a stamtąd spokojnie pod wieczór dotarli ułani do Rudy Malenie- 
ckiej, gdzie stało wojsko niemieckie. 
Gdy oficerom niemieckim opowiedziano, co zaszło i przestrze- 
żono ich przed zbliżającą się kawaleryą rosyjską, dziękowali ser- 
decznie ułanom, zdumiewając się szczerze dalekością podjazdu. 
Wrócono do Mniowa, a w kilka dni Belina poprowadził swoich 
junaków na Końskie. Przybyli tam pod wieczór i dowiedzieli się, 
że Rosyanie znajdują się gdzieś w pobliżu. Nie nocowano w Koń- 
skiem, lecz by zmylić ewentualnych szpiegów, cofnęli się i stanęli 
noclegiem w jednej z dalszych wsi. Nad ranem posunęli się znowu 
pod Końskie. 
Stanąwszy tuż pod miastem wysłał Belina szpicę z 5 ludzi 
przodem. Tak wysłanie szpicy, jak i nienocowanie w Końskiem 
okazało się ostrożnością zupełnie właściwą. Już bowiem świtaniem 
nadciągnęli Rosyanie do miasta. Szpica dotarłszy do rynku ujrzała 
60 koni dragońskich i kręcących się obok nich żołnierzy. Natych- 
miast więc cofnęła się. Wtem z bocznej ulicy wypada na nich 
patrol dragoński złożony z 6 ludzi. Jeden z ułanów polskich 
pchnięty lancą — na szczęście nieszkodliwie — spadł z konia. Wi- 
dząc to towarzysze z furyą zwracają się na dragonów, szablami 
przepędzają ich, a wsadziwszy rannego kolegę na konia, uchodzą 
ku swemu oddziałowi. 
67 
Belina otrzymawszy raport, cofnął się z pod Końskich i przy- 
czaił się w okolicy, wyczekując sposobności sprawienia Rosyanom 
jakiej przykrej niespodzianki. 
Dowiedział się niebawem, że szwadron dragonów, który był 
w Końskich, cofnął się i stanął na noc w Szydłowcu. Rusza tedy 
Belina pod Szydłowiec, by otoczyć i napaść owych dragonów. 
Widocznie jednak dowiedzieli się Rosyanie o zbliżaniu Be- 
liny, gdyż jeszcze przed atakiem ułanów polskich wynieśli się ze 
Szydłowca. Mimo to zdołali ich ułani dopaść. Wywiązała się nocna 
strzelanina, a Belina w pierwszym szeregu prowadził tyralierkę. Ro- 
syanie jednak pod osłoną ciemności zdołali ujść. 
Zostawszy panami placu, zanocowali ułani spokojnie w Szy- 
dłowcu, podejmowani gościnnie przez ludność. 
Jeszcze kilka podjazdów zrobiono z Mniowa w kierunku Pod- 
borza, Opoczna i Końskich. Były to już wszakże pierwsze dni wrze- 
śnia, wkrótce przyszedł rozkaz do odwrotu z pod Kielc. 
Piesze odziały nieść musiały również ciężką służbę ochronną, 
a nawet wywiadowczą. Ponieważ Kielce uważano za podstawę ope- 
racyjną przeciw Warszawie, przeto by utrzymać się w mieście 
w razie napadu Rosyan, porobiono fortyfikacye wokoło miasta. 
Pomimo najusilniejszych starań Komendy polskiej, nie udało 
się jej w całości zabezpieczyć oddziału przed niedomaganiami. Ogra- 
niczono do minimum rekwizycye, starano się własnemi siłami zapełnić 
braki. Tymczasem z funduszami było słabo, a zwłaszcza zaopatrzenie 
żołnierzy w ciepłe ubrania, amunicyę i broń było niemal niewy- 
konalne. Zaimprowizowane warsztaty rzemieślnicze ratowały od- 
dział od odarcia się z odzieży i butów, ale nie mogły dostarczyć 
ciepłego ubrania. 
Stan zdrowotny oddziału stawał się wskutek powyższych nie- 
domagań coraz gorszy. 
Rozlokowany był w sześciu kwaterach; niektóre kwatery mie- 
ściły się w stodołach, w których z natury rzeczy brakowało pry- 
mitywnych urządzeń sanitarnych. Gdy się weźmie pod uwagę, ze 
oddział znajdował się wogóle w kraju i mieście, będącem do nie- 
dawna w wielkiem pod względem sanitarnym zaniedbaniu, to przyjść 
się musi do przekonania, że mimo nadzwyczajnych wysiłków sła- 
bych finansowo władz polskich nie można było uczynić wszyst- 
kiego, co leżałoby w interesie zdrowotności. Uczyniono bardzo 
wiele, ale nie było to wystarczającem. 
Sprawa zaopatrzenia oddziału kieleckiego w broń i amunicyę, 
wobec zbliżania się Rosyan i grożącej lada dzień bitwy, stała się 
nadzwyczaj piekącą. Broni jednakże dostać nie można było, gdyż 
104 
danie jej uzależniono od złożenia przez Oddział kielecki przysięgi 
na wierność cesarzowi Austryi. 
Sytuacya z dnia na dzień stawała się coraz więcej krytyczną. 
Nędza wyekwipowania, choroby, poczęły grozić rozbiciem Oddziału 
kieleckiego. 
I w toku tych zmagań się z nędzą, a jednocześnie wśród 
intenzywnej pracy organizacyjnej przyszła z Krakowa wieść, iż na 
dzień 5 września wyznaczono złożenie przez Oddział kielecki 
przysięgi. 
* 
* 
* 
W dniu 5 września 1914 r. przybył do Kielc automobilem 
Komendant I Legionu generał Baczyński celem odebrania przysięgi 
od Oddziału Strzelców w Kielcach. Jednocześnie z nim przybyli: 
szef sztabu kapitan Zagórski wraz z adjutantami por. Brzezińskim 
i Krasickim, przedstawiciel N. K . N. podp. Sikorski, z szefem biura 
prezydyalnego depart. wojskowego, Downarowiczem. 
Oczekujący ich oficer garnizonowy służby I pułku Legionów 
złożył raport co do programu uroczystości. W rynku przyjął nad- 
jeżdżających adjutant pułkownika I pułku Legionów Piłsudskiego 
i towarzyszył im na miejsce zebrania Strzelców. Oddziały zebrały 
się poza miastem, w kierunku ku Radomiowi, za fortyfikacyami^ 
utworzonemi w ostatnich dniach, uroczystość zatem odbywała się 
w pobliżu frontu bojowego. Z tejże przyczyny załoga nie mogła 
się stawić w komplecie, cała kawałerya była na patrolach wywia- 
dowczych, dwie pełne kompanie stały na forpocztach celem zabez- 
pieczenia okręgu przed niespodzianą inwazyą. 
Zbliżającemu się gen. Baczyńskiemu oddał pułk pod dowódz- 
twem pułkownika Piłsudskiego należne honory wojskowe, poczem 
gen. Baczyński wraz z pułk. Piłsudskim, kap. Zagórskim i szefem 
sztabu pułku I Sosnkowskim obeszli linię frontu, szczegółowo ba- 
dając potrzeby, które winny być natychmiast zaspokojone. Stało 
przed nimi około dwa tysiące żołnierza, sformowanego w 4 bata- 
liony, z dodatkiem oddziału sanitarnego, technicznego, prowianto- 
wego. Postawa ich znakomita mimo bardzo wielkich trudów, jakie 
żołnierze przeszli w ostatnich dniach przy pracach wywiadowczych, 
ochronnych, fortyfikacyjnych. 
Po odebraniu raportów, które składali batalionowi Kordyan, 
Neugebauer, Rydz, Fleszar, rozpoczęła się msza polowa. Wśród sil- 
nej wichury i deszczu odprawił mszę cichą O. Kosma Lenczewski, 
Kapucyn z Krakowa, cieszący się powszechną wśród Strzelców 
sympatyą. 
Na terenie wysuniętym przed frontem stanął pod namiotem 
ołtarz polowy. Asystowało trzech księży z miejscowego duchowień- 
stwa, usługiwali Strzelcy. Opodal frontu zebrała się grupa mie- 
69 
szczan, chłopów, i kobiet, które przyniosły pęki kwiatów. Pod 
koniec mszy na „Ite Missa est" burza minęła, na niebie wypogo- 
dzonem ukazało się słońce. O. Kosma wygłosił zastosowane do 
okoliczności kazanie, wyjaśniające doniosłość przysięgi, wzywające 
do walki na śmierć i życie. 
Wśród ogólnej ciszy wystąpił naczelnik dep. wojskowego, 
Sikorski, i donośnym głosem odczytał manifest Nacz. Komitetu 
Narodowego, jako wstęp i komentarz do przysięgi, która za chwilę 
miała być złożona: 
„Legioniści! 
„Przysięga na wierność sztandarowi ma związać Was niero- 
zerwalnie z wielkimi wypadkami, jakie toczą się przez naszą zie- 
mię. Spada na Was obowiązek twardy, lecz święty: trwać pod 
sztandarem tym z niezłomną siłą do ostatniego tchu i krwią oku- 
pić zwycięstwo! 
Żołnierze! W polskim Legionie, pod polską komendą, idziecie 
kruszyć kajdany niewoli. Idziecie szlakiem tych, wśród których po 
raz pierwszy podniósł się okrzyk „Jeszcze nie zginęła". Patrzą na 
Was rycerze roku 31 i bojownicy roku 63. Bądźcie ich bohater- 
skiej krwi spadkobiercami. Patrzą na Was pokolenia sybirskich 
wygnańców. Bądźcie ich poświęceń i cierpień mścicielami. 
Niespełnione dzieło dziadów i ojców ma przez Was być do- 
prowadzone do końca! Nieskalaną chorągiew walczącej Polski ma- 
cie uwieńczyć nie tylko wawrzynem sławy, który był zawsze udzia- 
łem polskiego żołnierza, lecz i tryumfu, na który pokolenia całe 
napróżno dotąd czekały! 
Przysięga, jaką złożycie na wierność sztandarowi wojskowemu, 
to ślubowanie, że w sercu każdego z Was uczyniony wybór: śmierć 
albo wiekopomna chwała zwycięstwa. 
Legioniści! Z Wami honor, z Wami przyszłość Narodu, 
z Wami wolna Polska. 
Przysięgnijcie, walczcie i zwyciężcie!" 
Na obliczu żołnierzy malowało się niezatarte wrażenie we- 
zwania: „Z wami honor, z wami przyszłość narodu, 
z wami wolna Polska! Przysięgnijcie, walczcie i zwyciężcie!" 
Pod wrażeniem tego komentarza, popartego przemówieniem 
gen. Baczyńskiego, powtarzały szeregi za kap. Zagórskim: „W obli- 
czu Boga Wszechmogącego przysięgamy uroczyście, że Jego Apo- 
stolskiej Mości, naszemu Najjaśniejszemu Monarsze i Panu, Fran- 
ciszkowi Józefowi I., 
z Bożej Łaski Cesarzow Austryi, królowi 
Czech itd., królowi apostolskiemu Węgier, królowi polskiemu 
wierność i posłuszeństwo zachowamy..." 
Złożyła na te słowa przysięgę owa młodzież, która przeszła 
104 
przez kordon dnia 6 sierpnia i do Kielc weszła pod hasłem niepod- 
ległości, młodzież, której przeważająca większość pochodziła z Kró- 
lestwa Polskiego. 
Po złożeniu przysięgi zaległa wokoło grobowa cisza. Wiele 
serc przepełniło uczucie krzywdy i serdecznego bólu. Żołnierz, nie 
znający się ni na dyplomacyi, ni polityce, rozumował po żołniersku, 
prosto: Stawiłem się do szeregu nie jak niewolnik, nakazem mo- 
bilizacyjnym pędzony; poszedłem z dobrej woli, często wbrew woli 
najbliższych i drogich. Postanowiłem Ojczyzny mojej bronić do 
ostatniego tchu — i na to dałem żołnierskie słowo. Dlaczegóż ten 
brak zaufania do mnie? Po co te akty uroczyste, gdy już w duszy 
złożyłem jedno, obowiązujące mnie na zawsze ślubowanie? 
Nie rozumiał tego, że złożenia przysięgi wymagały nowe wa- 
runki, w jakich się znalazł żołnierz polski, że tego wymagała 
racy a stanu. 
Po przysiędze i odczytaniu artykułów wojennych zabrał gen. 
Baczyński wszystkich oficerów do półgodzinnej odprawy. W prze- 
mówieniu swojem wyjaśniał znaczenie swojej sytuacyi i zmian, 
które się dokonały, podkreślił obowiązki, które przez przeprowa- 
dzenie owych zmian wziął na siebie N. K . N . i odnośne czynniki, 
zwłaszcza obowiązek dostarczenia najlepszej broni 
i pokrycia wszelkich braków, aby żywioł ów najbardziej 
wyszkolony i wartościowy, od którego odbierał przysięgę, mógł 
natychmiast być postawiony na pełnej stopie wojennej i ruszyć 
w pole po laury i zwycięstwa. 
Komendant Legionu złożył komendantowi pułku I-go pułko- 
wnikowi Józefowi Piłsudskiemu podziękowanie za jego inicya- 
tywę, która na porządku dziennym postawiła spra- 
wę zbrojnych szeregów polskich, za trudy dotychczas 
dla tej sprawy poniesione; do zasług jego zaliczył sprawność, kar- 
ność i sprężystość organizacyjną szeregów. 
Nastąpiła defilada oddziałów przed gen. Baczyńskim i przed- 
stawicielem N. K . N ., Sikorskim. Pułkownik Piłsudski podprowadził 
batalion I szy, poczem stanął obok gen. Baczyńskiego, przypatru- 
jąc się szeregom. Postawa defilującego żołnierza była znakomita, 
ruchy sprawne, mimo, że do tego rodzaju wystąpień Strzelcy kie- 
leccy nie byli dotąd przyzwyczajeni, w ogniu bojowym i czuwaniu 
na linii frontowej wobec wroga nie mieli czasu na takie wystą- 
pienia. 
Rewia skończyła się około południa. Komendant Piłsudski 
wraz z gen. Baczyńskim i kap. Zagórskim wsiedli do automobilu, 
by odwiedzić naczelnika wojska pruskiego celem omówienia spraw 
urzędowych. 
O godz. 1 -szej odbył się u pułkownika Piłsudskiego skromny 
żołnierski obiad, w którym uczestniczyli goście krakowscy, szef 
71 
sztabu, podpułk. Sosnkowski, 5 oficerów i dr Starzewski z Kra- 
kowa, który z polecenia wydziału sanitarnego zwiedzał szpitale 
w Miechowie, Jędrzejowie i Kielcach dla zbadania stosunków zdro- 
wotności, urządzeń i potrzeb szpitali. Przyjmował ich Piłsudski 
w pałacu pogubernatorskim, objętym na kwaterę Legionistów, prze- 
ślicznym pałacu, wzniesionym przez biskupów krakowskich. 
I w następnych dniach nic się nie zmieniło na lepsze w Od- 
dziale kieleckim Strzelców. Mimo wizytacyi generała Baczyńskiego 
i przedstawienia mu dotkliwych braków i konieczności szybkiego 
ich uzupełnienia stan rzeczy uległ raczej w każdym kierunku 
znacznemu pogorszeniu. 
To też w dniu 9 września 1914 r., a więc w przeddzień opu- 
szczenia Kielce wysyła Józef Piłsudski gen. Baczyńskiemu obszerny 
raport, w którym zniewolony jest położyć wielki nacisk na speł- 
nienie danych mu obietnic. Między innemi donosi Piłsudski: 
„Stan moralny podwładnego mi oddziału doskonały, stan fizy- 
czny bardzo zły z powodu znanej Ekscelencyi nędzy wyekwipo- 
wania, a od czasu wizytacyi Pańskiej, Generale, nie przyszedł ani 
jeden transport z Krakowa, stan rzeczy uległ raczej zmianie na 
gorsze, albowiem, opierając się na poczynionych zapowiedziach 
i obietnicach, powstrzymaliśmy pracę zaimprowizowanych przez 
nas warsztatów, które choć surogatywnie i prowizorycznie i w bar- 
dzo skromnym zakresie ratowały oddział kielecki od zupełnego 
odarcia się z odzieży i butów. 
Czuję się w obowiązku zakomunikować Ekscelencyi, iż jeżeli 
podobny stan potrwa nieco dłużej, Oddział kielecki przestanie 
istnieć, zwalony nie przez bagnet i kule wroga, lecz przez nędzę 
i choroby. Już obecnie dzienny raport sanitarny wykazuje prze- 
ciętnie do 200 przypadków przeziębień i chorób piersiowych, spo- 
wodowanych brakiem ciepłej odzieży i panującymi zwłaszcza po 
nocach chłodami". 
Sytuacya militarna Oddziału kieleckiego przedstawiała się 
z dnia na dzień gorzej. Oddział uzbrojony był prawie w całości 
w starą, jednostrzałową broń, a tu walka zdawała się być lada 
dzień nieuniknioną. Patrole konnicy rosyjskiej dosięgały Kielc we 
wszystkich kierunkach, ochrona niemiecka linii kolejowej Często- 
chowa—Kielce była ściągnięta, tor kolejowy na tej linii był w paru 
miejscach zerwany. Załoga niemiecka, jak zakomunikowano Pił- 
sudskiemu, liczyła się z możliwością ewakuacyi Kielc każdej chwili. 
Właśnie w tym czasie dawał się wielce odczuwać Oddziałowi 
Strzelców brak większej kawaleryi, gdyż z powodu zwiększonej 
służby ochronnej i wywiadowczej było niemożliwością, aby nie 
100 
wiele ponad setkę liczący oddział kawaleryi Beliny fizycznie mógł 
sprostać olbrzymiemu, przechodzącemu ponad jego siły zadaniu. " 
Przytem nieustalone stosunki dawały się ogromnie we znaki 
Oddziałowi kieleckiemu. Jedynie ze strony załogi niemieckiej Pił- 
sudski był stale po kilka razy w ciągu dnia z żołnierską lojalno- 
ścią informowany, przyczem odwrotnie sam znajdował się wzglę- 
dem niej w stosunku ciągłej łączności. Poza tem pozostawiony był 
sam sobie i musiał dopiero przez własne agentury i patrole piesze, 
wysyłane wbrew wszelkim prawidłom taktyki na kilkunastokilome- 
trowe odległości od Kielc, oświetlać położenie dookoła. 
Stosunki podobne groziły różnemi komplikacyami, zwłaszcza 
w razie ataku rosyjskiego na Kielce. 
Ludzie, stojący na czele ruchu niepodległościowego Królestwa, 
zważywszy trudności, w jakich zmuszona była żyć jedyna polska 
organizacya militarna, która wyszła na pole walki w imię najświęt- 
szych ideałów narodowych, postanowili uniezależnić ją od pewnych, 
nie zawsze pożądanych wpływów. W tym celu postanowiono za- 
łożyć niezależną organizacyę w Królestwie, któraby polskiej orga- 
nizacyi wojskowej stworzyła przedewszystkiem własne finansowe 
podstawy egzystencyi. 
Drugiem, równie ważnem zadaniem stworzyć się mającej or- 
ganizacyi, miało być oprócz wyżej wspomnianego finansowego po- 
parcia polskiego ruchu zbrojnego, pogłębianie wśród społeczeństwa 
polskiego w Królestwie idei walki zbrojnej z Rosyą w myśl idea- 
łów niepodległościowych. 
W tym celu powstaje w Kielcach w dniu 5 września 1914 r. 
Polska Organizacya Narodowa, której Komisya Organizacyjna wy- 
daje następujący komunikat, podpisany przez Michała Sokolnickiego: 
„Część Królestwa Polskiego już uwolniona została z pod ro- 
syjskiego jarzma. To, co było marzeniem całych pokoleń, za co 
lały się potoki krwi polskiej — wolność i niezależność narodu — 
zaczyna przybierać cechy rzeczywistości i zanim pod naporem armii 
austryackiej i niemieckiej, oraz naszych polskich legionów, reszta 
kraju oczyszczona zostanie z barbarzyńskiego najazdu, w tej wyzwo- 
lonej cząstce Polaki rozpocząć się ma nowe życie, na porządku, spra- 
wiedliwości i wolności oparte. Naród, długo odsunięty od roli dzie- 
jowej, dziś na nowo do niej powołany, wykaże, że jej podoła. 
Wojsko nasze zaświadczy, że umie wolność zdobywać, społeczeń- 
stwo, że ją budować potrafi. 
Obok organizacyi wojskowej, niezależnie od niej, lecz w ści- 
ąłem z nią zjednoczeniu zamiarów, powstała na gruncie Królestwa 
Polskiego organizacya cywilna, jako oparcie dla naszej akcyi zbrojnej, 
73 
a zarazem zawiązek samoistnego ustroju polskiego narodu, konie- 
czny nawet w tym wypadku, gdyby zdarzenia, na które wpływu 
mieć nie możemy, nie dopuściły do całkowitego ziszczenia naszych 
celów. Będzie ona przygotowywać zasoby materyalne, nieodzowne 
do powodzenia oręża polskiego, będzie też zaspakajać potrzeby 
ludności, łaknącej porządku oraz wolnego rozwoju narodowego, 
o ile na to pozwolą wymagania wojenne. 
Organizacya ta obejmuje wszystkie klasy i grupy społeczne 
w ziemiach, wolnych od zaboru rosyjskiego, jest zatem oparta na 
tych samych zasadach, co Naczelny Komitet Narodowy w Galicyi, 
jest odeń niezależna, zgodnie z oświadczeniem tegoż N. K . N ., 
który stwierdził, że sam stanowić w sprawach Królestwa Polskiego 
nie może. Polska Organizacya Narodowa wyciąga dłoń bratnią do 
wszystkich skupień polskich, które stawiają sobie za zadanie walkę 
z Rosyą i wejdzie z niemi w ścisłe porozumienie". 
W tydzień później, tj. w dniu 13 września 1914 r., 
Zagłę- 
biowski Tymczasowy Komitet Niesienia Pomocy Wojsku Polskiemu 
przekazuje swoje czynności nowozawiązanemu Zagłębiowskiemu Ko- 
misaryatowi Polskiej Organizacyi Narodowej, który zawiadamia ogół 
obywateli Zagłębia, iż rozpoczyna swoje czynności od tworzenia 
„Legionu Polskiego Zagłębia Dąbrowskiego". 
Postanowiono zatem pracować dla siebie samych, dążyć wy- 
trwale do raz wytkniętego celu bez względu na okoliczności. 
Raporty z dnia 9 września otrzymane przez Piłsudskiego 
stwierdzały zgodnie zbliżanie się Rosyan ku Kielcom. 
„Według otrzymywanych raportów okazuje się, że kawalerya 
rosyjska posuwa się ku Kielcom od strony Opatowa. W razie ataku 
będziemy bronić odcinku okopu północno-wschodniego". 
Były to ostatnie słowa odprawy, które w pałacu gubernator 
skim w dniu 9 września padły z ust komendanta. 
Wydano natychmiast zarządzenia odpowiednie do obrony. Między 
innemi, batalion V. kap. Karasiewicza zajmował pozycye w Szydłowku. 
Komendant IV-tej kompanii V batalionu por. Mioduszewski otrzy- 
mał ostatniego wieczora przed wymarszem, 9 września, od komen- 
danta batalionu rozkaz wysłania plutonowej placówki do Machocic, 
skąd spodziewano się nadejścia Rosyan. Mioduszewski wysłał pluton 
pierwszy pod dowództwem podporucznika Włodka (Kowalskiego) 
z zadaniem zajęcia Machocic, jako placówki najbardziej wysuniętej 
i czekać tam aż do odwołania. W razie zbliżania się Rosyan Wło- 
dek miał wejść z nimi w kontakt i cofać się w kierunku pozycyi 
w Szydło wku. 
Wiadomość z ostatniej odprawy nie uczyniła w gronie ofi- 
104 
cerskiem żadnego wrażenia, gdyż w ciągu ostatnich dni otrzymy- 
wano już poważniejsze doniesienia. Ufortyfikowanie miasta wzbu- 
dzało w załodze zaufanie, gdyż zwłaszcza po otrzymaniu chociaż 
kilku dział, można się było obronić atakowi Rosyan. 
Udano się więc spokojnie na kolacyę, na której zapanowało 
wkrótce wesołe, beztroskliwe usposobienie, jakie cechuje polskie od- 
działy strzeleckie. Nauczono się już ze spokojem witać wyjące gra- 
naty i pękające szrapnele. 
Około godziny 10-tej wieczorem zapanowało pomiędzy gronem 
oficerów pewne zaniepokojenie. Zaczęły krążyć pogłoski, jakoby 
nadszedł rozkaz z Krakowa, nakazujący wycofanie się z Kielc bez 
walki. Ruch w gabinecie komendanta wskazywał, że istotnie zaszło 
coś nowego. Wreszcie zjawił się adjutant, oznajmiając, że wymarsz 
z Kielc nastąpi jutro o godz. 4 -tej rano, tak, że o śnie niema 
mowy. 
Za pół godziny rozkaz wymarszu zmieniono na godzinę 8-mą 
rano. Położyć się do snu można było z wyjątkiem 2 adjutantów, 
którzy niezwłocznie wyjechali, by ściągnąć posterunki wystawione 
daleko poza miastem. 
* 
* 
* 
Rosyanie coraz bliżej podsuwali swe siły. 
10-go września wczesnym rankiem komendant IV kompanii 
V batalionu otrzymał doniesienie od podpor. Włodka o zbliżaniu się 
większego oddziału kawaleryi rosyjskiej ku Machocicom. Zakomu- 
nikowawszy tą wiadomość komendantowi batalionu, wysłał por. 
Mioduszewski do Włodka posłańców: jednego wozem, drugiego ro- 
werem, z równobrzmiącym rozkazem cofnięcia się. 
O godzinie 12 w południe otrzymała i IV kompania dyspo- 
zycyę wymarszu z Szydłówka. Ponieważ placówka wysłana do Ma- 
chocic nie została jeszcze ściągniętą, przeto komendant kompanijny 
zarządził zajęcie okopów w Szydłówku, oraz pogotowie bojowe, 
a komendantowi batalionu doniósł, że wobec nieściągnięcia pla- 
cówki na razie odejść nie może. 
d) Drugi odwrót z Kielc. 
Około południa odmaszerowała z Kielc większa część oddziału 
Strzelców pod komendą zastępcy komendanta Sosnkowskiego. Jedno- 
cześnie opuścił Kielce oddział pruski, przy którym oddziały pol- 
skie miały pełnić ciężką służbę ochronną. 
Komendant Piłsudski wymaszerował z resztą oddziału dopiero 
około godziny 2-giej po południu, gdyż postanowił z nagromadzo- 
nych zapasów nie zoątawić nic Rosyanom. Dużo więc czasu za- 
75 
brało uruchomienie olbrzymiego taboru, liczącego około sto pięć- 
dziesiąt wozów 
T 
. 
Oddział Beliny pełnił przy odwrocie ciężką służbę straży tyl- 
nej przy pułku Strzelców. Przytem otrzymywały niektóre plutony 
kawaleryi Beliny polecenia i od innych oddziałów; pełniły służbę 
wywiadowczą, doręczały rozkazy do dalej wysuniętych oddziałów 
austryackich i niemieckich. 
O godzinie 4 minut 15 otrzymuje i komendant IV kompanii 
V batalionu rozkaz kategoryczny opuszczenia okopów w Szydłówku 
i przyłączenia się do straży tylnej, która mniej więcej przed go- 
dziną odmaszerowała. Wobec tego okopy opuszczono, nie docze- 
kawszy się przybycia placówki z Machocic. 
Przy odwrocie z Kielc batalion V-ty Karasiewicza pełnił łą- 
cznie z kawaleryą Beliny służbę ochronną: I-sza kompania Sława 
i IV-ta kompania Mioduszewskiego stanowiły straż tylną, a Il-ga 
i III-cia kompania poszły naprzód jako straże przednia i boczna. 
Z ciężkiem sercem i z uczuciem pewnej goryczy, a nawet 
wstydu opuszczano miasto z tą bolesną świadomością, że nieprzy- 
jaciel zajmie je natychmiast. Kilkutygodniowy pobyt w Kielcach, 
z powodu sympatycznego odnoszenia się w ostatnich dniach jego 
mieszkańców do oddziałów strzeleckich, uczynił na nich wrażenie. 
Czuły się te oddziały dobrze między swemi na ziemi kieleckiej. 
Wróg zdawał się ustępować z kraju, a spragnione swobody piersi 
młodzieży oddychały szeroko swojskiem, wolnem powietrzem. Miały 
wrażenie, że ta drobna część odebranej, umiłowanej duszą całą 
polskiej ziemi, jest drobną cząsteczką niedalekiej już wielkiej Nie- 
podległej Ojczyzny. Marzyła wprawdzie młódź szlachetna o szyb- 
kiem opuszczeniu sympatycznego miasta, w którem znalazła tak 
miłą gościnę, ale jej myśli i pragnienia biegły daleko na północ 
pod mury stolicy — nigdy zaś nie zaświtała jej w głowie myśl 
odwrotu do — Galicyi. 
Wprawdzie w ostatnich dniach pobytu w Kielcach, począwszy 
od dnia 5 września targała wielka burza młode dusze... Zaszło 
wiele niezrozumiałych dla młodzieży wypadków. Pociechą jej je- 
dyną było wielkie, bezgraniczne zaufanie do ubóstwianego Wodza. 
„Skoro On tak postanowił, to widocznie było to nieodzownem dla 
Sprawy; On nie zgodzi się na nic takiego — coby nam utrudniało 
dojście do celu." 
Tak rozumowała młodzież, zaskoczona wypadkami dni ostatnich. 
Dlatego z wiosną w sercu, choć z żalem opuszczano Kielce. 
Cieszono się myślą, że idą do walki, do walki z odwiecznym wro- 
giem. Walczyć będą na polskiej ziemi, z tym samym wrogiem. 
Myśl o wielkich przodkach, którzy we wszystkich stronach świata: 
w skalistej Hiszpanii, pod piramidami Egiptu, w zabójczym klima- 
cie San Doming'a walczyli o Polskę, dodawała im otuchy. 
104 
Oddziały strzeleckie posuwały się spokojnie z Kielc ku połu- 
dniowi i doszły pod wieczór do Morawicy. Marsz ten nie był 
uciążliwy. Dzień był jasny, nieco chłodny, pogodny jesienny dzień. 
Droga była dobra, przestrzeń niewielka, zaledwie trzy mile. Tylko 
w samej Morawicy było niezbyt wygodnie. Odczuwano też brak 
chleba, a intendantura strzelecka całą noc pracować z wytężeniem 
musiała, aby go na czas pomiędzy żołnierzy rozdzielić. 
11 września około godziny 5 tej rano ruszył w drogę tabor, 
a za nim reszta oddziałów. 
O godzinie 6-tej rano dopędził za Lisowem, idącą w arier- 
gardzie IV-tą kompanię V-tego batalionu pluton Włodka, pozosta- 
wiony w Machocicach, a uważany już za stracony. 
Podporucznik Włodek zdał kompanijnemu następujący ustny 
raport: 
„9 września o godzinie 10-tej wieczorem plutonik mój w sile 
ośmnastu ludzi wyruszył celem objęcia forpoczt we wsi Machocice. 
Po objęciu forpoczt rozstawiłem wedety i wysłałem dwóch żołnie- 
rzy, jako patrol w kierunku północno-wschodnim, którzy donieśli 
mi w niedługim czasie o zbliżaniu się luźnych oddziałów kozackich 
równocześnie z dwóch kierunków: z północy i ze wschodu. 
O tem wysłałem raport o godzinie 2-giej nad ranem 10-tego 
września. 
Następnie o godzinie 6-tej rano wysłałem następny meldu- 
nek, że większe oddziały kawaleryjskie dragonów i kozaków prze- 
szły w kierunku Daleszyc, czyli tem samem oddziały te flankują 
placówkę i nasze pozycye. 
W ciągu 10 września oczekiwałem rozkazów ściągnięcia pla- 
cówki. Te nie nadchodziły. Dopiero o godzinie 6-tej wieczorem 
otrzymałem przez cyklistę pierwszy rozkaz ściągnięcia placówki, 
a niemal równocześnie prawie patrole przednie placówki zawiado- 
miły mnie, że około sotni kozaków zbliża się ku Machocicom, 
w szyku ubezpieczonym. 
Wobec tych wiadomości i otrzymanego rozkazu ściągnąłem 
patrole i rozpocząłem odwrót, jednakże nie w kierunku pozycyi 
w Szydłówku, lecz w kierunku skrajnej południowej strony wsi 
Machocic, tak, że mimo zajęcia północnej części Machocic przez 
kozaków, pluton był zupełnie ukryty. 
Tak w ukryciu przeczekaliśmy do późnego zmroku. 
Z nastaniem nocy przekradłem się cicho z plutonem przez 
linię forpoczt rosyjskich i pomaszerowałem w kierunku szydłowie- 
ckich okopów. Zastałem je puste, zająłem i w ciągu połowy nocy 
utrzymałem się wobec licznych patroli rosyjskich. Następnie ru- 
szyłem z plutonem do Kielc do koszar. 
77 
Nie zastawszy naszych wojsk zarekwirowałem furmanki i uda- 
łem się w kierunku odmarszu ich z Kielc." 
Podp. Włodek-Kowalski wobec wyprowadzenia swego plu- 
tonu w całości, gdyż mimo, że stale miał na karku ścigających 
go Rosyan, przyprowadził oddział bez straty — otrzymał od swej 
władzy przełożonej pochwałę, nagrodę, jaką jedynie miały do dys- 
pozycyi oddziały strzeleckie. 
Wysłany wozem przez por. Mioduszewskiego drugi posłaniec 
do Włodka nie doszedł z rozkazem. Wjechawszy do wsi zajętej przez 
Rosyan przebrał się w chacie w ubranie wieśniacze. W przebraniu 
tem udało mu się wydostać ze wsi i dopędzić swoją kompanię za 
Chmielnikiem: zjawił się wychudły, głodny, niewyspany, ze śla- 
dami nahajki na plecach, lecz oczy świeciły mu się z radości. 
Przyniósł z sobą wojskową lornetkę z literami, świadczącemi o jej 
rosyjskiem pochodzeniu. 
* 
* 
* 
W dniu 11 września zrobiono szalony 35-kilometrowy marsz 
z kilkugodzinnym zaledwie wypoczynkiem w Chmielniku. Dzień 
był gorący, drogi złe. Powstawał pod nogami idących kompanij 
taki pył, że niekiedy znikały na długą chwilę całe oddziały w żół- 
tych chmurach pyłu, dając tylko śpiewem znać o sobie sąsiednim 
oddziałom, który prawie nigdy nie schodzi z ust oddziałów strze- 
leckich i zrywa się ze szczególną brawurą w ciężkich chwilach. 
„Strzelzen singen" — mówili i dziwili się Niemcy, a niekiedy 
byli zaniepokojeni, że grzmot głosów sprowadzi nieprzyjaciela. 
Pod wieczór jednak o kilka kilometrów od Grabek Wielkich, 
w których miano zatrzymać się na nocleg, umilkły śpiewy. W gro- 
bowej ciszy posuwały się śmiertelnie znużone kolumny, najostrzej- 
sze konie powłóczyły zaledwie nogami, a w rowach przy-drożnych 
coraz częściej widzieć można było nieruchome postacie. 
„Obywa- 
telu — odzywał się czasem któryś z przechodzących oficerów — 
wstańcie, jesteśmy tuż — tuż", ale postać ludzka ani drgnęła. Nie 
można było być pewnym, który z nich śpi, który zasłabł, a który 
może nie żyje. Kolumny jednak zatrzymywać było niepodobień- 
stwem, zostawiało się więc osłabłych opiece sanitarnej. 
Ostatni kilometr wydawał się być milą. Wreszcie znalazł się 
oddział u celu. Lekarze zabierają latarnie i wyjeżdżają, aby osła- 
błych pozbierać. 
Komendant zarządza odprawę, odbiera meldunki od daleko 
patrolującej kawaleryi. Następnie kolacya, a potem każdy zwala 
się gdzie może i zasypia twardym snem. Jedynie czuwają straże 
i intendantura. 
Komendant zezwolił spać do godziny 6-tej, by ludzie sobie 
wypoczęli. I to wystarczyło. 
100 
Rankiem 12 września wstały szeregi wypoczęte i wesoło sta- 
wiły się na zbiórkę. Deszcz mży, niebo pokrywa się mgłą, zwia- 
stującą słotę, a mimo tego porywają się radosne strzeleckie pio- 
senki. Deszcz poczyna lać strumieniami, dzień chłodny, a masze- 
rujące oddziały nie mają ani płaszczy, ani cieplejszego ubrania, 
wielu jest w cienkich letnich mundurach i podartych butach. Nic 
to nie szkodzi — rozgrzewają się śpiewem i idą dalej. 
Bitwy, jak przypuszczano, nie było żadnej, jedynie drobna po- 
tyczka w Staszowie, gdzie zginął jeden kawalerzysta Beliny, Jan 
Jamrocz, rekrut z Kielc. Został przez oddział konny zabrany i po- 
chowany z honorami wojskowymi. 
Pod Beszową ukryta placówka I-szego batalionu dopuściła 
patrol kozacki, składający się z pięciu ludzi, na sto kroków, przy- 
jęła go salwą, od której jeden z kozaków został zabity, a drugi 
ranny zabrany został przez swych towarzyszów. 
Wreszcie przyszedł oddział późną nocą do Stopnicy zmoczony 
i zziębnięty. Z Połańca sygnalizują obecność Rosyan. Ruszono je- 
dnak na Pacanów. Posępnieją twarze, deszcz zdaje się być więcej 
zjadliwy; bliskość granicy galicyjskiej napawa szeregi Strzelców 
uczuciem przygnębienia. 
W Pacanowie połączono się z oddziałem, wyprowadzonym 
z Kielc przez zastępcę komendanta. Ucieszono się wzajemnie, jak 
gdyby nie widziano się lata całe. 
Po półgodzinnym postoju rusza pułk dalej. Do pośpiechu na- 
glą władze austryackie, donosząc, że most pionierski ma być lada 
chwila spalony. Komenda strzelecka wysyła do władz austryackich 
kuryera z wiadomością, że wroga niema i most zostaje. Głucho 
dudni most pod stopami szeregów, z czarnej toni wieje chłód, 
a Wisła otulona mgłą zdaje się cierpieć na równi z przeprawiają- 
cymi się przez nią szeregami. 
Wisłę przekroczono 13 września rano. 
Minąwszy straże austryackie spotkano trochę Strzelców. 
Oddział Beliny miał szczególnie uciążliwą służbę, gdyż oprócz 
ochronnej przy pułku pełnił daleką służbę wywiadowczą. Doręczał 
również bardzo ważne rozkazy do daleko wysuniętych oddziałów 
austryackiej i niemieckiej armii. 
Pewnego dnia otrzymał pluton Janusza rozkaz zbadania oko- 
licy w najrozmaitszych kierunkach, dotarcia w zygzakowatych 
liniach aż do Solca nad Wisłą i aby stamtąd meldunki przysłać 
do Szczucina. 
Pojechano więc ku Solcowi. Udało się dotrzeć naszym kawa- 
rzystom aż do miejscowości Małe Piaski nieopodal od Solca. Tutaj 
79 
chciano się przekonać, czy i jakie siły nieprzyjacielskie są w mie- 
ście. Dwóch kawalerzystów miało włożyć cywilne ubrania, aby 
sobie ułatwić zadanie. Lecz skąd je wziąć? 
W jednym z dworów stwierdzono obecność dwóch młodzień- 
ców, których wojna wraz z kilkoma Warszawiankami zaskoczyła 
na prowincyi. Poproszono więc grzecznie młodzieńców o wypoży- 
czenie ubrania. Ci jednakże oświadczyli, że innego, aniżeli to, które 
mają na sobie, nie posiadają, gdyż pakunki zostały na kolei i nie 
odeszły. Ponieważ sprawa była poważną, więc oświadczyli nasi 
kawalerzyści, że ubranie mieć muszą. Musieli młodzieńcy radzi nie 
radzi zdjąć z siebie ubranie ku wielkiej uciesze obecnych dam. 
W parę minut później zniknęli nasi wywiadowcy w cywilnych 
ubraniach. Reszta oddziału pozostała we dworze. Młodzieńcy wło- 
żyli na siebie zarzutki, chodzili początkowo wzburzeni, lecz później 
humor położenia wziął górę. Szczególnie młode kobiety bawiły 
się losem swych towarzyszów. 
W międzyczasie wróciło dwóch cywilnych kawalerzystów 
z wywiadów, przynosząc wiadomości, iż w Solcu nie tylko że 
niema Rosyan, lecz jest szwadron huzarów węgierskich. Oddano 
więc elegantom ubrania, którzy zniknęli z radością za drzwiami, 
celem przebrania się, pożegnano się serdecznie z paniami i cały 
pluton ruszył ku Solcowi. Gdy huzarzy węgierscy ujrzeli polskich 
kawalerzystów, powitali ich serdecznie, ściskając i całując każdego 
z nich. Niedługo jednakże trwała radość; wkrótce nadeszły roz- 
kazy i huzarzy w marszach pospiesznych ruszyli do Korczyna, 
nasi zaś ułani, podług danego im dawniej rozkazu, do Szczucina. 
Po osiągnięciu Wisły przekonano się, że most pod Szczuci- 
nem już został zburzony. Ponieważ miano doręczyć ważne wiado- 
mości, więc dziesięciu ułanów puściło się wpław przez rzekę, a re- 
szta została po lewej stronie Wisły. 
Podczas przeprawy przez Wisłę jeden z przeprawiających się, 
Augustyniak, bliskim był utonięcia, dopiero przez towarzyszów 
został przyciągnięty do brzegu. 
VII. Nowy Korczyn. 
l-szy pułk Legionów przeszedłszy w dniu 13 września przez 
Wisłę i Szczucin do Galicyi, rozlokował się w kilku wioskach na 
prawym brzegu Wisły w okolicy Szczucina. 
Dnia 15 września otrzymał pułk upragnione manlichery, 
koce i tak niezbędną już ciepłą bieliznę i t. p., 
poczem wyruszył 
dnia 16 września do Kozłowa z poleceniem ochrony Wisły od uj- 
ścia do niej Dunajca do Strojcowa. 
80 
Oddział kawaleryi strzeleckiej, wysłany naprzód, minąwszy 
w południowych godzinach Kozłów, posunął się ku Borusowej, 
gdzie odbywała się przez Wisłę strzelanina między posterunkiem 
żandarmeryi austryackiej, a patrolem jazdy rosyjskiej. Gdy patrol 
strzelecki pod dowództwem plutonowego Orlicza mijał strzelają- 
cych, kapral austryacki został rannym. Orlicz odprowadził swój 
patrol w dół rzeki, wybrał z pośród swych ludzi czterech najlep- 
szych pływaków, rozebrał się sam do naga, to samo uczynili jego 
ludzie i tylko z karabinami w opasaniu ładownic rzucili się przez 
Wisłę. 
Pierwszy dotarł do brzegu Orlicz, gdy usłyszał krzyk toną- 
cego kawalerzysty, którego schwytał kurcz nóg. Orlicz rzucił się 
znowu do rzeki, wyciągnął towarzysza i cała piątka nagich, zzięb- 
niętych ludzi, ruszyła na wywiad pod Nowy Korczyn. 
W tym czasie słyszano pod Nowym Korczynem strzelaninę 
pomiędzy Austryakami a Rosyanami. Orlicz pomimo to poszedł pod 
Nowy Korczyn. 
Gdy patrol strzelecki podszedł pod miasteczko, ujrzał pranie 
bielizny przez huzarów rosyjskich. Fakt ten dowodzi, do jakiego 
stopnia Rosyanie czuli się pewni na lewym brzegu Wisły, skoro 
nie wystawili nawet żadnej straży. 
Orlicz, zbliżywszy się na niewielką odległość, kazał dać do 
huzarów ognia, który wywołał taki popłoch, że po długiej chwili 
opamiętania się, naprzeciw pięciu naszych ułanów wyruszyło trzy- 
dziestu rosyjskich kawalerzystów z osłoną skrzydeł linii tyralierskiej. 
Ułani, wystrzelawszy wszystkie naboje, cofnęli się w nad- 
brzeżne łozy. Orlicz został ranny lekko w nogę, z pomiędzy Ro- 
syan zaś kilku, a między innymi dowodzący oficer, zostało strza- 
łami naszych ułanów wybitych z szeregu. 
Komendant sił polskich, dowiedziawszy się, co zaszło, kazał 
łodzią ukrytym w łozach dostawić mundury i zostać na drugiej 
stronie rzeki do wieczora, ponieważ postanowił nocą owładnąć 
Nowym Korczynem. 
W tym celu zostały wysłane za Wisłę dwa oddziały: jeden 
pod dowództwem ob. Śmigłego-Rydza przeprawił się na głównym 
przewozie, celem zajęcia mostu na Nidzie, drugi pod dowództwem 
ob. Norwida przeprawił się niżej ujścia Dunajca do Wisły. Siły 
ogólne liczyły czterystu kilkudziesięciu ludzi. Marsz nocny odbył 
się bez przeszkód, gdyż Rosyanie opuścili Nowy Korczyn, który 
bez wystrzału został zajęty przez polskie wojska. 
Dzień później, 18 września, otrzymano ogólny rozkaz „ofen- 
zywnej obrony Wisły", t. j . nie zadawalniać się zajmowaniem 
129 
obronnych stanowisk po prawym brzegu rzeki, lecz możliwie naj- 
dalej odrzucić napierającego wroga poza Wisłę, 
W tym celu Piłsudski zarządził bezzwłoczne wzmocnienie od- 
działu w Nowym Korczynie o dalszych 600 ludzi. Ze względu je- 
dnakże na to, że ochrona nisko położonego prawego brzegu Wisły, 
bez wzięcia pewnej lewobrzeżnej części pagórkowatej okolicy od 
Winiar do Opatowa — nie dałaby się przeprowadzić — został 
nowy oddział łącznie z kawaleryą w Opatowcu zapomocą promów 
na lewy brzeg Wisły przewieziony; podczas gdy kawalerya wzdłuż 
prawego brzegu Nidy ku północy się posuwała, obsadziła piechota — 
batalion Wyrwy — linię Opatowiec—Winiary. 
Dzień 18-ty września upłynął całkiem spokojnie. Dopiero przed 
wieczorem usłyszano głuchy huk dz'ał od wschodu, gdzie też wkrótce 
ukazała się szeroka i długotrwała łuna. Później przyszła wiadomość 
o spaleniu mostu pod Szczucinem, a również, że Rosyanie w tam- 
tej okolicy zamierzają się przeprawić na prawy brzeg Wisły i pró- 
bują budować most przez rzękę. 
Jednocześnie wydały władze austryackie rozkaz zniszczenia 
znajdujących się na Wiśle wszelkich środków przewozowych, ło- 
dzi i promów, a nawet statków, by uniemożliwić nieprzyjacielowi 
przeprawę na ziemię galicyjską. 
19 września od wczesnego ranka rozpoczęły nadchodzić mel- 
dunki — o zbliżaniu się patroli nieprzyjacielskich od dwóch stron: 
od Buska i od Stopnicy. 
Rosyanie ostrzeliwali wojska 
od Badrzychowic na dro- 
dze do Buska i od Ostrowców na drodze do Stopnicy. 
Oddziały polskie powstrzymywały napór wroga od Ostrowców, 
a zaatakowały go pod Badrzychowicami. 
Szczegóły stoczonych walk były następujące: 19 września 
a trzeciego dnia pobytu III-go batalionu w Nowym Korczynie, za- 
powiedziano wymarsz. O godzinie 8'30 miano być w pogotowiu. 
Tornistry złożono na wozy i z samemi nabojnicami o godzinie 9-tej 
wymaszerowano z koszar. 
Do kompanii I-szej przydzielono jeden pluton por. Ostrow- 
skiego z kompanii Il-giej. Tak więc w sile około dwustu ludzi 
ruszono w kierunku Buska. 
10 
104 
Prowadził kapitan Herwin. Poza linią forpoczt — o godzinie 
10-tej — szedł oddział już marszem ubezpieczonym. Straż przednią 
pełnił pluton I-szy por. Słoniowskiego. 
Zaraz za miastem spotkano patrol dragonów austryackich, po- 
wracający z meldunkiem, że na prawo od gościńca buskiego, w le- 
sie za Uciskowem znajduje się kwatera rosyjska. Patrol obliczał 
ich mniej więcej na dwudziestu. 
Herwin przypuszczając, że nieprzyjaciel nie ośmieliłby się 
w takiej sile podejść pod forpoczty kwaterującego pułku piechoty 
i że musi to być tylko wywiad poważniejszej jednostki, posłał we 
wskazanym przez dragona kierunku pluton IV-ty por. Kruszewskiego, 
który po spatrolowaniu lasu miał wrócić do oddziału. Herwin z re- 
sztą oddziału ruszył dalej. Z lasku pod Uciskowem dały się słyszeć 
gęste strzały, z czego należało wnioskować, że już spostrzeżono 
Kruszewskiego. 
Jednocześnie Herwin przejął inny meldunek, donoszący, że 
spostrzeżono patrole kawaleryjskie na lewo od gościńca, w okolicy 
Sępiechowa. Dla odparcia ich i ubezpieczenia tej strony wysyła 
pluton Ostrowskiego. Pozostały zatem dwa plutony: Burhardta 
i Paszkowskiego i pluton I-szy w straży przedniej. 
Tymczasem w stronie Uciskowa, gdzie widziano jeszcze gi- 
nącą za małem wzgórzem tyralierkę polską, słychać coraz gęstsze 
strzały, co świadczyło, iż ma się do czynienia z poważniejszą siłą. 
Herwin postanowił przyjąć potyczkę, o czem natychmiast 
posłał meldunek z prośbą o poparcie. Rozejrzawszy się w sytua- 
cyi, odrazu powziął decyzyę, 
Las za Uciskowem krył poważniejszą ilość kawaleryi; Sło- 
niowski otrzymuje rozkaz zebrania plutonu i zajęcia pozycyi lewo- 
skrzydłowej pod Stróżyskami. Plutony zaś Burhardta i Paszkow- 
skiego, pod osobistem kierownictwem Herwina, skręcają odrazu na 
polną drogę, prowadzącą wzdłuż Uciskowa. Przebiegają grupkami 
schyleni, od chaty do chaty. Patrol przedni, prowadzony przez ka- 
prala Malucperna, zajął już wysunięte ku lasowi zagięcie wsi. Nie- 
zadługo doszedł tam Burhardt. 
W trakcie tego około godziny 12-tej przychodzi meldunek od 
Kruszewskiego, przyniesiony pod strasznym ogniem przez szer. Ja- 
sińskiego, że skutecznymi strzałami zmusił Rosyan do opuszczenia 
zagajnika i cofnięcia się w kierunku Piotrówka; sam zaś patroluje 
las i znajduje całe jego centrum zajęte przynajmniej przez szwa- 
dron. Zajął opróżniony skraj zagajnika, wystawiając wedety i wysy- 
łając w głąb patrole. 
Herwin wysyła rozkaz zatrzymania pozycyi; w razie ataku 
polecił cofnąć się na pole i osłaniania odcinka od strony Nowego 
Korczyna. Burhardtowi zaś rozkazuje rozwinąć się za wsią i za- 
atakować skraj lasu i mały domek, gdzie najprawdopodobniej ukry- 
83 
wali Rosyanie karabin maszynowy, gdyż konni i spieszeni wciąż 
przebiegali od chaty do lasu i z powrotem. 
Wobec silnego ognia rozwija Burhardt tyralierkę sekcyami. 
Wtem odezwał się karabin maszynowy: nieprzyjaciel wstrzeliwał 
się w tyralierkę III-go plutonu. Pluton Il-gi został jeszcze we wsi. 
Cały ogień zwrócił się na Burhardta, który rozwinął się już na 
zupełnie równej łące i ze swej strony otworzył silny ogień. 
Il-gi pluton, według otrzymanego rozkazu, ma zająć małą 
olszynkę, znajdującą się na lewo od linii III-go. Żołnierze przebie- 
gają pojedynczo pole zasiane łubinem, dopadają olszynki i zajmują 
pozycyę za znakomitym, naturalnym przedpierśnikiem. 
Jak się wkrótce okazało, Rosyanie mieli w tym odcinku dwa 
karabiny maszynowe, zwrócili więc drugi na ten pluton. Pluton 
wytrzymuje ogień dzielnie, przytulony do ziemi. Trzask karabinu 
maszynowego nie ustaje. 
Burhardt z III-cim plutonem nie tylko wytrzymuje morderczy 
ogień na zupełnie odkrytej przestrzeni, ale odstrzeliwa się zawzię- 
cie. Pomimo tego, że z boku był rażony przez spieszoną kawaleryę 
ukrytą za wałem piaskowym, podsuwa się pod las na odległość 
600 m. Początkowo miał celownik 1300 — przesunął się zatem 
około 600 metrów pod silnym ogniem karabinów zwykłych i ka- 
rabinu maszynowego. 
Oddział polski przyjął olbrzymi front — przeszło kilometrowy, 
obsadzony całą kompanią. Po wprowadzeniu ostatnich rezerw no- 
wym meldunkiem Herwin wzywa pomocy. Nadszedł tymczasem 
rozkaz wycofania się z rozrzuconych pozycyi, skoncentrowania się 
i oparcia o Ucisków. 
Temi samemi więc drogami następuje powolne cofanie się 
tem cięższe, że nieprzyjaciel wypróbował mniej więcej odległość 
i celniej raził ustępujących. Już Il-gi pluton się wycofał, gdy tylne 
straże III-go odstrzeliwały się jeszcze; odznaczyli się wtedy szcze- 
gólnie szeregowcy Bielecki i Malinowski, który pomimo dwu ran 
strzelał zawzięcie; oni to ostatni zeszli z pola. 
Zebrano się na gościńcu. Burhardt prowadził czterech ran- 
nych: Malinowskiego, Grafa, Czarnego i Bratkowskiego. Na placu 
boju zostawił jednego zabitego — Dołka. 
Niebawem nadszedł pluton pierwszy. Sprawiono się szybko: 
Il-gi pluton zajął wieś, I-szy rozwinął się na polu w przedłużeniu 
wsi, nawiązując łączność z plutonem Kruszewskiego, który został 
niespodziewanie zaatakowany przez nowy karabin maszynowy; 
pluton Ill-ci przeszedł do rezerwy. 
Niebawem kule zaczęły gwizdać nad wsią, jednak stosunkowo 
o wiele rzadziej. Widziano z polskich stanowisk, jak Rosyanie 
przeglądali dawne polskie pozycye. Zakazano strzelać. 
Wreszcie, zupełnie niespodzianie dały się słyszeć strzały na 
100 
lewem polskiem skrzydle; to Rosyanie okrążywszy z daleka, chcieli 
spatrolować Ucisków. Powstrzymał ich patrol wysłany przez Bur- 
hardta pod dowództwem kaprala Pomarańskiego. Stracił on dwóch 
ludzi rannych śmiertelnie, Lazariniego i Ciecierzyńskiego, lecz po- 
myślnie odparł patrol, zraniwszy kilku i postrzeliwszy konia. 
Mniej więcej w tym samym czasie Ostrowski, który był już 
zajął i obsadził Sępiechów, został zaatakowany przez patrol koza- 
cki. Kilkoma salwami zmusza ich do ucieczki i zabija dwa konie. 
Około godziny 4-tej po południu nadeszła pomoc. Major 
Śmigły przyprowadził resztę batalionu. Il-ga kompania — Zosika, 
zgęszcza linię Słoniowskiego, III-cia — Wieczorkiewicza, zajmuje 
niezajętą a atakowaną już raz przez patrole rosyjskie pozycyę, po 
drugiej strome gościńca, na lewo od reszty pozycyj. 
Tymczasem iśtrzały poczęły rzednąć i wreszcie około godziny 
5-tej ustały całkowicie. Tyralierka nasza posuwała się zwolna do 
lasu i wkrótce straże przednie a następnie i cały oddział polski 
zagłębił się w gęstą sośninę. 
Masa porzuconych łusek świadczyły o wielkiem spotrzebo- 
waniu amunicyi; liczne ślady kopyt końskich wskazywały na obe- 
cność najmniej dwóch szwadronów. Tu i ówdzie spotykano ślady 
krwi, znaleziono kilka zagubionych czapek, co wskazywało na sku- 
teczność polskich strzałów. 
Las posiedli Strzelcy polscy. Rosyanie cofnęli się, czy za- 
alarmowani przez zachodzący na ich tyły batalion Norwida, czy 
też odparci skutecznością polskiego frontowego ataku. Łuna po- 
żarna na północny wschód pokazywała kierunek, w którym uszli. 
Nie mając na razie kawaleryi, zaniechano pościgu. Późnym już 
wieczorem wrócono stopnickim gościńcem. 
Walka ta dostarczyła dowodu, że młody żołnierz polski nie 
Ulega denerwującemu wpływowi przed tak morderczem narzędziem, 
jakiem jest karabin maszynowy — a który po raz pierwszy prze- 
ciw sobie w oddziałach rosyjskich spotkano. Okazało się przytem, 
że Rosyanie źle strzelają z karabinów maszynowych; gdyby kara- 
biny te znalazły się w lepszym ręku, to mogłyby wyrządzić zna- 
cznie większe szkody oddziałom, które nie miały jeszcze sposobno- 
ści spotkać się w polu z tą morderczą bronią. 
Oprócz tego fabrykacya patronów do rosyjskich karabinów 
była najwidoczniej nie w porządku, gdyż strzały odznaczały się 
słabością; z odległości 800 kroków nie przebijały całego ciała ludz- 
kiego, lecz raniły przeważnie powierzchownie. Rany te wywoły- 
wały wesołość u polskich Strzelców, którzy po zaopatrzeniu i prze- 
wiązaniu ran biegli z powrotem na linię ognia. 
Po zwycięskiej walce wrócił polski oddział na noc do No- 
wego Korczyna, wystawiwszy na północ i północny wschód od 
miasta wzmocnione straże. 
85 
Wieczorem 19 września nadeszłe meldunki wskazywały na 
to, że atakujący wojska 
od Stopnicy nieprzyjaciel zatrzyma 
się na noc w Zagórzanach i Ostrowcach, podczas gdy karabiny 
maszynowe odesłane będą dalej ku Paconowu. Ze względu na to, 
Piłsudski polecił atak nocny, który miały wykonać świeże od- 
działy w tym celu w sile około 600 ludzi sprowadzone z prawego 
brzegu Wisły. 
Atak na Ostrowce i Zagórzany miał wykonać batalion V-ty 
Karasiewicza i batalion I-szy Fleszara, znajdujące się na galicyj- 
skim brzegu Wisły. 
19 września późnym wieczorem otrzymały obydwa bataliony 
rozkaz przeprawy przez Wisłę z następującem objaśnieniem sy- 
tuacyi: 
„Batalion Il-gi Norwida i część batalionu III-go Śmigłego Ry- 
dza po stoczonych żywych utarczkach, na północ i na północny 
wschód od Nowego Korczyna zajmują N. Korczyn, wystawiwszy 
placówki na północ i na wschód od miasta. Batalion Wyrwy zaj- 
muje odcinek po lewej stronie Wisły od Winiar w stronę Opatowca". 
Zadanie obydwóch batalionów było następujące: 
Po przeprawieniu się przez Wisłę w stronę Stopnicy urządzić 
wzmocniony wywiad drogą przez Solec i Ostrowce. Po drodze 
zaatakować bagnetem Ostrowce i Zagórzany, które to miejscowo- 
ści, według otrzymywanych meldunków, prawdopodobnie zajęte są 
przez wojska rosyjskie. 
Po wzięciu Zagórzan i Ostrowca dotrzeć jak najdalej ku pół- 
nocy i ku północnemu wschodowi. 
Bataliony, stojące w N. Korczynie, mają osłaniać odwrót, ew. 
wesprzeć w razie potrzeby". 
Podział działań między obydwoma batalionami był nastę- 
pujący: 
„Dwie kompanie II-go batalionu pod komendą Karasiewicza 
uderzą od Nowego Korczyna na Ostrowce, a później na Zagórzany, 
z warunkiem rozpoczęcia akcyi z Górnowoli przeciw Ostrowcom 
dopiero o godzinie 4 tej rano. W tym czasie batalion I-szy Fle- 
szara od południa drogą na Brzostek ma zajść na wysokość Ostrow- 
ców i natychmiast po przybyciu zaatakować je od wschodu z Wełnina". 
Miał to być zatem atak koncentryczny na Ostrowce. 
Batalion Fleszara przeprawił się przez Wisłę pod Pawłowem 
i ruszył we wskazanym kierunku. 
Batalion V-ty w chwili otrzymania rozkazu znajdował się na 
linii Karsy—Borusowa. W akcyi nocnej, kierowanej przez komen- 
danta tegoż baonu, Karasiewicza, miały wziąć udział tylko dwie 
104 
kompanie: I-sza Sława i IV-ta Mioduszewskiego. Resztujące dwie 
kompanie pozostały na galicyjskim brzegu Wisły. 
Po sformowaniu się liczyła I-sza kompania 120, a IV-ta 78 
ludzi. Znużonych żołnierzy zostawiono w obozie w Borusowej. 
Obydwie kompanie były uzbrojone w manlichery, tornistrów nie 
wzięto, natomiast zabrano po 200 naboi i na jeden dzień pro- 
wiantu w chlebakach. 
Ludzie nie byli jeszcze w ogniu oprócz jednego plutonu, 
który w odwrocie z pod Kielc miał większe nocne utarczki z Ro- 
syanami. 
19 -go września o godzinie 11-tej wieczorem przeprawiały się 
przez Wisłę obydwie kompanie V-go batalionu. Ciemna, mglista, 
obrzydliwa noc. Deszcz lał strumieniami, silny wicher zdawał się 
łamać konary drzew i miotał się z przeciągiem wyciem pomiędzy 
szeregi Strzelców, przechodzących ze spokojem i zręcznością przez 
umiłowaną, opiewaną w pieśniach polską rzekę. 
Po przymaszerowaniu do N. Korczyna udano się do batalio- 
nowego Norwida w celu otrzymania bliższych wskazówek. 
Norwid oświadczył, że według otrzymanych przez niego mel- 
dunków przestrzeń poza polskiemi placówkami jest niepewna. Pla- 
cówki alarmowane były często przez patrole konne, a w Górno- 
woli znajduje się prawdopodobnie placówka rosyjska. Do czynienia 
będą mieć z kawaleryą spieszoną, bijącą się dobrze. Czy armaty 
są, nie wiadomo — lecz są karabiny maszynowe. 
Dalej oświadczył Norwid, iż batalion jego jest nadzwyczaj 
wyczerpany całodziennemi utarczkami; do 6-tej rano jednakże lu- 
dzie wypoczną i można liczyć na pomoc w akcyi, a w każdym 
razie na poparcie w razie odwrotu. Wreszcie i artylerya austrya- 
cka, znajdująca się na prawym brzegu Wisły powinna ochraniać 
polskie oddziały w razie wycofywania się. 
Wobec tych informacyj zarządził Karasiewicz najostrożniejszy 
pochód ubezpieczony. 
Połowa kompanii Mioduszewskiego pełniła zadanie straży prze- 
dniej i straży bocznych, reszta postępowała w kolumnie. W poło- 
wie drogi do Górnowoli wysłał Mioduszewski naprzód I-szy pluton 
Włodka, wypróbowany już pod Kielcami, w celu spatrolowania 
Górnowoli; pluton miał zakraść się luźnymi patrolami do wsi i stwier- 
dzić, czy znajdują się w niej Rosyanie. 
Okazało się jednak, że Górnowola pusta, jedynie patrole konne 
kręciły się po wsi. Wśród ciemnej nocy, przy ciągłem zatrzymy- 
waniu się, doszedł batalion do Górnowoli o godzinie 3*30. W myśl 
rozkazu zatrzymano się tam do 4-tej rano. 
Ostrowce znajdowały się w odległości niespełna 4 kilometrów. 
Widok na nie od strony Górnowoli przesłaniała w jednem miejscu 
łozina. Miasteczko położone jest na równinie i ciągnie się z pół- 
87 
nocnego zachodu w kierunku południowo-wschodnim. Po prawej 
stronie drogi bezpośrednio przed miasteczkiem znajduje się wynio- 
słe wzgórze. 
Dochodzi już blisko 4*30, a z Ostrowców nie słychać żadnego 
odgłosu walki. Ludność Górnowoli utrzymywała, że Ostrowce są 
wolne od Rosyan. Komendant Karasiewicz postanowił przeto zająć 
Ostrowce. Spodziewał się znaleść w nich placówkę rosyjską, 
a w najgorszym razie straż przednią, którą nie trudno będzie wy- 
rzucić, zwłaszcza, że lada chwila mógł się spodziewać nadciągnię- 
cia batalionu Fleszara. 
0 godzinie 4'30 wyruszył Karasiewicz z Górnowoli. 
Kompania pierwsza, Sława, pod osobistą komendą Karasiewi- 
cza, miała pójść atakiem frontowym na Ostrowce, kompania czwarta 
Mioduszewskiego posuwać się miała równolegle do kompanii pierw- 
szej i atakować północny skraj miasteczka. W trakcie posuwania 
się miał być utrzymany między kompaniami ścisły kontakt. 
Por. Mioduszewski, idący ze swoją kompanią na czele oddziału, 
wysłał na wzgórze przed miasteczkiem patrol obserwacyjny dla 
dawania optycznych sygnałów. Było już widno. 
Patrol — szpica, złożony był z trzech ludzi i postępował na 
300 kroków przed oddziałem. Zauważono, że przy wyjściu na 
wzgórze przypadł do ziemi. 
Okazało się, że ze wzgórza spostrzeżono patrol kozacki, który 
na widok patrolu strzeleckiego pierzchnął. Kozacy jednakże nie 
uciekli do Ostrowców, lecz w stronę Zagórzan, wobec czego nale- 
żało wnioskować, że nie w Ostrowcach lecz w Zagórzanach są 
wojska rosyjskie. 
1 tak się też istotnie okazało. Ostrowce były wolne, wobec 
czego zajęła je kompania Sława. 
Kap. Karasiewicz, chcąc zbadać Zagórzany, wysłał tam kompa- 
nię Mioduszewskiego. Za chwilę ruszyła kompania na Zagórzany. Przed 
Zagórzanami wywiązała się walka patroli, przyczem patrole rosyjskie, 
ustępując schroniły się do lasu, położonego tuż za Zagórzanami. 
Po przeszukaniu wsi okazało się, że Rosyan w niej niema. 
Przed samym lasem stoi na niewielkiem wzgórzu dworek; 
rozlega się z niego dość obszerny widok, a co najważniejsza teren 
daje doskonały ostrzał. 
Wywiad pomiędzy ludnością okazał, że Zagórzany zajmowało 
całą noc parę szwadronów dragonów. Nad ranem ściągnęli swoją 
linię do lasu, i spodziewając się widocznie ataku, posłali podobno 
po karabiny maszynowe. 
Por. Mioduszewski zajął dworek; naznaczywszy swego za- 
stępcę, udał się do Ostrowców do Karasiewicza na odprawę. Ka- 
rasiewicz, wysłuchawszy relacyi, polecił oczyścić las z placówek 
rosyjskich i dotrzeć do Solca. Zaznaczył, żeby ze względu na to, 
104 
iż kompania jest liczebnie słaba, nie angażować się zbytnio. W ra- 
zie potrzeby, poprze ją pierwsza kompania, wreszcie spodziewał 
się nadejścia batalionu Fleszara. 
Po powrocie do Zagórzan zarządził Mioduszewski krótki od- 
poczynek. Najsłabszym i najmniej pewnym bojowo plutonem, z po- 
wodu słabego wyszkolenia, obsadził dworek. Chcąc mieć na jego 
czele pewnego człowieka, przeznaczył na komendanta Sasa-Kul- 
czyckiego i dał mu polecenie, by utrzymał kontakt z komendan- 
tem batalionu, Karasiewiczem, i posyłał mu meldunki; w razie sil- 
nej akcyi i cofania się by wsparł ustępujących. 
Mioduszewski z trzema plutonami przystąpił do spatrolowania 
lasu. W lesie znajdowało się kilka większych i mniejszych stawów. 
Doszedłszy do rzeczki i do rowu, położonego po prawej stronie 
lasu, a mającego doskonały ostrzał, podzielił las na odcinki i po- 
lecił je badać stopniowo. 
Po pewnym czasie stwierdzono, że najbliższe odcinki są wolne, 
badanie zaś ostatniego odcinka przy Solcu przyniosło ciekawy 
rezultat: 
Patrol zakradł się do zakładu leczniczego i przekonał się, że 
w budynku zakładowym biwakują 8-my i 13-ty pułk dragonów, 
dwa oddziały — 4 karabiny maszynowe i dwie sotnie kozaków. 
Zauważył również kilku artylerzystów, z czego należało wniosko- 
wać, że i artylerya znajduje się gdzieś w pobliżu. 
Gdyby nawet meldunek nie był zbyt ścisły, wskazywał on 
w każdym razie na zgromadzenie większych sił nieprzyjacielskich. 
Otrzymawszy takie doniesienie komendant kompanii, przesłał 
je natychmiast Karasiewiczowi. W odpowiedzi na to otrzymał la- 
koniczną odpowiedź: „Dobrze". 
Karasiewicz nie polecił cofać się 
mimo tak znacznej przewagi, liczył widocznie na pomoc. 
W międzyczasie w odległości 400—600 kroków od zajętego 
przez Strzelców rowu, ukazał się dragon wolno jadący przez po- 
lanę leśną. Chłopcy, nie mogąc się widocznie oprzeć pokusie upo- 
lowania Moskala, dali ognia; rozległy się cztery strzały. Dragon 
cofnął się natychmiast do lasu. 
Za chwilę rozpoczął się ożywiony ruch. Rosyanie, stwier- 
dziwszy obecność Strzelców, pchnęli odrazu kilka plutonów jazdy 
na zwiady. Por. Mioduszewski cofnął swoje szczupłe siły do lasu; 
pozostawieniu w dworku jednego plutonu mógł przeciwstawiać prze- 
ważającemu kilkakrotnie wrogowi zaledwie 3 plutony w sile około 
60 ludzi. 
Sytuacya była trudna, ale wyjścia innego nie było; nie ma- 
jąc polecenia cofnięcia się, Mioduszewski zdecydował się rozpocząć 
bitwę, tem bardziej, że i wróg sam począł mu ją gwałtownie 
narzucać. 
Rozdzielił więc swój szczupły oddział na trzy grupy-plutony. 
89 
Jeden pluton przeznaczył na patrole, które — by nie dać się oto- 
czyć — grupkam' rozrzucił w równej linii tyralierskiej na półkilo- 
metrową blisko szerokość. Dwa pozostałe plutony postępowały 
skrajem lasu o 500 kroków poza patrolową linią tyralierską. 
Główną niemal troską było zabezpieczenie skrzydeł, gdyż kil- 
kakrotnie liczniejszy nieprzyjaciel, mógł z łatwością osaczyć oddział. 
Linia patroli ruszyła naprzód. Rozpoczęła się natychmiast 
gęsta strzelanina, ale linia patroli mimo silnego ognia posuwa się 
wolno, lecz stale naprzód. 
Walka rozpoczęła się o godzinie 9'30 rano 20 września. 
Dragoni zrywają się od czasu do czasu i z okrzykiem „urra" 
pędzą przed siebie, przypadają do ziemi, poczem zrywają się, ucie- 
kają wstecz na 100—200 kroków i znowu zatrzymują się i strzelają. 
Zauważywszy przed sobą tylko słabą liczbę patroli, coraz 
więcej poczęli się opierać. 
Nagle prawe skrzydło patroli zostało silnie zaatakowane przez 
Rosyan i zasypane salwami. Strzelców było trzech, później po 
wzmocnieniu sześciu. Wreszcie pod naciskiem olbrzymiej liczebnej 
przewagi prawoskrzydłowa szóstka poczyna się cofać. 
Mioduszewski rzuca wówczas do boju resztę sił. Pluton pierw- 
szy Włodka-Kowalskiego rozwija się w tyralierkę i dąży na prawe 
skrzydło silnie przez Rosyan atakowane. By wyrównać linię — 
posyła na linię ognia, na lewe skrzydło — ostatni czwarty pluton 
Sokoła (Bolesława Griigla). 
Po odejściu na bliższą odległość do nieprzyjaciela i rozwinię- 
ciu się w boju, cofnął linię patroli i uformował z nich dwie rezer- 
wowe linie tyralierskie. 
Po wejściu na linię ognia sytuacya wytworzyła się nastę- 
pująca: 
,l 
» 
Front bojowy był tak wielki, że nie można go było w cało- 
ści wypełnić, z konieczności więc wywiązały się trzy odcinki: Plu- 
ton pierwszy Włodka na prawej, pluton czwarty Sokoła na lewej 
i pluton trzeci Sęka, uformowany z linii patroli, w środku. Przy 
tym ostatnim znajdował się por. Mioduszewski do końca boju. 
Warunki terenu sprawiły, że pluton środkowy służyć mógł 
jedynie jako rezerwa, nie mógł przez dłuższy czas strzelać, będąc 
sam gęsto ostrzeliwany. 
Walka stawała się upartą, ruszyć z miejsca było trudno. Sze- 
regi, chcąc pójść naprzód, musiały padać co chwila. Rozpoczęła się 
walka o przewagę ognia. 
Z początku kontakt między trzema oddziałami był utrzymany, 
później jednakże zatracił się. Akcya odbywała się jednak normalnie, 
na skrzydła tylko musiało się zwracać szczególnie baczną uwagę. 
Tak było do godziny 12 w południe. Rosyanie ostrzeliwali 
cały front. 
100 
Pluton środkowy posuwał się wolno naprzód, wreszcie zna- 
lazł się przed zakładem wodoleczniczym i dostał się w silny ogień. 
Łopat nie było, okopywać się było trudno. Ludzie nie będący do- 
tychczas w boju, prażeni silnym ogniem nieprzyjacielskim, poczęli 
się skupiać. 
Rosyanie atakują na całym froncie, coraz silniejszem półko- 
lem otaczając polskie siły, sytuacya stawała się nadzwyczaj przy- 
kra. Odnosiło się wrażenie, że pod parciem tych strasznych ramion 
pęknie polska linia bojowa, że młode szeregi polskie skłębią się 
i zbiją w jedną bezkształtną masę, którą wróg w proch rozbije 
za jednem potężnem uderzeniem. 
Wtem, jakby na domiar złego, na lewem skrzydle rozlega 
się dziki, potężny okrzyk „urra 
a 
. 
To Rosyanie idą do ataku na 
bagnety na lewoskrzydłowy pluton Bolesława Sokoła-Griigla. 
Wobec ogromnej przemocy pluton początkowo cofał się, lecz 
widząc zbyt gwałtowne napieranie Rosyan, Sokół-Griigiel zarządził 
kontratak. Powstrzymawszy słowami komendy ustępujące polskie 
szeregi z szablą w dłoni i grzmiącym jak piorun rozkazem naka- 
zał atak na wroga, rzucając się pierwszy naprzód. Porwane przy- 
kładem i postawą bohaterskiego dowódcy szeregi rzuciły się jak 
burza na atakujących Rosyan. Rosyanie, zaskoczeni siłą uderzenia, 
mimo olbrzymiej liczebnej przewagi, zostali odrzuceni i w popło- 
chu z dzikiem wyciem uciekali przed pędzącymi ich młodymi bo- 
haterami. 
Sokół-Griigiel przebiegł już w pościgu za Rosyanami polanę 
leśną, gdy nagle odezwały się na lewem skrzydle karabiny ma- 
szynowe, a za kwadrans zagrały i działu rosyjskie, wobec czego 
powstało nowe niebezpieczeństwo przy wycofywaniu się. 
Mioduszewski posłał Sokołowi-Griiglowi rozkaz cofnięcia się. 
Dopiero wtedy dzielny oficer zarządził wycofanie plutonu z linii 
bojowej. Ustępując, Griigielbez strat wyprowadził ludzi z pie- 
kielnego ognia, a mając niejako w ręku klucz całej sytuacyi — po- 
sterunek najwięcej zagrożony — bezprzykładnem' męstwem swo- 
jem i bystrością umysłu uratował tego dnia cały oddział polski 
od niechybnego rozbicia. Odrzuciwszy gwałtownie atakujących go 
Rosyan, sprawił na ich froncie zamieszanie, przez co umożliwił 
łatwiejsze wycofanie się pozostałym oddziałom. 
W czasie boju nadbiegł do por. Mioduszewskiego z lewego skrzy- 
dła od Griigla ordynans z wiadomością, że na tyłach ukazała się 
Boi. Griigiel, były członek oddziału bojowego P. P. S. w Królestwie, 
padł między 15 a 26 maja 1915 w bojach w Sandomierskiem. 
91 
jakaś piechota. Później okazało się, że był to pluton Sasa, który 
usłyszawszy echa walki, ruszył na pomoc i dotarł aż na 50 kro- 
ków do bateryi nieprzyjacielskiej. 
Odwrót, zarządzony przez Mioduszewskiego, został wykonany 
w najlepszym porządku. Wycofywano się plutonami, te zaś, celem 
większej ochrony przed strzałami, ustępowały sekcyami. Przy spo- 
tkaniu się z Rosyanami miano bagnetem torować sobie drogę. 
Powoli wyłaniały się z lasu plutony jeden za drugim. Pierw- 
szy cofnął się pluton rezerwowy Sasa-Kulczyckiego, drugi — z po- 
wodu oddalenia cofając się z pola walki samodzielnie — wyszedł 
na równinę pluton czwarty Sokoła-Griigla, następnie łącznie z kom- 
panijnym pluton trzeci Sęka. Brakowało plutonu Włodka. 
Por. Mioduszewski utworzył trzy oddziały i wydał rozkaz cofnię- 
cia się na poprzednią linię bojową, celem przyjścia w pomoc ustę- 
pującemu zwolna Włodkowi, gdy wreszcie i ten ostatni pluton 
wysunął się z lasu. 
Sformowawszy plutony przystąpiono do obliczenia strat. Oka- 
zało się, że jakby w myśl zasady: „odważnym szczęście sprzyja" 
straty w szeregach polskich były minimalne: 1 ciężko ranny, 1 lżej 
i kilku zaginionych. 
Rosyjskich strat stwierdzić nie można było, na ogół jednak, 
jak się dało widzieć z linii bojowej, były one znaczne. 
Kompania czwarta cofała się pod strzałami artyleryi przez 
Zagórzany i Ostrowce do N. Korczyna. W Ostrowcach oddziałów 
polskich już nie było; doszedł Mioduszewskiego jedynie rozkaz 
kap. Karasiewicza, zarządzający odwrót na N. Korczyn. 
Do 4-tej grzmiały armaty. W Górnowoli podczas przemarszu 
czwartej kompanii granat rozbił niedaleko leżącą stodołę, nie wy- 
rządzając ustępującym żadnych szkód. 
Fleszar i Karasiewicz spotkali się pod Ostrowcami i nie za- 
stawszy wroga, czekali na meldunki od wysłanych w okolicę pa- 
troli. Tak komp. Mioduszewski, jako też i pojedyńcze patrole do- 
nosiły o obecności znaczniejszych sił nieprzyjacielskich. Oddziały 
zmęczone nieprzespaną nocą, marszem nocnym przez błota i mo- 
czary, przy deszczu i wichrze, odpoczęły krótko. 
Gęsto wkrótce poczęły padać strzały nieprzyjacielskie, a około 
10 rano odezwały się działa. 
Ponieważ polskie oddziały w Zagórzanach i Ostrowcach nie 
miały artyleryi, przeto zdecydowano się na odwrót; kap. Karasiewicz 
104 
posłał natychmiast Mioduszewskiemu rozkaz cofnięcia się na N. 
Korczyn. Rozkaz ten jednakże doszedł Mioduszewskiego ze zna- 
cznem opóźnieniem, gdyż już wtedy, gdy tenże z powodu zbyt go- 
rącej sytuacyi zmuszony był zarządzić odwrót na własną rękę.° 
Pod ogniem nieprzyjacielskiej artyleryi ustępowały ku N. Kor- 
czynowi polskie oddziały. Dzięki zręcznemu marszowi komendanta 
batalionu Fleszara, udało się uchronić maszerujące oddziały od cięż- 
kich strat. Dla zmylenia kierunku pochodu, rzucił on swój batalion 
w kierunku południowym ku Wiśle, a następnie niepostrzeżenie 
poszedł w dawnym kierunku na N. Korczyn. Rosyanie przez długi 
czas zostawili maszerujących na N. Korczyn w spokoju, a gęsto 
ostrzeliwali południową drogę. 
O pierwszej w południe doszedł do N. Korczyna I-szy bata- 
lion Fleszara i część V-go batalionu Karasiewicza. Mioduszewski 
z czwartą kompanią batalionu Karasiewicza przyszedł o kilka go- 
dzin później. 
' 
° 
Za ustępującymi oddziałami polskimi postępowali Rosyanie 
wielkiemi siłami z armatami i karabinami maszynowymi. Tym ra- 
zem atak był prowadzony wyłącznie od Stopnicy, tak, że oddziały 
strzeleckie, będące na drodze od Buska, nie miały żadnego nie- 
przyjaciela przed sobą. 
Bez artyleryi było niemożliwem trzymać się w Korczynie, 
gdzie w wąskich uliczkach miasteczka artylerya mogła wyrządzić 
ogromne szkody. Dlatego w dniu 20 września przed wieczorem 
polecił Piłsudski opróżnienie N. Korczyna. Jedna część Strzelców 
została przeprawiona pod Borusową na prawy brzeg Wisły, druga 
obsadziła wzgórza Winiary-Opatowiec. 
Przy odwrocie Strzelców rozpoczęły stojące po prawej stro- 
nie Wisły armaty austryackie grać, przez co odciągnęły pewną 
część ognia nieprzyjacielskiego na siebie. 
Odwrót dokonany został w zupełnym spokoju i porządku, 
mimo, że przy przechodzeniu wąskiego mostu na Nidzie granaty 
wybuchały w wodzie. 
Artylerya rosyjska nie uczyniła tego dnia Strzelcom żadnych 
strat. Zaginęło jedynie 8-miu ludzi, którzy następnego dnia, dzięki 
przyjacielskiej ochronie miejscowej ludności, szczęśliwie do swych 
oddziałów przybyli. Okazało się, że noc spędzili w najbliższem są- 
siedztwie kozaków. 
W tym boju oddziały polskie miały do czynienia z 800 ko- 
zakami, należącymi do 5-tej kawaleryjskiej dywizyi i do 5-tego 
orenburskiego pułku kozaków, którzy byli wspierani przez 2 ba- 
terye i 4 karabiny maszynowe. 
93 
Trzeciego dnia swego pobytu w Czarkowej otrzymała kawa- 
lerya Beliny rozkaz ruszenia na Wiślicę, przepłoszenia Rosyan, 
zajęcia miasta i zniszczenia mostu, łączącego je z prawym, zacho- 
dnim brzegiem Nidy. 
Rozdzielono się w tej wyprawie jak następuje: jeden pluton 
zaraz pod Czarkową przerzucił się na lewy brzeg Nidy i poszedł 
ku Wiślicy, dwa inne podążyły spiesznym marszem wzdłuż pra- 
wego brzegu Nidy. 
W Wiślicy stał oddział Rosyan, gdy nadeszła wieść, że od 
południowej strony ciągną na miasto znaczniejsze siły polskie. Ro- 
syanie niezwłocznie opuścili miasto. Pluton polskich ułanów, idący 
po prawym brzegu Nidy, wpadłszy przez most do Wiślicy, spożył 
jeszcze ciepłe, a przygotowane przez nieprzyjaciela śniadanie. 
Nadszedł zaraz i następny pluton, również po prawym brzegu 
idący. Zabrano się do psucia mostu na Nidzie. Ledwie rozpoczęto 
robotę, gdy przychodzi alarmująca wiadomość, że trzeci pluton, 
który zachodził Wiślicę lewym brzegiem Nidy, dostał się w pu- 
łapkę moskiewską i walczy ostatkiem sił przeciw wrogowi. Ponie- 
chano psucia mostu i ruszono natychmiast z pomocą. 
Istotnie trzeci pluton w ciężkiej znalazł się opresyi. Stało się 
to w następujący sposób: 
Tuż pod samą Wiślicą spotkano cały szwadron dragonów ro- 
syjskich. Tak nierównej walki niepodobieństwo przyjmować, zmie- 
rzają tedy ułani do pobliskiego lasu. Szukali w nim ochrony, a zna- 
leźli karabiny maszynowe nieprzyjaciela. 
Na szczęście niezbyt celnie przywitały one ułanów. Niemniej 
jednak nie pozostawała inna droga ratunku, jak galop na przełaj 
jedynym terenem wolnym pomiędzy laskiem a szwadronem ro- 
syjskim. 
Ów teren, wolny pozornie, okazał się wnet najbardziej zdra- 
dliwym. Ułani ruszyli całą siłą naprzód i zapędzili się w moczary 
i bagna. Konie stanęły. Rosyanie nadbiegają, wywiązała się walka 
wręcz, powstał ogromny zamęt. 
Na ten moment nadbiegły z odsieczą dwa plutony ułanów 
polskich z Wiślicy. Rosyanie pierzchnęli. Na pobojowisku został 
jeden z ułanów zabity od własnej kuli — nie chciał bowiem od- 
dać się w niewolę. Zaciętości obrony dowodziły trupy kozackie 
tuż obok niego leżące, ustrzelone z rewolweru. Pochowano go 
w Wiślicy. 
Straty polskie były niesłychanie małe. Oprócz wyżej wspo- 
mnianego zabitego było jeszcze kilku rannych i dwóch: Lorenz 
i Ralf wzięci zostali do niewoli. Koni zaś zabito ułanom dziewięć. 
Po dokonaniu odsieczy i przepędzeniu Rosyan wrócono do 
Wiślicy i wysadzono most w powietrze, poczem spełniwszy w ca- 
100 
łości powierzone sobie zadanie, cofnęli się ułani na noc do Czar- 
ko wej. 
Belina, rozesławszy na wszystkie strony cały swój szwadron, 
pozostał w Czarkowej z kilkunastu znużonymi walką dni poprze- 
dnich ułanami. Zasiada właśnie do obiadu, gdy dają znać, że od 
Szczytnik, wsi naprzeciw Czarkowej, po lewym brzegu leżącej, 
przeprawia się brodem szwadron dragonów rosyjskich z taborem. 
Porwano się od stołu i z karabinami w ręce zsuwają się ułani 
chyłkiem ze wzgórza ku rzece. Rozsypują się w tyralierkę i cze- 
kają, aż się dragoni przeprawią i podejdą bliżej. Wreszcie znalazły 
się pierwsze szeregi dragonów na odległość strzału. Tabor jeszcze 
przechodził brodem. Belina kazał dać ognia. Zmieszały się szyki 
dragońskie. Tabor coprędzej zawraca. Początkowo i dragoni rzucili 
się do ucieczki, lecz dopadłszy do rzeki, ochłonęli ze strachu. Ze- 
skoczyli z koni i sformowawszy długą linię tyralierską, suną na 
ułanów wielkiem półkolem. 
Liczbą trzykrotnie silniejsi, rychło uzyskali nad ułanami pol- 
skimi przewagę i spychają ich coraz bardziej z pozycyi. Już za- 
czyna być z ułanami krucho, gdy wtem pluton, wracający z wy- 
wiadu od Koniecmostów z pod Wiślicy zachodzi Rosyan z tyłu. 
Wzięci we dwa ognie — jedni z dragonów biegną coprędzej ku 
Nidzie, a dopadłszy koni, w popłochu uciekają. Inni natomiast, nie 
mogąc już zdążyć, chronią się do wsi Czarkowej i tam jeszcze 
czas jakiś wśród opłotków próbują oporu. Wkońcu poddają się. 
O bitwie tej rozeszły się w okolicy najrozmaitsze pogłoski. 
Jedni twierdzili, że Polacy pobili Rosyan, drudzy natomiast sły- 
szeli, że Polacy musieli ustąpić z pola i że Rosyanie wzięli Czarkową. 
Te wersye doszły do plutonu, który wracał nocą z pod Buska 
ku Czarkowej. Ludzie byli strudzeni ostatecznie, konie zdrożone 
szły ostatkiem sił. Noc ciemna, drogi boczne rozmokłe od deszczu, 
pogoda marna. Okrążać w takich warunkach niepodobna. Przytem 
nie miano żadnej pewności, czy przy okrążaniu nie natknie się 
pluton na jakiś silniejszy oddział nieprzyjacielski. Wracać nie było 
dokąd, a nocować w polu było niepodobieństwem. 
Wobec tego zadecydował plutonowy jechać do Czarkowej, 
by przekonać się, w czyjem istotnie jest posiadaniu. 
Ku wielkiej radości strudzonych ułanów, spotkano swoich 
w Czarkowej, gdzie znaleźli zasłużony odpoczynek. 
W międzyczasie miała reszta kawaleryi Beliny na drugiej 
stronie Nidy zwycięską potyczkę z rosyjską jazdą, którą z wiel- 
kiemi stratami do lasu pod Chrobrzem zapędziła. Rosyanie zostali 
zupełnie rozbici, stracili 10 zabitych, 1 rannego i 1 jeńca. 
Dzień 21 i 22 września minął spokojnie wśród drobnych utar- 
95 
czek ułanów polskich z posuwającą się ku pozycyom polskim 
jazdą rosyjską. 
Już wczesnym rankiem czwartego dnia pobytu w Czarkowej 
zbudziła ułanów strzelanina pikiet. Kozacy od strony Szczytnik 
próbowali przeprawy. Przyjęto ich tak gęsto kulami, że coprędzej 
uciekli, schronili się za dwiema chałupami, stojącemi na lewym 
brzegu Nidy — w nieznacznej odległości od rzeki. Kozaków tych 
było zaledwie kilku, ułani przeto sądzili, że zranili ich podczas 
ucieczki. Zwłaszcza tego mniemania byli Świerszcz i Adwentowicz, 
którzy najbliżej razili ogniem nieprzyjaciela. Postanowili tedy przejść 
rzekę w bród i zabrać kozaków do niewoli. 
I dzięki tylko wezbraniu Nidy, wskutek czego nie można 
było prędko odszukać brodu, ocaleli dzielni ułani, gdyż za chału- 
pami było znacznie więcej kozaków, a tylko kilku wysłali na wa- 
bika nad Nidę. Zniecierpliwieni kozacy zasypali Adwentowicza 
i Świerszcza gradem kul, pod któremi pełzając po równym tere- 
nie, ustępować musieli ułani około 1000 kroków. Strzały padały 
blisko tuż obok ustępujących; Adwentowiczowi obcięły przez pół 
pałasz, tak, że tylko rękojeść i ułamek klingi pozostał na rapciach. 
Dopiero dzięki pomocy reszty ułanów, którzy rozsypawszy 
się w linię tyralierską, prażyli ogniem kozaków, udało się ocalić 
Adwentowicza i Świerszcza. 
Artylerya rosyjska i austryacka wymieniały między sobą od 
czasu do czasu strzały przez Wisłę. 
Front polski po lewej stronie Wisły stał się ogromnie długi. 
Wobec zmęczenia żołnierzy zachodziła obawa przerwania go przez 
Rosyan. 
Nie zważając na to, stale niepokojono nieprzyjaciela. Szcze- 
gólną ruchliwością wyróżniała się kawalerya polska. Wśród licznych 
utarczek charakterystycznym w wykonaniu był atak ułanów Beliny 
na Szczytniki. 
Powtórne pojawienie się Rosyan w Szczytnikach spowodo- 
wało Belinę do przypuszczenia, że tak jak Czarkowa dla kawale- 
ryi polskiej, Szczytniki dla Rosyan służyły za punkt oparcia dla 
operacyi przeciw oddziałom polskim. Postanowił przeto Belina po- 
dejść cichaczem pod Szczytniki, otoczyć je i znieść oddział rosyjski, 
tam noclegiem stojący. 
Obliczono siłę przeciwnika na kilkunastu dragonów i około 
pół sotni kozaków. Aby sieć dobrze zaciągnąć, wezwano pomocy 
piechoty. Przydano ułanom w tym celu 2 plutony polskiej piechoty 
strzeleckiej. Przeprawiły się one o 11 w nocy na wozach przez 
Wisłę i ruszyły wschodnim brzegiem Nidy ku Szczytnikom. Dwa 
plutony ułanów przeszły poniżej Szczytnik Nidę i połączywszy się 
104 
z piechotą, poczęły okrążać Rosyan, pogrążonych w głębokim śnie. 
Reszta oddziału Beliny została w Czarkowej, by obserwować nie- 
przyjaciela i przeszkodzić ewentualnej jego ucieczce na prawy 
brzeg Nidy. 
Noc była ciemna i chmurna. Posunięto się pod Szczytniki 
niepostrzeżenie i otoczono wieś dokoła cienką linią tyralierską, 
pozostawiając jedynie wolne przejście przez mokradła. Właśnie gdy 
ukończono przygotowania do ataku, zaczęło świtać. 
W jesiennym, smutnym, mglistym poranku 23 września pa- 
dły na wieś pierwsze strzały. We wsi wszczął się popłoch. Na- 
przód kozacy, a później dragoni spostrzegli, że są otoczeni zewsząd 
i że z sieci zastawionej nie wymkną się inaczej, jak szarżując 
grupami we wszystkich kierunkach. Żołnierz polski dobrze jednak 
strzegł wyznaczonych mu posterunków. Zaledwie kilku kozaków 
i dragonów przebrało się przez mało bronione mokradła na pół- 
nocny wschód od Szczytnik leżące i uszło do lasu. Reszta musiała 
zostać w opłotkach wsi i mężnie zginąć lub poddać się. Ucieczki 
na prawy brzeg nawet nie próbowano. 
Po pewnej chwili beznadziejnego boju, poczęli kozacy strze- 
lać kulami dum-dum. Niegodny postępek Rosyan wywołał u uła- 
nów gniew i zaostrzył charakter bitwy. Celne strzały osiągały co- 
raz widoczniejszy skutek — ogień rosyjski słabł, aż przycichł 
zupełnie. 
Ułani weszli do wsi. Nagle, gdy kilku z nich przechodziło 
koło jednej chaty, zostali zasypani strzałami. Oddział ten prowa- 
dził olbrzymi Dudzieniec. Krewki z natury, a poirytowany jeszcze 
tą zasadzką, wywala drzwi chaty, wpada do izby i zastaje tam 
trzech kozaków. 
— 
Poddać się! — woła Dudzieniec. 
Kozacy jednak mierzą z karabinów, jeden strzelił, chybiając 
o włos. Nie zdążył jednak poprawić strzału, gdyż przyskoczył do 
niego Dudzieniec i uderzeniem pięści powalił go na ziemię. Ten 
sposób rozbrajania przeciwnika zaimponował ogromnie dwom po- 
zostałym kozakom. Nie chcąc kosztować twardej pięści polskiego 
ułana, rzucili coprędzej broń i poddali się bez oporu. 
Bitwa zaczęta o świcie, na 9-tą rano była już skończona. 
Pogrom nieprzyjaciela był zupełny. Z 50 kozaków i 4 dragonów 
14 pułku zaledwie ośmiu mogło się ocalić, uciekając na koniach 
bez siodeł. Kilkunastu poszło w niewolę, kilkudziesięciu padło tru- 
pem, a między nimi essauł, pochodzący — jak się okazało z pa- 
pierów — z jakiegoś znamienitego czerkieskiego rodu. 
Straty ułanów polskich były nieznaczne. Kilkunastu lekko 
rannych, paru zabitych. Między innymi padł zaraz z początku bi- 
twy mężny podoficer ułanów, Janusz Barnatowicz, który przeszedł 
około Kielc z szeregów rosyjskich do wojska polskiego. 
97 
Z powodu nadchodzących przeważających sił rosyjskich nie 
można było zabrać całej zdobyczy. Udało się tylko pochwycić dwa 
konie, zabrać 8 siodeł i ponad 20 karabinów. 
Sukces ułanów pod Szczytnikami nie zmienił w niczem ogól- 
nej sytuacyi. Z zeznań jeńców dowiedziano się o zbieraniu wiel- 
kich sił rosyjskich w Busku, o naprawie zepsutego przez ułanów 
mostu w Wiślicy. Z powodu zmęczenia jazdy, która przez kilka 
dni biła się z przeważającemi siłami, kazano jej cofnąć się do Czar- 
kowej. O godzinie 11 rano wśród śpiewów przeprawiano się przez 
Nidę do Czarkowej, tam jednakże otrzymano wkrótce rozkaz od- 
wrotu. 
Około godziny drugiej popołudniu Rosyanie z za Nidy ude- 
rzyli na polskie oddziały, które w ciągu ostatnich dni były jedy- 
nemi siłami, operującemi na lewym brzegu Wisły w Królestwie. 
Z żalem opuszczali ułani po pięciodniowym pobycie Czarkową. 
Ledwie opuszczono Czarkową, zjawili się w Szczytnikach kozacy 
i z rozkazu komendy zapalili wieś. Taki sam los spotkał i Czar- 
kową. Na pałac, w którym mieli kwaterę ułani, skierowali Rosyanie 
armaty i zburzyli go tak doszczętnie i tak prędko, że właściciel 
hr. Pusłowski tylko z życiem ujść zdołał, niczego z cennych pa- 
miątek uwieźć nie mogąc. 
Atak Rosyan odbywał się z ogromną furyą. Armaty i kara- 
biny maszynowe biły bez przerwy przez kilka godzin. Najwięcej 
zagrożone były wojska 
we wsi Ksany i okolicy. 
Cały dzień i noc przyświecały walczącym oddziałom polskim 
łuny pożarów. Szczytniki, Winiary, Czarkowa — wszystkie wsie, 
które były punktami wyjścia polskich błyskawicznych napadów, 
padły ofiarą rozpasanej dziczy. 
Do ataku Rosyan musiało się przywiązywać wielką wagę. 
Operując na wązkim skrawku wybrzeży Wisły i Nidy, przy nad- 
zwyczaj silnem parciu Rosyan oddziały polskie były poważnie za- 
grożone zepchnięciem do Wisły. Za wszelką cenę należało sobie 
najpierw zabezpieczyć przeprawę pod Opatowcem. Zabezpieczenia 
zaś tej przeprawy można było dokonać jedynie przez osłonę od- 
działów polskich od strony Czarkowej. 
Do spełnienia tego zadania był użyty między innemi i pluton 
podpor. Młota. Pluton miał zadanie wywiadowcze i zarazem 
ochronne. 
Poszedł na płonącą Czarkowę, skąd spodziewano się nadcią- 
gnięcia sil rosyjskich. Zetknęły się wreszcie macki dwu stron. 
Strzelcy polscy padli i przykucnęli, wryli się w kartoflane brózdy. 
Zapanowała cisza... tylko kilkadziesiąt par gorejących oczu wyziera 
7 
98 
z 
pośród sterczących naci: każdy, wpatrzony w długi sznur szarych 
moskiewskich szyneli, czeka na rozkaz. 
Świadomość wielkiej odpowiedzialności nakazuje spokój i roz- 
wagę jeżeli zdradzą swą liczebność, jeżeli przeoczą jeden manewr 
- 
przepadli gdyż są sami wobec kilkakrotnej przewagi 
Czekają. Linia tyralierska spieszonej rosyjskiej kawaleryi idzie 
wolno ku przyczajonej polskiej piechocie 
czterokro- 
Tuż są blisko. Co najmniej dwie sotnie, a więc o czterokro- 
tnej przeszło przewadze. Podpor. Młot podaje szeptem hasło walk, 
Po pierwszych polskich strzałach pada cała linia moskiewskiej ty- 
ralierki, jakby skoszony łan. Znowu ruszyli ale me wszyscy: zo- 
stało kilku tam, gdzie ich dosięgły polskie kule. zdecydo- 
Rozpoczęła się strzelanina, a wkrótce wywiązał się zdecydo- 
wany 
krwawy bój Kilkakrotna przewaga po stronie Rosyan wy- 
magała od garstki Strzelców skrzętnej gospodarki ogniowej. Strzelcy 
Sowiadali rzadziej lecz celnie; niszczyli ogniem najgęściej obsa- 
dzone odcinki sfera koncentracyi ognia 
gdzie się skupiał nieprzyjaciel w większej sile, by zadać stabym 
polskim siłom cios stanowczy 
dniem 
zagięciem hartownej polskiej linii tyralierskiej; fałszywy lub 
rzeczywisty szturm nieprzyjaciela przyjmowano zmilknięciem ognia 
aby plunąć dziesiątkiem niezawodnych strzałów, a w ostatniej 
chwili 
rzucić 
w zamęcie na szalę bagnety. Wola przemocy łamała się 
przez 
poczęła 
robić 
wyłomy 
w 
zarówno czasu, ak l odpowie- 
Sh 
i amunicya „na., 
kn końcoTM, 
M 
—Cie wykonała cz,»ć plntonn .»askow.ny 
7 których wydobył jeszcze przed skonem okrzyk. 
,,Jeszcze roisKa 
• 
-ZJ' 
credo żywych i schodzących w grob zołnierzy pol- 
gdy się rozgrzewała lufa jednego karabinu - brano drugi g y 
wypróżniały się własne ładownice i nabojmce - ściągano z trupów. 
99 
I tak trwał uparty bój; polski żołnierz nie ustąpił na krok 
i przez dwie godziny odpierał atak wielokrotnie przeważających 
sił rosyjskich. 
Po otrzymaniu pomocy najbliższe trupy rosyjskie znaleziono 
w odległości 100 kroków. Pomoc posuwała się wśród ognia i gra- 
natów, którymi artylerya zasypywała całą przestrzeń między plu- 
tonem a spieszącą mu pomocą. 
Noc położyła koniec nierównym zapasom; była ona sprzy- 
mierzeńcem bohaterskiego zespołu młodych tych wojowników 
i osłanianych przez nich oddziałów. 
Pluton schodził z pola, mając 9 zabitych i 7 rannych. Ranni 
brali udział do końca boju. 
Równocześnie inne siły rosyjskie z bateryą armat usiłowały 
atakować przez las w Chrustowicach oddziały polskie. Zachodziły 
one zatem z tyłu siłom polskim, znajdującym się na linii Ksany — 
Chwalibogowice — Winiary. 
Szczególnie ciężką była chwila, gdy spalone granatami Ksany 
musiały zostać opróżnione przez oddziały polskie, co spowodowało 
odsłonięcie całego lewego skrzydła. Siły polskie przyciśnięte zo- 
stały silnie do Wisły od zachodu, północy i wschodu. 
Piłsudski, by odrzucić Rosyan, postanowił przerzucić resztę 
sił stojących na prawym brzegu Wisły. Przesuwanie to jednak szło 
powoli, tak że w krytycznej chwili oddziały zdążające z pomocą 
zaledwie podchodziły ku przeprawie w Opatowcu. Położenie było 
prawie rozpaczliwe, tem bardziej, że Wisła i Dunajec wzbierały 
ciągle i wkońcu rozlały się szeroko. 
Pierwsze przeprawione oddziały zostały posunięte ku lasowi 
chrustowickiemu, lecz Rosyanie już się cofali ku Wiślicy, a wkrótce 
mrok w połączeniu z nadrzeczną mgłą ukryły słabe i wyczerpane 
polskie siły przed oczyma i pociskami wroga. 
Następnego dnia 24 września przypaść miała oddziałom pol- 
skim rola straży przedniej. Mimo zmęczenia ludzi i niewypowie- 
dzianie trudnych warunków przewozowych, zarządził Piłsudski 
przeprawę wszystkich Swoich sił na lewy brzeg Wisły i obsadze- 
nie odpowiednich stanowisk jeszcze w ciągu nocy. 
O pierwszej w nocy stały już wszystkie oddziały polskie na 
lewym brzegu Wisły. W godzinę jednak później otrzymał Piłsudski 
uwiadomienie, że wobec wysokiego poziomu wody na Wiśle i nad- 
zwyczajnych trudności na razie zamierzone operacye przeciw Ro- 
syanom zastanowione zostały. Wskutek tego Piłsudski, nie chcąc 
umęczonych i izolowanych swych żołnierzy narażać na walkę 
z nieprzyjacielem i falami wezbranej szeroko rzeki, zarządził od- 
wrót na prawy brzeg Wisły. 
Z pomocą saperów armii austryackiej, którzy sporządzili most 
pontonowy, oddział polski przeprawił się pod Opatowcem przez 
100 
Wisłę i o godzinie 11 przedpołudniem 25 września przyszedł do 
Gręboszowa na zasłużony odpoczynek. 
Ogółem w walkach dni ostatnich było po strome polskiej 19 
zabitych i 14 rannych. Polegli zostali z honorami wojskowymi po- 
chowani na cmentarzu w Gręboszowie. Straty zatem, ze względu 
na walki odbywające się z przeważającemi siłami meprzyjaciei- 
skiemi, rozporządzającemi bateryami artyleryi i karabinami maszy- 
nowymi, istotnie nie wielkie. 
VIII. Na Warszawę. 
a) Batalion Il-gi Norwida. 
18 października 1914 roku odłączył się w Ćmielowie bata- 
lion Il-gi i poszedł ku Warszawie pod Norwidem. Inne bataliony 
udały się pod Dęblin. Przed batalionem II-gim postępowały naprzód 
wojska pruskie i austryackie wśród licznych walk. Na prawo i lewo 
widoczne były opuszczone okopy rosyjskie. 
Przez Ostrowiec, miasteczko przemysłowe, Iłżę, małe miasto 
posiadające ruiny pięknego zamku i przez puszczę iłżecką posuwał 
się batalion szybko szosą na północ i w południe 16 października 
wkroczył do Radomia. Ludność powitała Strzelców dosc zimno, 
tylko robotnicy przyjęli ich z wielką sympatyą. Serca uświado- 
mionego ludu roboczego, tłumione stuletnim sro- 
gim uciskiem, radowały się szczerze na widok polskich od- 
działów. Austryacy i Prusacy pozajmowali już wygodniejsze kwa- 
tery, dla batalionu II-go przypadły ohydne koszary artyleryi. 
Rosyanie, ustępując z miasta, rozsiewali najrozmaitsze fałszywe 
pogłoski o wzięciu Krakowa i t. p . Ludność przestrzegali przed 
nadciągającymi Strzelcami, opowiadając, że Strzelcy będą palie 
1 rab0 
feyZnawali jednak Strzelcom wybitne cechy żołnierskie: 
męstwo i nadzwyczajną ruchliwość: 
. 
tt 
„Muszą chyba z „czortem" trzymać lub z jakąś „nieczystą 
siłą. Widziano ich tu, widziano ich tam, a niema ich nigdzie! 
Wkońcu się znajdą, ale tam, gdzie najmniej ich potrzeba - opo- 
wiadali Rosyanie. 
, 
. 
. 
x7. ^ 
Ludność miejscowa podziwiała sprężystosc organizacyjną Niem- 
ców: byli dobrze we wszystko zaopatrzeni. 
101 
Przez Radom prowadzono większe grupy jeńców rosyjskich. 
Wśród nich sporo Polaków z Kaliskiego, Kieleckiego. Był jeden 
wśród nich stary Polak. 
— 
Kto wy jesteście ? — zapytał Strzelców. 
Objaśniono mu, że Strzelcy są powstańcami polskimi, że wal- 
czą o wolność Ojczyzny. Rozpłakał się, widząc, jak Moskwa zmu- 
sza Polaków w wojsku rosyjskiem walczyć przeciw sprawie polskiej. 
Z rozmowy z jeńcami-Polakami, okazało się, że nic albo nie 
wiele wiedzieli o polskim ruchu, o Strzelcach. 
W Radomiu bardzo przyjaźnie przyjęły Strzelców wojska nie- 
mieckie. 
Niedługo jednakże danem było wypoczywać polskiemu żoł- 
nierzowi; 17 października przedpołudniem nastąpił wymarsz z Ra- 
domia. Zabrano prowianty na dwa dni, tytoniu, a zwłaszcza soli, 
której nie miano już od dwóch tygodni i ruszono w kierunku ku 
Pilicy. Po drodze spotykano transportowanych w samochodach ran- 
nych z pod Warszawy. 
18 października przeszedł batalion Il-gi przez Białobrzegi nad 
Pilicą i wieczorem dotarł do Grójca, oddalonego zaledwie 40 km. 
od Warszawy, a zaledwie kilkanaście kilometrów od linii bojowej. 
Nazajutrz miał być na froncie, gdy nagle przychodzi instrukeya, 
by udać się na zachód i przyłączyć do kawaleryi austryackiej. 
Zboczono z szosy warszawskiej i przez Mszczonów na drugi 
dzień t. j . 19 października doszli Strzelcy do Skierniewic. 
Tam spostrzeżono odwrót armii pruskiej z pod Warszawy. 
Koleje i dworce niszczono, aby opóźnić ewentualny pościg Rosyan. 
Odpowiedzialne zadanie osłony odwrotu przypadło oddziałowi pol- 
skiemu. 
Batalion Norwida i kawalerya Beliny zdążyli do Łowicza wła- 
śnie dnia tego, kiedy przedarły się w tych stronach wojska ro- 
syjskie. 
Pierwszym zadaniem była obrona przeprawy na Bzurze. Tamy 
rzucone w rzekę miały wylewem wód w bagniste pobrzeża wzmo- 
cnić bezpieczeństwo terenu Królestwa od północy. 
Część oddziału polskiego poszła pod Bednary, by bronić tych 
robót saperskich, część chroniła samej przeprawy u mostów. Be- 
dnary i Bełchów, Łowicz, Małoszyce i Zduny przez trzy dni były 
świadkami wytrwałej walki. Batalion leżał w okopach rażony sil- 
nym ogniem artyleryi rosyjskiej. 
Po spełnieniu tego zadania trzeba się było przedostać wzdłuż 
bagien Bzury i frontu nieprzyjacielskiego między Sochaczewem a Kut- 
nem. Defilada wzdłuż silnego frontu rosyjskiego forsownym marszem 
nocnym szczęśliwie się powiodła. Tymczasem pomyślne utarczki 
kawaleryjskie, prowadzone przez Belinę i Orlicza, zabezpieczały od 
wschodu marsz na Łęczycę. 
100 
26 października doszedł batalion do Łęczycy. Wojska pruskie 
opuszczały miasto. Po kilkugodzinnym wypoczynku, w dniu 27 paź- 
dziernika stanęły oddziały polskie na przecięciu drog, na połnoe 
©d miasta, w Topoli Królewskiej. Pozycye okopano a patrolami 
obięto szmat ziemi aż po Prądzewo. 
... 
Pod wieczór przyszło do walki. Krok w krok za ustępującymi 
patrolami polskimi szły tyraliery rosyjskie. Nagle otwarto na po- 
zycye polskie silny ogień artyleryjski. To Nowikow w przedniej 
straży prowadził armaty. Pociski padały gęsto. Pod ich osłoną, 
w mroku nadchodzącej nocy, posuwały się naprzód szeregi rosyj- 
skie Odcinano oddziałom polskim odwrót od prawego skrzydła. 
Zwinięto natychmiast polski front. Obryzgane torfem szarpanym 
o-ranatami, wróciły oddziały polskie do Łęczycy. 
Deszcz lał. Na rynku ładowano resztki wojsk niemieckich. 
Od Topoli ryczały armaty. Jakaś szydercza złość przywarła do mu- 
rów starego miasta. 
. 
. 
. 
O karabiny oparte wypoczywały polskie szeregi. Po godzinie 
takiego spoczynku na ochotnika, w sile kilku plutonów, począł się 
marsz powrotny na Topolę. Szum deszczu zagłuszał kroki ostro- 
żnie posuwających się zastępów. Wieś została osaczona Stoczono 
utarczkę z czerkieskimi patrolami i pozycya była odzyskaną; wy- 
trwano na placu do rana. Nagłością ataku wszystko zrobiono. 
Legły oddziały polskie wśród deszczu na ziemi; chrapanie 
zdradzało miejsca, gdzie ich zmęczenie zmorzyło; tylko czujne 
grupy oficerów spełniały bez wytchnienia swoje powinności. Zimno 
i zmęczenie, bezsenność i głód głosy przygłuszyło; ostatkiem woli 
rozszerzano powieki, a głowy wystawiano na deszcz, by w przy- 
tomności utrzymać się sztucznie. 
Przez gęste mgły nad bagnami począł przeglądać swit, sygnały 
rosyjskich czat oddalały się. Zanim opadły mgły, nakazano zając 
pozycye pod miastem. Dzień ten pochmurny i wilgotny spędzono 
w okopach, podczas gdy Prusacy wycofywali resztę swomh sił 
z Łęczycy. 
. 
. 
Rosyanie otoczyli już miasto i ostrzeliwali go silnie z armat. 
Przemęczone polskie oddziały speglądały obojętnie na pocisk, które 
wyrywały tylko słupy torfu albo bezsilnie opadały w błoto. Ze 
spokojną uwagą śledzono zabiegi Czerkiesów próbujących odciąc 
Topolę, z której już wycofano polskie posterunki. Armaty biły z nu- 
żącą jednostajnością. Tymczasem na wschodnim krańcu miasta ucie- 
rano się z patrolami kozackimi, które podchodziły aż pod rogatki 
m;e; glrig 
Gdy zupełny zmrok zapadł, zawezwani telegrafem iskrowym, 
kolejno wycofali się Strzelcy niepostrzeżenie z okopów Przez wy- 
łomy, wyrabane zawczasu w cmentarnych murach, pluton za plu- 
tonem przemykał się w najgłębszej ciszy ku drzewom folwarcznego 
103 
ogrodu. Wtedy okazało się, że Łęczyca była odcięta również od 
południa; nim jednak klamry zawrzeć zdołano, zmyliwszy czujność 
przeciwnika udanym atakiem, wązkim szlakiem wyszły oddziały 
za miasto i marszem pospiesznym udano się za armią pruską. 
Ciemna noc była dobrym towarzyszem. 
W nocy po gwałtownem bombardowaniu zajęli Rosyanie opu- 
szczoną dawno Łęczycę i spostrzegłszy pomyłkę wysłali natych- 
miast kawaleryę w pościg za Niemcami. 
Noc spędził polski oddział w Chodowie. Chociaż położenie 
było dość trudne, przecież zapadli wszyscy w sen głęboki; był to 
ciężko zapracowany spoczynek. Ze świtem okopano się u wylotu 
wsi, lecz wkrótce nadszedł rozkaz do odwrotu. 
Oddziały uszły tylko trzy kilometry. Równolegle z nimi, po 
obu stronach szły czerkieskie patrole; za Strzelcami postępowały 
znaczniejsze już siły. 
Na kilka minut drogi przed oddziałem polskim, pod Gostko- 
wem, niemal w jego oczach wysadziła tylna straż pruska w po- 
wietrze most na rzece Nerze. Zanim Strzelcy doszli do młyna, już 
byli zewsząd osaczeni. Nieprzyjaciel tak był już pewny, że wziął 
ich w ostateczną pułapkę, że pojedynczy żołnierze rosyjscy ze spo- 
kojem samopas tu i tam się wałęsali. 
Norwid, zamiast forsować przeprawę na zagrożoną już drogę, 
zmienił natychmiast kierunek marszu. Ruszył zaraz, nie tracąc 
czasu, ku drodze leśnej wiodącej na Poddębicę. 
Pierwsze przygnębienie minęło. Powinność dotrwania bez- 
względnego w służbie dla Sprawy, która wogóle polskiego żołnie- 
rza w szeregi powołała, opanowała wszystkich zupełnie. 
Niezwłocznie rozwinięto straż tylną, a pod jej osłoną batalion 
rozciągnął się w ubezpieczony skrzydłowo równoległobok tyra- 
lierski. 
Prawidłowo, w równych szeregach poczęto odwrót. Już z trzech 
stron grzechotały karabiny maszynowe, wspierane szybkim ogniem 
broni ręcznej. Zaraz po godzinie czwartej zagrały armaty. Na skrzy- 
dłach poszczególne linie kolejno ogniem odpierały atak. Kiedy jedne 
szeregi przypadały do ziemi, by ogniem na siebie ściągnąć ogień 
nieprzyjacielski, inni szybko przesuwali się naprzód i otwierali 
ogień, by osłonić sobą pozostałych w tyle. 
Jakieś niepojęte szczęście szło z polskim oddziałem. Kule 
poszarpały stado gołębi, które się rozsiadły na polu, karabiny ma- 
szynowe zwalały na ziemię, jak snopy, konie z tabunu folwarcznego, 
gradem pryskała kora drzew przydrożnych, obok których marsz się 
odbywał, a w szeregach spustoszeń nie było. 
Żołnierz polski szedł w zupełnem opanowaniu, utrzymując 
szyki w niezamąconym ładzie. Gorączkowy ogień wzmagano w miarę 
zbliżania się polskich oddziałów do lasu. Po wejściu w las pod 
104 
Gostkowem rozpoczął się bój. Nie zatrzymywano maszerującej ko- 
lumny, mogli byli bowiem Rosyanie ubiedz Strzelców i wysadzić 
mosty, przez co odcięliby im odwrót. Wysłano więc tylko dwa 
plutony na prawo, jeden na lewo i jeden na tyły kolumny; reszta 
służyła jako osłona taboru. 
Kompania za kompanią zaczajała się na skraju lasu i szukała 
najwłaściwszego kierunku marszu, aby wyzyskać każdą naturalną 
osłonę, poczem w bojowym szyku wyłaniała się na otwartą już 
przestrzeń. 
Dragoni natarczywie najeżdżają ustępujące polskie szeregi, 
kule karabinowe padają gęsto. Dwa rosyjskie karabiny maszynowe 
pracują zawzięcie, nie czynią jednakże prawie żadnego uszczerbku 
w polskim oddziale. Strzelcy odpowiadają na ogień rzadziej lecz 
celnie. Tu i ówdzie spadają z koni dragoni. 
Na skrzydłach straże boczne, wyzyskując osłonę lasu, ogniem 
skupiały na sobie uwagę osaczających. Tak kolejno wszyscy wy- 
sunęli się z poza zagięcia terenu. Tu rzeka Ner stopniowo pod- 
biega aż ku samej niemal drodze. Z trzech stron powitano od- 
działy polskie zdwojonym ogniem. Kule przeważnie górowały nad 
oddziałami. 
Szeregi polskie ze zdwojoną czujnością postępowały naprzód, 
zachowując spokojnie należne odstępy; więc chociaż były momenty 
i mocno krytyczne, formacyi nigdzie nie zbito w gromady, uni- 
cestwiając w ten sposób zabiegi osaczenia. 
W ten sposób ustępowano 3 kim. pod ogniem. Straty mimo 
silnego rosyjskiego ognia wprost znikome. Kilku rannych, z których 
jeden zmarł nazajutrz. 
Za Poddębicą dwa mosty za oddziałami polskimi wyleciały 
w powietrze; oddziały znowu weszły w las. Huk armat stawał się 
stopniowo coraz bardziej bezsilnym. 
Krętemi drogami, kilkakrotnie zmieniając kierunek marszu, 
stanęli strzelcy późną nocą dnia 31 października w Warcie i obsa- 
dzili mosty na rzece. Sześć razy przechodzono rzekę Wartę na 
pozycye w Glinnem, gdzie znowu artylerya rosyjska gorliwie lecz 
niezbyt szkodliwie pracowała. Poczem wysadziwszy mosty w po- 
wietrze stanął batalion strzelecki na wzgórzach Nakwasina. 
Z powodu chorób batalion II gi stopniał do dwóch kompanii. 
Cofnął się następnie do Kalisza, a stąd kolejami pruskiemi do 
Galicyi. 
b) Batalion VI-ty Wyrwy. 
Batalion VI-ty wymaszerował wczesnym rankiem z Radomia 
na Fałęcice na spotkanie z Niemcami. 
Miał przy sobie tren, liczący około 10 wozów. 
105 
Po drodze spotykano wszędzie wojska niemieckie. Stacya 
aeroplanowa, szpital tymczasowy, tabory. Niemcy wszędzie witali 
ich przyjaznymi okrzykami. 
Przez Białobrzegi przeszli Strzelcy na lewy brzeg Pilicy do 
Fałęcic. W Fałęcicach we wsi zastano już porobione okopy i arty- 
leryę. 
Batalion strzelecki przenocował w Pro mnie odiegłej o 4 kilo- 
metry na północny-wschód od Fałęcic. 
W Fałęcicach oczekiwano Rosyan. Później jednakże wojsko 
niemieckie przeszło przez Pilicę na prawy brzeg, grupując się w po- 
bliżu Białobrzegów i przygotowując się do uniemożliwienia Rosya- 
nom przeprawy. 
Ludności kazano opuścić Białobrzegi, które później spalono 
w celach taktycznych. Bezdomna ludność rozbiegła się po lasach 
okolicznych, udała się do Jedlińska, do Radomia. 
Batalion polski również zajął pozycyę nad prawym brzegiem 
Pilicy pod Budami Michałowskiemi. 
We środę wieczór rozpoczęły się już ataki Rosyan. 
Rozwinął się powoli uparty krwawy bój, w którym batalion 
IV-ty, pod wodzą swego ulubionego komendanta kap. Wyrwy, unie- 
możliwił wielkiej sile wroga, wspieranego artyleryą, przejście przez 
Pilicę. 
Po pogorszeniu się sytuacyi strategicznej dla wojsk niemiecko- 
austryackich, musiał batalion IV-ty cofnąć się nadzwyczaj forso- 
wnymi marszami ku południowemu zachodowi i w dniu 11 listo- 
pada łącznie z VI-tym batalionem zajął pozycyę pod Krzywopło- 
tami — o milę na zachód od Wolbronia. 
c) Ulani Beliny. 
Z nastaniem październikowej ofenzywy austryackiej oderwano 
szwadron Beliny od I-go pułku Legionów polskich i wysłano jako od- 
dział wywiadowczy ku Sandomierzowi. Przeprawiono się zatem 
przez Wisłę i wkroczywszy ponownie na terytoryum Królestwa, 
rozpoczęto marsz w oznaczonym kierunku. W samym początku tej 
104 
wyprawy na jednym z postojów doszła oddział przesyłka siodeł 
i kożuszków austryackich. 
Ucieszono się otrzymaniem siodeł i kożuszków, ale jedno- 
cześnie z siodłami był niemały kłopot; były one rozebrane na 
części, a nikt z obecnych, nie służąc w wojsku austryackiem, nie 
umiał ich złożyć. Czasu na długie zastanawianie się nie było, gdyż 
o pierwszej w południe dostano siodła, a na 7-mą był rozkaz wy- 
marszu. Z kłopotu wybawili Beliniaków huzarzy austryaccy, którzy 
znalazłszy się przypadkowo na tym s?.mym postoju, dopomogli, 
objaśniając konstrukcyę siodeł austryackich. 
Wśród tego przeszedł oddział Beliny przez Busk, Koło, Sta- 
szów i dotarł do Koprzywnicy, gdzie okopali się byli w znacznej 
sile kozacy. Trzeba ich było wyrzucać z pozycyi jak piechotę. 
Zsiędziono przeto z koni i rozsypano się w linię tyrałierską. 
Było to w południe. Pogoda słotna, dziwnie przygnębiająco 
działała na ułanów. Szli do walki apatycznie, z przykrem uczuciem 
nieuniknionej śmierci. Uczucie to wzmogło się jeszcze przez to, że 
kozacy słrzelali wyjątkowo celnie. Kule przelatywały obok ułanów 
o włos niemal, lecz szczęśliwie mijały ich, nie wyrządzając pra- 
wie żadnych szkód. W rezultacie kozacy z Koprzywnicy zostali 
wyparci, ale i ułani polscy, spodziewając się nocnego z przeważa- 
jącemi siłami ataku, cofnęli się na noc z zajętej wioski. Jakoż 
nieprzyjaciel wrócił w nocy w liczbie zwiększonej i rankiem po- 
nownie trzeba go było wyrzucać. Dokonawszy tego, poszli ułani 
za nimi w pościgu ku Sandomierzowi. 
Tain już okopywała się silnie piechota rosyjska. Pod wieczór 
dotarłszy w pobliże jej pozycyi i zbadawszy sytuacyę, zawrócili 
ułani do Koprzywnicy. Rankiem zaczęto charakterystyczny wojenny 
kontredans ponownie. Oddział ułanów wyprzedzał na czele awan- 
gardy oficer Rylski. Gdy wjechano do jednej z przydrożnych wio- 
sek, zaczęły świstać nad głowami oddziału szrapnele. Była to ar- 
tylerya austryacka, która strzelała ponad wioską w kierunku po- 
zycyj rosyjskich. 
Rylski, który przed chwilą zabrał się był do śniadania na 
plebanii, wrócił z raportem, oddział zaś ułanów, nie mając żadnych 
rozkazów co do dalszej akcyi, zatrzymał się w Jankowicach Bło- 
tnych na postój tymczasowy. 
Stąd w jakiś czas wysłano ułanów w kierunku Kielc, a stam- 
tąd już według rozkazu Hindenburga miał oddział ruszyć do Spały. 
Po drodze jednak do Piotrkowa przychodzi sztafeta ze zleceniem 
marszu przez Łódź do Łowicza. W Łodzi jednak ułanów wstrzy- 
mano i jeden pluton został tam dla formowania nowych kadrów 
ułańskich. Reszta plutonów przyłączona została do czternastej bry- 
gady kawaleryi niemieckiej i wysłana w kierunku Łowicza. 
107 
IX. Dęblin. 
a) Marsz na Dęblin i bój pod Dęblinem. 
Po obronie przejść nad Wisłą Brygada Piłsudskiego znalazła 
się na tyłach armii austryackiej, idącej powtórnie z ofenzywą ku 
Dęblinowi i Warszawie. Przeszedłszy Wisłę, w forsownych marszach, 
z których niejeden trwał po trzydzieści kilka godzin, wśród nie- 
skończenie długich taborów, drogami pełnemi błota i wybojów, 
niekiedy na przełaj przez pola, przedzierały się szeregi polskie ku 
frontowi armii. 
Jesienna chłodna pora dała się ogromnie we znaki żołnierzowi, 
zmuszonemu po całodniowym trudzie nocować na biwakach w od- 
krytych miejscach, często na przemokłej ziemi. Mimo tego żołnie- 
rze polscy znosili trudy wytrwale i maroderów było niewielu. Ma- 
szerujące prędko naprzód polskie oddziały wywoływały swoją po- 
stawą i wytrzymałością szczery podziw w szeregach armii austryackiej. 
Drogą na Piotrowice, Morawiany, Beysce, Koniecmosty, Wi- 
ślicę, Jakubowice zbliżano się do celu: ku Dęblinowi. W Jakubo- 
wicach wypoczęto pięć dni, poczem znowu ruszono naprzód. 
Przed zagłębieniem się w lasy ożarowskie otrzymano wiado- 
mość, że Austryacy rozbili wielkie masy kawaleryi rosyjskiej. Za- 
rządzono przeto przez lasy pochód ubezpieczony. Deszcz przestał 
padać, tylko błoto jesienne ogromnie utrudniało marsze. Podczas 
przechodzenia przez lasy ożarowskie kilkakrotnie przecinano szosę, 
ale nie spotkano nigdzie nieprzyjaciela. Tylko od czasu do czasu 
odzywały się pojedyńcze strzały, ale pchnięte natychmiast patrole 
nie mogły stwierdzić ich pochodzenia. 
Przed Ożarowem widziano dużo „jaszczyków" armatnich, zo- 
stawionych w popłochu przez Rosyan. 
Mniej więcej na wysokości Iłży maszerujące od zachodu ko- 
lumny austryackie przecięły linię marszu Brygady Piłsudskiego, 
wskutek czego oddziały polskie znalazły się znowu na tyłach. Wów- 
czas marszem na przełaj przez pola dostano się ponownie na czoło 
armii. 
W Gęboszowie dano zmęczonym oddziałom polskim trzech- 
dniowy odpoczynek ze względu na możliwe wejście w linię bo- 
jową. 
Od Gęboszowa wyruszono w kierunku Makowa. Przekro- 
czywszy szosę z Radomia clo Zwolenia, skierowano się już na wschód, 
ku Dęblinowi. 
104 
Bataliony V-ty i VI-ty doszły do Czarnolasu. Uzupełniwszy 
amunicyę i doprowadziwszy do porządku broń, zabrano podwójne 
porcye jedzenia i o 11-tej w nocy wyruszono pod komendą kap. 
Karasiewicza marszem ubezpieczonym na zachód przez Policzną 
ku Suskowoli. Na czele Vl-go batalionu postępowała trzecia kompa- 
nia, której jeden pluton pełnił rolę straży przedniej pod komendą podp. 
Sasa, postępując ostrożnie z nasadzonym na broń bagnetem. Noc 
była ciemna i bardzo ułatwiała niespodziewany napad. W Policznej 
wzięto dwóch przewodników-chłopów, którzy jednak w niedługim 
czasie zniknęli bezpowrotnie w cieniach nocy. 
Od Policznej, w terenie więcej niebezpiecznym, prowadził straż 
przednią komendant trzeciej kompanii por. Mioduszewski. W oba- 
wie spotkania przeważających sił nieprzyjacielskich około Patkowa, 
zeszły oddziały polskie za Policzną z gościńca na lewą stronę 
i drogami leśnemi z trudem dostały się do Suskowoli, którą omi- 
nąwszy od południa, między Rudą a Suskowolą skierowano się 
wprost ku północy, ku Trupieniowi. 
Oddziały polskie miały za zadanie zaatakować zajęty przez 
Rosyan Trupień i utrzymać się na stanowiskach aż do nadejścia 
wojsk austryackich, poczem dopiero miały wycofać się z boju i do- 
łączyć do reszty batalionów Piłsudskiego. 
Zbliżywszy się do Trupienia, bataliony polskie rozwinęły się 
w linię bojową. Położenie ich było następujące: 
Lewe skrzydło oddziałów polskich wysunięte było prostopa- 
dle ku północy, ku Zagożdżonowi, prawe opierało się na południu 
o Suskowolę. Za batalionami polskimi, w odległości mniej więcej 
trzechkilometrowej, leżały wioski Ruda i Pionki, a przed ich fron- 
tem, w odległości dwukilometrowej, poza rzeczką i niewielkiem 
zadrzewieniem widniał Trupień. 
Lewoskrzydłowy odcinek zajął V-ty batalion Karasiewicza, 
prawoskrzydłowy — batalion Herwina. Na skrajne prawe skrzydło 
batalionu Herwina, aż poza Suskowolę, detaszowana była pierwsza 
kompania V go batalionu pod komendą por. Sława. 
Wielkiem półkolem posuwały się ku Trupieniowi polskie od- 
działy. 
Część batalionu Karasiewicza znajdowała się w rezerwie. 
Wysłana przez Herwina ku Trupieniowi trzecia kompania pod 
komendą por. Mioduszewskiego stwierdziła za pomocą patroli ruch 
sił nieprzyjacielskich we wsi. Kompania postępowała plutonami na 
równej wysokości. Zbliżywszy się na niewielką odległość do wsi, 
kompania obserwowała sztab rosyjski, który ukazawszy się na 
krótki moment, zniknął za wzgórzem. Nie zdążono nawet dać ognia. 
Na całym froncie polskim od 6-tej do 8-mej rano panowała 
względna cisza. Tylko tu i ówdzie padały strzały patroli. 
109 
Lewe skrzydło posuwało się tyralierką ku nadbrzeżnym ło- 
zom. Wywiązała się strzelanina, gdyż za rzeką na wzgórzu zjawiła 
się tyralierka rosyjska. Tak samo i od Trupienia rozpoczął się silny 
karabinowy ogień rosyjski. Linie polskie, nie mając dokładnych 
celów, niemal zupełnie na ogień nie odpowiadały, lecz okopując 
się nieco, spokojnie sunęły naprzód. 
W tym czasie ukazała się austryacka tyralierka od Suskowoli 
i w skokach posuwała się na polskie bataliony. Ściągnęła na siebie 
część nieprzyjacielskiego ognia. 
Wreszcie austryackie linie tyralierskie zrównały się i przeszły 
naprzód poprzez linie polskie; przypadając co chwila do ziemi, 
posuwały się nadal ku Trupieniowi. 
Zadanie polskich oddziałów zostało spełnione, wydano zatem 
V-mu i VI-mu batalionowi rozkaz wycofania się z boju. Powoli 
pluton za plutonem, kompania za kompanią, wycofały się polskie 
oddziały ze sfery nieprzyjacielskiego ognia i udały się do wsi La- 
ski, gdzie Piłsudski z pozostałymi batalionami wstępował do upar- 
tego kilkodniowego boju. 
Do kompanii trzeciej VI-go batalionu nie doszedł rozkaz wy- 
cofania się z linii bojowej. Otrzymał go tylko pluton Il-gi i sądząc, 
że pozostałe plutony rozkaz podobny otrzymają, wycofał się sam 
i poszedł za VI-tym batalionem. Por. Mioduszewski pozostał z trze- 
cim, pierwszym i czwartym plutonem i z chwilą, gdy austryacka 
tyralierka weszła na linię jego plutonów, wezwany przez oficera 
austryackiego, poszedł naprzód z tyralierką austryacką. 
Po pewnej chwili od łączników dowiedział się o rozkazie 
i odejściu drugiego plutonu łącznie z V-tym i VI-tym batalionem. 
Po posunięciu się ku rzece, zebrał por. Mioduszewski trzy plutony 
i około godziny 12-tej wrócił do Suskowoli. Tam otrzymał wiado- 
mość o kierunku marszu batalionów polskich na Laski. 
Poprzez lasy i zarośla udał się w kierunku Lasek, gdzie do- 
tarł dopiero nad wieczorem i o 6-tej po południu odszukał ze 
swym oddziałem batalion Herwina. Opodal stały treny. Strudzeni 
żołnierze wypoczywali, jedli kolacyę i palili ogniska. 
Zanocowano w lesie. 
Od wtorku 20 października zaczęto miarkować, że zanosi się 
na zmianę sytuacyi pod Warszawą. Ogromny tabor pruski ciągnął 
na południe szosą od Dęblina. Tabor szedł w tak nadzwyczajnym 
104 
porządku, że trudno było przypuszczać, aby to miał być odwrót. 
Niebawem i batalion Ill-ci otrzymał rozkaz wycofania się. Naka- 
zano ten marsz odwrotny we środę dnia 21 października rano. 
Pod wieczór przyszedł batalion do wsi Podgóra. Tu zatrzymano 
się noclegiem, ustawiono placówki od północy i wschodu, a do- 
wódca batalionu Śmigły dla zbadania sytuacyi wyruszył z pierwszą 
kompanią na wywiady. 
Rekonesans przeprowadzono w odcinku między Wolą Pilicką, 
Garbatką, Brzustowem, Anielinem i Podgórą. 
Komendant Śmigły wysłał w różne strony patrole; jeden z nich 
pod wodzą Kruka wykrył ruch silnego oddziału rosyjskiego, idą- 
cego od Garbatki w kierunku Zwolenia. Rosyanie silnym ogniem 
powitali polski oddział, który ostrzeliwując się celnie, bez strat 
wycofał się do Patkowa. 
Równocześnie inny patrol pod komendą Zagończyka natknął 
się pod Brzustowem na silne oddziały rosyjskie, a w utarczce, 
która się wywiązała, padło dwóch ludzi. 
Patrole wykonały zadanie z precyzyą, zebrały wiadomości, 
oraz wzięły do niewoli trębacza z 107 pułku piechoty rosyjskiej. 
Rano koło godziny czwartej alarm; kompania I-sza wróciła 
z wywiadów. Zaginęło z niej 4 szeregowców, kilku ludzi poległo, 
a między nimi oficer Wid. 
Pierwsza kompania zostaje w spoczynku w Podgórze, pozo- 
stałe trzy ruszają na północ. Przez wsie Czarna i Płachty dotarto 
koło południa we czwartek 22 października do Suskowoli. Tu za- 
trzymano się dla chwilowego odpoczynku i spożycia obiadu. Pa- 
dają pierwsze strzały. Placówki przyprowadzają dwóch jeńców, 
ujętych w pobliskim lesie. 
I-szy i m-ci batalion zajęły pozycye na północ od Suskowoli 
i rozpoczęły ogień. Tymczasem nadciągnęły oddziały Legionu, 
a wraz z nimi austryacka dywizya obrony krajowej. Rozwinął się 
gwałtowny bój, z taktycznego względu o tyle ciekawy, że toczył 
się na terenie lesistym. Po spełnieniu trudnego zadania, związanego 
ze sposobem pociągnięcia linii bojowej, bataliony polskie, skoncen- 
trowawszy się poza ogniem czołowym batalionu armii austryackiej, 
wyruszyły na pierwszą linię w odcinek między dwiema dywizyami. 
W pierwszy ogień szedł na prawem skrzydle trzeci batalion 
pod komendą majora Śmigłego. Otrzymał on rozkaz pójścia na linię 
ataku z tem, że ma południowym skrajem lasu przejść wzdłuż wsi 
Anielin, ominąć bagna tam znajdujące się i zaatakować lewe skrzy- 
dło nieprzyjacielskie. Od Aniełina wspierać miała Legionistów ar- 
tylerya austryacka. 
Kom. Śmigły wydaje dyspozycye i wskazówki, jak postępo- 
wać, by w lesie nie stracić łączności ze sobą i ruszono naprzód. 
111 
Armaty austryackie już grają, pogoda piękna, animusz wśród żoł- 
nierzy polskich nadzwyczajny. 
Dokonawszy sprawnie uciążliwego marszu przez błotnistą oko- 
licę, batalion wszedł w las. Tu straciła kontakt z Il-gą i Ill-cią 
kompanią IY-ta; ponieważ kompania I-sza została na wypoczynku 
w Podgórze, więc tylko w sile dwóch kompanij uderzono na nie- 
przyjaciela, znajdującego się w lesie. 
Rosyanie rozporządzali w tem miejscu znaczną przewagą 
liczebną, zagrażali prawemu skrzydłu, fi nawet tyłom. Las cały 
rozbrzmiewał echem wystrzałów, które w szybkiem tempie szły na 
coraz mniejszą odległość. W pewnym momencie kompania Il-ga 
znajdowała się w piekielnym ogniu. Już miało się wrażenie, że 
linia jej łamie się pod naporem przeważających sił wroga, gdy na- 
gle ze świetną brawurą rzuciła się do szturmu na bagnety; Rosya- 
nie w popłochu cofnęli się, pozostawiając na polu kilkudziesięciu 
zabitych i rannych. Wśród krótkiej tej walki raniony został po- 
rucznik Zosik; komendę kompanii objął pb nim podpor. Tatar-Trze- 
śniowski. 
Na tę scenę nadchodzi I-szy pluton trzeciej kompanii pod 
komendą podp. Beaulieaux i wspólnie z kompanią Zosika kończy 
dzieło rozprószenia oddziału rosyjskiego. 
Rosyanie wypadli z lasu na piaszczystą płaszczyznę do przy- 
gotowanych już okopów. Batalion Ill-ci rozwija się na skraju lasu 
w linię tyralierską. Rosyanie zasypują go ze swych szańców gra- 
dem kul karabinowych. Równocześnie jakiś oddział rosyjski, który 
zdołał się przyczaić w lesie, zaczyna Legionistów ostrzeliwać od 
skrzydła, na którem stał pluton porucznika Beaulieaux, Legioniści 
dzielnie wytrzymują ten krzyżowy ogień, który przyprawił ich 
0 straty dwudziestu kilku ludzi w rannych i zabitych. Między 
innymi zginął podp. Wolski, a ranni zostali podporucznicy Gintowt 
1 Beaulieaux. 
W sytuacyi ciężkiej nadchodzi podp. Rawicz z pomocą i od- 
piera krzyżowy atak Rosyan. 
Suną Legioniści tyralierką po piaszczystej równinie ku oko- 
pom rosyjskim. Atak trudny i niebezpieczny, gdyż jakkolwiek 
w mrowiskach i nierównościach gruntu mają doskonałe zakrycie, 
to jednak Rosyanie oddaleniem lasu od swoich okopów mają bar- 
dzo dobrze określone przypuszczalne pozycye Legionistów i zasy- 
pują ich gęstym nadzwyczajnie gradem kul. 
Polskie oddziały wśród tego piekielnego ognia trzymają się 
dzielnie i posuwają się wciąż naprzód. Otuchy dodaje im szrapne- 
lowa akcya artyleryi austryackiej. Straszny, lecz niezwykle przy- 
kuwający widok. Z za lasu grzmią austryackie armaty, pociski 
z groźnem wyciem przelatują ponad głowami Legionistów i pękają 
104 112 
z hukiem akuratnie na pozycyach rosyjskich, ze zdumiewającą 
celnością szerząc śmierć w szeregach nieprzyjacielskich. 
Wśród tej sprzyjającej kanonady, a grzechotu strzałów kara- 
binów i złowrogiego terkotu karabinów maszynowych, pracujących 
zawzięcie przeciw polskim oddziałom, posuwają się Legioniści zwolna 
po uciążliwym terenie; mimo całego animuszu bojowego odczuwają 
coraz bardziej znużenie, a nawet wyczerpanie. 
Strzały Legionistów są coraz celniejsze, ale i nieprzyjaciel 
trafia coraz częściej. Tu ktoś jęknie boleśnie, tu inny zakrzyknie 
krótko i drgnąwszy całem ciałem legnie w martwym już spokoju 
na piaszczystem pobojowisku. 
Tymczasem wśród nierównej a uciążliwej walki Legioniści 
poczęli prawie ustawać. Wtem w dali rozlegają się okrzyki i z lasu 
wypada czwarta kompania III-go batalionu, która na początku stra- 
ciła kontakt w lesie z resztą batalionu i kompania 13 pułku kra- 
kowskiego piechoty. Ożywieni nowym animuszem zrywają się Le- 
gioniści z tyralierki i pędzą do ataku na bagnety. 
Polacy byli na trzysta kroków od okopów nieprzyjaciela, 
gdy żołnierze rosyjscy oddawszy jeszcze kilka nerwowych strzałów, 
zaniechali oporu. Kilkudziesięciu wyskoczywszy z okopów, zaczęło 
uciekać, reszta 170 żołnierzy poddała się, krzycząc głośno: „Polak 
jestem", chociaż wśród nich nie było ani jednego Polaka. 
Ciemność zapadła i rozkazem majora Śmigłego batalion wy- 
cofał się z dalszej walki. 
W piątek dnia 23 października zebrał się batalion Ill-ci o go- 
dzinie 2-giej w Suskowoli i ruszył ku wsi Laski, ale dnia tego 
udziału w walkach nie brał. 
Dnia 23 października pułk Piłsudskiego skoncentrował się za 
linią ognia. Pozycya bojowa przedstawiała się w ten sposób, że 
bataliony polskie znajdowały się w centrum armii. Na prawem 
skrzydle walczyły wojska austryackie, na lewem pruskie. 
Już wieczór zapadał, gdy pułk ruszył do ataku ku dominu- 
jącym pozycyom rosyjskim na wzgórzu, ostrzeliwanym przez dy- 
wizyę austryacką. Forsowny ogień artyleryi rosyjskiej zasypywał 
szrapnelami nowe pozycye polskie. Przestrzeń, po której miały się 
posuwać naprzód oddziały polskie, była zasypywana przez baterye 
rosyjskie deszczem szrapneli i granatów. Na warczący huk armat 
rosyjskich gorączkowo, bezładnie, lecz bezustannie strzelających, 
odpowiadały spokojnie armaty austryackie, głosem krótkim, lecz 
mocnym, strzałem rzadszym, lecz zawsze celowym, trafnym. 
Wśród gwałtownego huku zagrały trąbki do ataku. Z niesły- 
chaną brawurą, z niepowstrzymanym impetem, wśród okrzyków 
„hurra" poszedł pierwszy batalion, wspierany rezerwą V-go i VI-go 
batalionu, naprzód. Rozpęd ich porwał za sobą żołnierzy austrya- 
ckich i po krótkiej walce wzgórze dostało się w polskie ręce. 
Zwycięstwo nie obeszło się bez ofiar — wśród czterdziestu kilku 
rannych znaleźli się batalionowy Żymirski, zastępca Grudziński 
i adjutant Różycki. 
Niebawem nastała noc, a obie strony, korzystając z ciemno- 
ści, silnie się okopały. 
Batalion V-ty Karasiewicza, przyszedłszy z pod Trapienia do 
Lasek wieczorem 22 października, rozkwaterował się. Dzień 23 
pozostał w Laskach i dopiero nad wieczorem wysunięto się ze wsi, 
by zająć pozycyę rezerwową za wojskami austryackiemi. Zajęto ją 
23 października wieczorem. Po lewej miano batalion VI-ty, służący 
w całości jako rezerwa atakującego właśnie Rosyan I-go batalionu. 
Nazajutrz, t. j . 24 października wysłano na pozycyę 111-ci 
batalion pod wodzą Śmigłego. Batalion miał służyć jako przedłu- 
żenie lewego skrzydła polskiej pozycyi i zająć stanowisko obok 
I-go batalionu, sięgając swem krańcowem lewem skrzydłem do linii 
kolejowej. 
Zadanie było nadzwyczaj trudne, gdyż każdy ruch na polu 
walki stawał się celem dla czujnej i wstrzelanej już na danym te- 
renie artyleryi rosyjskiej. To też komendant batalionu Śmigły, tro- 
skliwy zawsze wielce o kroplę krwi swego żołnierza, rozwinął cały 
swój talent, oddał się całą duszą wykonaniu zadania, by tylko 
z najmniejszemi stratami dostać się na pozycyę. Trzeba było po- 
dziwiać, z jaką umiejętnością dowódca prowadził swój oddział. 
Batalion kierowany umiejętną ręką umiłowanego wodza, rozdro- 
bniony na maleńkie oddziałki w przepisanych odstępach, przesu- 
wał się jakby na ćwiczeniach przez deszcz ognia rosyjskiego i pra- 
wie nietknięty doszedł do wyznaczonych sobie stanowisk. 
Sztab austryackiej dywizyi z podziwem obserwował ten ma- 
newr taktyczny polskiego oficera. Nazajutrz zakomunikowano ba- 
talionowi najwyższe uznanie Naczelnego Wodza. 
Tegoż dnia, 24 października, około 11-tej przed południem 
batalion V-ty, jeszcze jako rezerwa austryackich oddziałów, przesu- 
nął się naprzód na linię bojową, gdzie pozostał w pierwszej re- 
zerwie bojowej przez cały 25-ty. Przy przesuwaniu się został ranny 
kap. Karasiewicz. Komendę nad batalionem objął por. Sław. 
Batalion VI-ty był stale jako rezerwa, częściowo V-go (skraj- 
nie prawoskrzydłowa komp. druga), a częściowo I-go batalionu 
8 
114 
(część prawoskrzydłowej drugiej komp., jako rezerwa środkowa — 
komp. pierwsza, rezerwa lewoskrzydłowa, sięgająca batalionu Śmi- 
głego — komp. III -cia). 
Położenie rezerwy było połączone niemal z równem niebez- 
pieczeństwem, jak pierwszych linij bojowych. Ostrzeliwane one 
były niemal z taką siłą, jak linie czołowe. Granaty rosyjskie co 
pewien czas niszczyły okopy rezerw; teren piaszczysty utrudniał 
wielce ponowne okopywanie się. 
W chwili, gdy batalion uzupełniający był w rezerwie za wsią 
Laski, położenie rezerwy było niebezpieczniejsze w wyższym sto- 
pniu, niż linii tyralierskiej. Na wieś Laski Rosyanie skierowali 
gwałtowny ogień artyleryjski, w którym wzięły udział wielkokali- 
browe moździerze, który polski młody żołnierz z batalionu uzu- 
pełniającego wytrzymać musiał. Przebywał zatem na wstępie młody 
żołnierz batalionu uzupełniającego ciężką próbę ogniową. 
Sąsiadujące z rezerwami polskiemi oddziały, nie wytrzymując 
bombardowania, już ustąpiły z placu. Raz po raz biły na wieś 
i teren poza wsią wielkie rosyjskie pociski. Po uderzeniu każdego 
powstawał ogromny dół lub chaty stawały jak zapałki w pło- 
mieniach. 
Batalion uzupełniający w szyku rozwiniętym leżał przyci- 
śnięty do ziemi. Wzdłuż linii leżących żołnierzy przechadzał się 
spokojnie ich komendant Milko, czuwając nad nimi. 
Po zajęciu okopów rozpoczęła się dla polskiego żołnierza kil- 
kudniowa walka pozycyjna. Często ogień rosyjski był ogromnie 
silny. Baterye rosyjskie i austryackie starały się zwalczyć wzaje- 
mnie. Natężenie tej złowrogiej a śmiertelnej kłótni rosło czasem 
do takiej potęgi, że łoskot dział przewalał się nieprzerwaną gamą 
strzałów i wybuchów, gamą głuszącą zupełnie turkotanie karabinów 
maszynowych i salwowy ogień zwykłych karabinów. 
Pękające co chwila nad głowami szrapnele i wybuchające 
z siłą, ryjące potężne doły rosyjskie granaty, nie potrafiły odebrać 
młodemu żołnierzowi polskiemu spokoju i humoru. Czuł się on 
jakby w swoim żywiole. Czytał spokojnie gazety, kręcił papierosy. 
Tu i ówdzie zanucił ktoś z żołnierska, a nie brak było i takich, 
którzy mimo muzyki dział nudzili się ostentacyjnie. 
Więcej wrażliwsi na ogień — bo i takich spotkać było mo- 
żna — popadali w pasyę na widok rozbawionych pod ogniem żołnie- 
rzy, grających spokojnie w karty, bagatelizujących sobie niebez- 
pieczeństwo. 
Z nastaniem nocy żołnierze zapadali w krótki, niespokojny 
sen. Wśród ciemności rozpoczyna się trudna intenzywna praca 
sztabu. Na linii okopów oddziały trenu, okryte nocą, przewożą 
amunicyę, żywność, listy i gazety. Jest to zadanie trudne i pełne 
100 
niebezpieczeństw, gdyż artylerya rosyjska tłucze się nawet po nocy 
i od czasu do czasu zabiera kilku żołnierzy. 
W nocy 25 października przesunął się batalion V-ty na czoło 
pozycyj do okopów austryackich, leżących na wzgórzu. Austryacy 
przesunęli się na prawo, a ich miejsce zajęła trzecia kompania 
Wira-Konasa. Pierwszy pluton prawoskrzydłowy prowadził podpor. 
Kazimierz Kazek-Slączka, dalsze na lewo: trzeci podpor. Wacław 
Aleksandrowicz, czwarty podpor. Jerzy Sylwester-Muszyński, drugi 
podpor. Grot. Pierwsza, druga i czwarta kompania pozostały w re- 
zerwie. 
Przy przechodzeniu z rezerwy na linię bojową pierwszy ze 
swoim plutonem szedł podpor. Grot. Doszedłszy na szczyt wzgórza, 
zatrzymał się chwilę celem rozpatrzenia się wśród nocy i odszu- 
kania opróżnionych okopów. Rosyanie, śledzący z uwagą najmniej- 
szy ruch, poczęli go natychmiast ostrzeliwać silnym ogniem szrap- 
nelowym. Zsunąwszy się prędko z grzbietu wzgórza, pluton za plu- 
tonem dostała się cała kompania do okopów. 
Rosyanie prażyli odcinek V-go batalionu silnym ogniem. 
Z prawego skrzydła miała kompania czołowa ogień artyleryjski 
i nieznośny wprost ogień karabinów maszynowych. Karabin ma- 
szynowy czynił wielkie szkody. Między innymi padł rażony kulą 
w głowę podof. Bolesław Retwicz-Batorski w chwili, gdy wysu- 
nąwszy głowę z okopu, składał się z karabina. 
Kompanijny zarządził silne ostrzeliwanie karabinu maszyno- 
wego, by zmusić go do milczenia. Nic to jednak nie pomogło: ka- 
rabin maszynowy, ukryty dobrze, kosił w dalszym ciągu całą po- 
wierzchnię okopów. Dopiero, gdy dano znać artyleryi austryackiej, 
ta celnymi strzałami zapaliła słomę w rosyjskim rowie strzeleckim, 
a wystraszona obsługa karabinu wyskoczyła z okopów. Silnym 
ogniem wystrzelano obsługę i karabin został zniszczony. 
Straciwszy jeden karabin maszynowy, Rosyanie podsunęli 
dalsze dwa i w dalszym ciągu trzymali na uwięzi polskie od- 
działy. 
Po zajęciu odcinka przez batalion V-ty, front polski rozcią- 
gał się na północny wschód od Lasek na przestrzeni trzech kilo- 
metrów. Prawoskrzydłowym był batalion V-ty, będący po prawej 
w kontakcie z oddziałami armii austryackiej, lewoskrzydłowym 
batalion Ill-ci, stojący w związku z wojskami niemieckiemi. Pozy- 
cye jego ciągnęły się aż do linii kolejowej. Środkowym był bata- 
lion I-szy. Batalion VI-ty był w dalszym ciągu w rezerwie. 
104 116 
W nocy na 26 października Rosyanie przesunęli się na wzgó- 
rze, zagrażając polskiej pozycyi od flanku, ale dzięki linii telefo- 
nicznej między okopami a sztabem zdołano natychmiast skierować 
ogień artyleryi na te wzgórza. 
Na nowych pozycyach nieprzyjaciel nie utrzymał się długo. 
Celne pociski austryackiej artyleryi zapaliły słomę w okopach, 
a przerażeni Rosyanie, rzucając broń, wyskakiwali w popłochu 
z rowów i rzucali się do ucieczki. 
Rosyanie, straciwszy wygodną pozycyę na wzgórzu, sprowa- 
dzili z Dęblina 24 cm. haubice i rozpoczęli z nich strzelać grana- 
tami. Były to najstraszniejsze chwile walki. Granaty, potwornej 
siły wybuchowej rzucali hojnie, zawsze parami, by ich skutek 
oszałamiający jeszcze silniej działał na żołnierzy austryackich i pol- 
skich. Granaty te, zwane „urra", padając na ziemię, ryły olbrzy- 
mie doły i wyrzucały na wysokość 30 do 40 m. słup ognia, dymu, 
pyłu i kamieni. Przed nimi chowano się jednak zręcznie, przypa- 
dając do ziemi. 
Wogóle walka artyleryjska pod Dęblinem odznaczała się nad- 
zwyczajną zaciętością, a okropnością swego rozpętania przewyż- 
szała wszystkie epizody bojowe z walk z pod Kraśnika — jak to 
zgodnie stwierdzali uczestnicy tych walk, oficerowie austryaccy, 
walczący pod Dęblinem ramię przy ramieniu z batalionami polskimi. 
Pięciodniowa walka przyniosła szereg chlubnych epizodów 
orężowi Legionów, przyniosła jednak i bolesne straty. Między ran- 
nymi znaleźli się trzej komendanci batalionów: Żymirski, Karasie- 
wicz i Zygmunt Bobrowski. 
Z pierwszego batalionu najwięcej ucierpiał pluton chorążego 
Śwista. Z innych szczegółów wymienić jeszcze należy tragiczną 
śmierć of. Błaszkiewicza z III batalionu, który ranny ciężko, uwa- 
żając stan swój za beznadziejny, wystrzałem z browninga odebrał 
sobie życie. 
W niebezpieczeństwie znalazł się też dwukrotnie komendant 
I-go pułku Legionów Piłsudski. Pierwszy raz 22 października. Ro- 
syanie ulewą granatów usiłowali wypłoszyć Legionistów ze wsi 
Laski. We wsi tej, w jednej z chat znajdowała się główna kwatera 
Legionu. Mimo namów sztabu, pułkownik Piłsudski nie chciał opu- 
ścić chaty. Wtem pada tuż w pobliżu granat, a wybuch jego pra- 
wie w całości rozwala domostwo. Dopiero wówczas opuścił chatę 
Piłsudski, by w najbliższym domu stanąć kwaterą. 
Drugi raz niebezpieczeństwo było groźniejsze. Pułkownik Pił- 
sudski udał się, swoim zwyczajem, na linię najsilniejszego ognia, 
by widokiem swoim podtrzymać ducha żołnierzy. Nagle w odle- 
głości 30 kroków padają dwa olbrzymie granaty i pułkownik od- 
nosi kontuzyę w nogę. Lecz już na drugi dzień był na czele swoich 
żołnierzy. 
Pułk, walczący pod troskliwem okiem i pod świetną komendą 
Piłsudskiego, dzięki umiejętnemu prowadzeniu poniósł stosunkowo 
do rozmiarów krwawej walki — małe straty. Około 30 padło bo- 
haterską śmiercią na polu chwały, a 101 żołnierzy odniosło lżejsze 
i cięższe rany. 
W bitwie pod Dęblinem Legiony polskie dokonały wspania- 
łych czynów. Wytrwałość i brawura, zimna krew, sprawność pol- 
skiego żołnierza i umiejętne kierownictwo wywołały zdumienie 
wśród sztabu austryackiego. To też nie szczędzono pułkowi Pił- 
sudskiego słów uznania. 
Nic dziwnego, iż w takich warunkach, przy bohaterstwie żoł- 
nierza i zdolności wodzów zwycięstwo szło w trop za orężem pol- 
skim. 26 października po południu już stało centrum armii z Le- 
gionem polskim na czele przed zwycięstwem; wojska rosyjskie się 
chwiały i czyniono przygotowania do decydującego ataku, gdy na- 
gle o godzinie 4-ej po południu przyszedł rozkaz cofania się, gdyż 
prawe skrzydło nad Wisłą zostało zagrożone przez nowe przewa- 
żające siły rosyjskie. 
Odwrót wojsk i batalionów polskich odbył się we wzorowym 
porządku. Nieprzyjaciel, zdziwiony tym niespodziewanym obrotem 
rzeczy, nie śmiał ścigać i dopiero ruszyli Rosyanie w pochód, gdy już 
wojska austryackie znalazły się w odległości kilkunastu kilometrów. 
Legiony polskie ustąpiły z pola i jako straż tylna armii austrya- 
ckiej drogą na Suskowolę i Czarną udały się w stronę Krakowa. 
b) Odwrót z pod Dęblina. 
Zmuszony nowem ugrupowaniem się wojsk rozpoczął I-szy 
pułk Legionów Polskich cofać się z pod Dęblina ku Krakowowi. 
Marsze były uciążliwe, przeważnie nocne, nie brakło i bitew 
potęgujących zmęczenie. 
31 października wyruszył pułk o trzeciej rano z Bodzentyna 
w Góry Świętokrzyskie. Teren górski, mimo to posuwano się raźno. 
Pod wieczór stanął batalion Ill-ci w Brzechowie i został przezna- 
czony na placówki i do kopania rowów strzeleckich. Zajęto pozy- 
cyę, gdzie zastano już artyleryę austryacką. Mroźną noc spędzono 
w okopach. Rano skostniałych od zimna zluzowały inne bataliony, 
a batalion Ill-ci zajął kwatery we wsi. Słońce zachodziło, gdy zbu- 
dzono batalion na zbiórkę. Zdziwiono się mocno, gdyż kazano sta- 
nąć tylko z karabinami i ładownicami. 
Wyszedł batalion Ill-ci za wieś na łąkę, gdzie już był bata- 
lion V-ty. Ustawiono kompanię za kompanią. Rozległa się komenda: 
Baczność! Kryj! Czekano chwilę. Wokoło panuje cisza, tylko tam 
z góry, rano przez batalion Ill-ci opuszczonej, słychać donośny ryk 
armat i grzechot karabinów. 
104 118 
Przed batalionem zjawił się ulubiony i ceniony wielce przez 
pułk major Śmigły; pada komenda: w prawo patrz ! 
Major donośnym głosem odczytuje rozkaz, wiatr donosi ury- 
wane słowa : 
„Żołnierze! W ostatnim boju pod Anielinem i Laskami oka- 
zaliście swą dzielność. Pokazaliście, że godni jesteście Waszyeh 
Ojców i Dziadów, że duch bohaterstwa i dzielności żyje w Wa- 
szych mężnych sercach. Żołnierze! Przekonaliście państwa europej- 
skie, które na Was z niedowierzaniem patrzyły, żeście dorośli do 
swych dążeń!...." 
Major czytał jeszcze, a serca żołnierskie biły radośnie, wzrok 
błyszczał dumą. Wspomnienia głodu, chłodu uciekły daleko. Major 
czytać przestał, a przed frontem zjawił się Józef Piłsudski. Oddano 
mu należne honory. 
On salutując przegląd czynić począł. Przechodząc przed kom- 
panią kadrową, zatrzymał się i uśmiech wystąpił na jego twarz 
stroskaną i w te słowa przemówił do żołnierzy kompanii kadrowej: 
„No starzy! Was specyalnie do ataku na bagnety chowam. 
Tam, ręką w stronę bitwy wskazał, bije się gwardya carska, wie- 
rzę, że Wy, gwardya polska, tamtą pokonacie! Dzisiaj jeszcze od- 
poczynek, jutro na bagnety!...." 
Muzyka zagrała: „Jeszcze Polska nie zginęła", a żołnierstwu 
zawitały w oczach łzy radości... 
Piłsudski oddalił się. Bataliony rozeszły się do kwater. 
W bitwie pod Kielcami Legioniści stali na prawem skrzydle 
sprzymierzonych armii. Bitwa była wielka, przeważnie artyleryjska. 
Bój skoncentrował się głównie na lewem skrzydle. Szrapnele 
padały gęsto, strat jednakże nie było. 
Po oporze na linii Kielce-Zawichost armie operacyjne, w tem 
I-szy pułk Legionów, dokonywały odwrotu na linię południowo- 
zachodnią. Tabory austryackie szły pod osłoną równoległemi ko- 
lumnami, a I-szy pułk Legionów często osłaniał je opędzając się, 
zupełnie bez strat, nacierającej konnicy i artyleryi rosyjskiej. 
8 listopada w nocy pułk strzelecki zajął pozycyę na zachód 
od Wolbromia pod wsią Krzywopłoty. 
9 listopada rano otrzymał pułk zlecenie zbadania sił, dyslo- 
kacyi i formacyi wojsk nieprzyjacielskich. Komendant Piłsudski 
odkomenderował do tej służby szwadron kawaleryi i trzy wybo- 
rowe bataliony, mianowicie: I, III i V, które odznaczyły się wspa- 
niałą brawurą i postawą w morderczej pięciodniowej bitwie pod 
Dęblinem pod wsią Laski. Bataliony te wraz z kawaleryą ruszyły 
pod osobistem dowództwem Piłsudskiego rankiem 9 listopada na 
spotkanie nieprzyjaciela; reszta pułku z artyleryą, taborami i sa- 
perami ruszyła w poprzednim kierunku marszu w związku z dy- 
wizyą austryacką. 
Wywiad, dokonany przez linię marszu dwóch korpusów ro- 
syjskich, udał się znakomicie. 
Wyruszono na Strzegową, w okolicy której nastąpiło starcie 
z przednimi patrolami nieprzyjacielskimi. Wśród potyczek wyróżniła 
się jedna, gdy rozbito patrol kozacki. Kozacy mieli kilku zabitych, 
Strzelcy nie mieli żadnych strat. 
Już popołudniu 9 listopada stwierdzono, że połączenie Legio- 
nów z główną siłą ucierpiało wskutek wdarcia się konnych oddzia- 
łów rosyjskich na lewe skrzydło. Odparcie ich wprawdzie było 
drobnostką, lecz wprowadziłoby zamieszanie na linię odwrotu 
taborów. 
Po spełnieniu zadania w tej okolicy t. j. wyświetliwszy ro- 
dzaj i ilość wojsk nieprzyjacielskich, stwierdziwszy marsz rosyjskich 
korpusów z północy, ruszył Piłsudski ze swoim oddziałem z Wol- 
bromia wprost na wschód. 
W ten sposób znalazł się Piłsudski w centrum sił przeciw- 
nika. Nocnym marszem z 9 na 10 listopada przybył oddział do 
miejscowości Ulnia Mała, znajdującej się w centrum sił nieprzyja- 
cielskich. N. p. w odległości 12 kim. w kierunku północno-wscho- 
dnim skoncentrowali Rosyanie do 60 tysięcy wojska; w kilku ki- 
lometrach biegły szlaki komunikacyjne rosyjskich korpusów, posu- 
wających się na zachód. Linia koncentracyjna wojsk rosyjskich 
była Miechów-Słomniki. 
Masy rosyjskie posuwały się w dwóch głównych kierunkach. 
Jeden Miechów-Czaple Wielkie-Małoszyce. Strzelcy znajdowali się 
od niego w odległości kilku kilometrów. Drugi trakt prowadził ze 
Słomnik na Iwanowice. 
Cała linia rzeki Dłubni na południe od tJliny była zajęta 
przez pułki kawaleryi. 
Wkroczywszy nocą do Uliny Małej Legioniści nie zauważeni 
byli przez nikogo. Siła oddziału polskiego wynosiła około 1200 
żołnierzy. 
Rosyan w Ulinie nie było, sąsiednie jednak wioski były przez 
nich zajęte. 
Tu spędzono niemal cały dzień, gdyż żołnierz, zmęczony nu- 
żącymi marszami, musiał wypocząć. 
Około południa została obecność oddziału Strzeleckiego przez 
Rosyan wykryta, wskutek czego dwie sotnie kozaków kubańskich 
zaatakowały wieś. Atak został odparty bez trudu, chociaż kule 
kozackie padały gęsto. 
Przed zmierzchem odebrano meldunki od patroli kawaleryj- 
skich, iż z istniejących zachodnich i wschodnich szlaków komuni- 
104 120 
kacyjnych wszystkie zostały poprzecinane i pozajmowane przez 
silne oddziały nieprzyjacielskie. 
Patrol wysłany w południowym kierunku stwierdził obecność 
silnych kolumn, drugi wysłany do Czapel Małych spotkał się z puł- 
kiem ułanów i zaatakował go. Trzeci patrol miał szereg potyczek 
z silnymi oddziałami, napadł na tabory rosyjskie, zdobył dwa wozy 
i dwóch jeńców. 
Z otrzymanych meldunków okazało się, iż z zachodu oddzie- 
lony jest już pułk Legionów od armii austryacko-niemieckiej silnym 
murem rosyjskim, wskutek czego okazało się absolutnie niemożli- 
wem nawiązanie komunikacyi z armią i zużytkowanie tych dróg, 
któremi się przyszło. Oddział polski był zupełnie odcięty od swoich. 
Wobec takiej sytuacyi pozostawał jedyny szlak, który dawał 
widoki swobodnego ruchu — południowo-wschodni, lecz wypro- 
wadzał na tyły rosyjskie i linie komunikacyjne Rosyan. Zdecydo- 
wał się więc Piłsudski na śmiały brawurowy krok, postanowił uzy- 
skać połączenie z armią w kierunku południowo-wschodnim i for- 
sownym marszem przedrzeć się ku Krakowowi. 
Śmiały ten plan udał się znakomicie. 
Wymarsz z Uliny nastąpił 10-go listopada o godzinie 10 
wieczór. 
Ciemno było z początku, trzeba było nadzwyczajnej sprawno- 
ści, by nie zgubić łączności oddziałów. Później warunki marszu 
polepszyły się; księżyc schodzący z pełni, a ukryty za chmurami, 
rozświetlał teren, Trzy bataliony szły w największej ciszy, bez sze- 
lestu, jakby mara jaka kilometrowej długości, przez pola, lasy i jary. 
Kawalerya postępowała z tyłu. 
Maszerowano z najeżonymi bagnetami, z nienabitą bronią. 
Na skrzyżowaniu z szosą drogi, po której sunęli Strzelcy, 
spotkano placówkę kozacką. 
— 
Kto idiot? 
Szpica ruszyła do ataku na bagnety. Kozacy uciekli w po- 
płochu do lasu i odstrzeliwali się stamtąd. 
Gdy się weszło w rejon, gdzie każda wieś była silnie obsa- 
dzona przez Rosyan, obstawiona placówkami, o przechodzeniu dro- 
gami nie było mowy. Bataliony skręciły z drogi i szły na przełaj 
przez role, łąki, lasy, kilkakrotnie przez głębokie jary, wspinając 
się na wysokość kilkudziesięciu metrów na spadziste stoki. 
Nie szczędzono batalionom Legionów i światła reflektorów 
rosyjskiej artyleryi, ale cała kolumna padała natychmiast na zie- 
mię jak jeden człowiek, przykrywając sobą błyszczącą stal ba- 
gnetów. 
Wywiady stwierdziły, że w jednej wsi rozkwaterowany był 
pułk artyleryi, w drugiej pułk piechoty, naturalnie oba w związku 
dalszym z większą armią. Przesuwano się wprost jak przez paszczę 
lwa, pod ciągłą groźbą strasznego jej zamknięcia i zniszczenia 
drobnego stosunkowo oddziału polskiego. 
Kolumna jednakże, prowadzona szczęśliwie i genialnie przez 
Piłsudskiego, który pieszo szedł na czele „szpicy" i wiódł całość, 
przemykała się w ten sposób przez kilkadziesiąt kilometrów, na- 
pchanych wojskiem rosyjskiem. 
Wkońcu dotarli do szosy krakowskiej, na którą wyszli po- 
niżej Słomnik. Na tyłach słychać było wciąż strzelaninę w kierunku, 
który opuścili. 
. 
Po szosie — w dzień — szli Strzelcy już jawnie, pędząc 
przed sobą drobne oddziałki i patrole kozackie, nie pojmujące, 
skąd nagle za nimi mógł ukazać się oddział nieprzyjacielski. 
Wreszcie 11 listopada o godzinie 7 rano stanął pułk w Mi- 
chałowicach, ostrzeliwując się ostatnim patrolom. Wypocząwszy 
godzinę, wszedł wkrótce w linię placówek austryackich, a następ- 
nie w linię fortów twierdzy krakowskiej, dosłownie bez straty je- 
dnej kropli krwi, przyprowadzając zdobyte konie i 7 jeńców, w tem 
4 o-wardzistów, od których wydobyto nader cenne wiadomości. 
O godzinie 1-szej w południe stanął Piłsudski ze swym od- 
działem w Krakowie. 
Marodów nie było ani jednego, jakkolwiek przedtem Strzelcy 
mieli dwutygodniowe marsze, biwaki leśne pod deszczem, nie- 
ustanne alarmy. Fakt ten stwierdził olbrzymią wytrzymałość mate- 
ryału żołnierskiego Legionów, fizycznie nie zawsze silnego. 
Powrót pułku Strzelców był według opinii kół wojskowych 
mistrzostwem strategicznem, dokonany bowiem został w nader 
trudnych okolicznościach i bez żadnych strat. Wypełnił on dokła- 
dnie misyę wywiadowczą, wyświetlił kierunki i ilość sił rosyjskich, 
ustalił korpusy. 
X. Krzywopłofcy. 
W dniu 11 listopada 1914 r. zajęły 2 bataliony I pułku Legio- 
nów polskich pozycyę pod Krzywopłotami, o milę na zachód od 
Wolbromia. Był to IV-ty batalion, dowodzony przez komendanta 
kap. Wyrwę i batalion VI pod komendą kap. Herwina. 
Oprócz tego nadciągnęły tam IV-ta i V-ta baterya artyleryi 
polskiej, znajdująca się pod komendą kap. Brzozy. 
Mimo niewysłowionego zmęczenia i wyczerpania wskutek 
walk podczas marszu na Warszawę i podczas uciążliwego, forso- 
wnego odwrotu, mimo zimna i głodu, duch w oddziałach był do- 
skonały, zapał do walki wielki. 
104 
W szczególności artylerya, nie biorąca dotychczas udziału 
w boju, pałała niezmierną żądzą zmierzenia się z odwiecznym 
wrogiem. 
Dnia 4 listopada 1914 r. batalion uzupełniający świeżo zwer- 
bowanego w Królestwie rekruta w sile około 500 ludzi opuszczał 
pod komendą majora Mieczysława Trojanowskiego Częstochowę 
kierując się na Pilicę, gdzie spodziewano się spotkać bataliony 
Piłsudskiego. 
W batalionie, jako reprezentant ziemi kaliskiej, był pluton 
Kahszan, wcielony jako pluton trzeci do kompanii por. Narbuta. 
Kilkudniowe uciążliwe, forsowne marsze bojowe odbywał 
świeży rekrut polski z dużą wytrzymałością i zupełną pogodą du- 
cha. Słabe wycwiczenie wojskowe uzupełniano ciągle po drodze 
musztrą, a na nocnych postojach odbywano wykłady z zakresu 
obchodzenia się z bronią. 
Wyzyskano specyalnie trzydniowy postój w Chechle Na 
ogromnych, piaszczystych przestrzeniach, otoczonych dookoła la- 
sami, ćwiczył cały batalion. Były to jedyne większe ćwiczenia 
przed bitwą pod Krzywopłotami. 
W kilka dni uzupełniono wykształcenie wojskowe młodego 
rekruta; tydzień robił to, co normalnie w armii regularnej robią 
miesiące. 
Żołnierz słuchał wykładów skwapliwie; ćwiczył karabinem 
zapamiętale, gdyż rozumiał, że to ostatnia nauka przed szaleiaca 
w pobliżu bitwą. 
W Chechle padł nagle rozkaz wymarszu. Batalion przedefi- 
lowawszy przed przybywającą właśnie komendą korpusu, odma- 
szerował na Krzywopłoty, gdzie stały już bataliony IV i VI i arty- 
lerya kap. Brzozy. 
Batalion uzupełniający wcielono między obydwa stojące pod 
Krzywopłotami bataliony Brygady Piłsudskiego. 
Pozycye Legionów znajdowały się na wschód od Krzywopło- 
tów w odległości około 2000 kroków od wsi. 
Dominujące wzgórze, leżące na południe od Załęża z ruinami 
starego klasztoru, było centrum walki. Rozlegał się z niego dosko- 
nały, blisko na 25 kilometrów widok. Pozycya bardzo silna z ob- 
szernem polem ostrzału. 
Ku południowi ciągnął się w stronę Bydlina lekko falisty te- 
ren, który zbaczając łagodną linią ku wschodowi, tworzył w ro- 
dzaju podkowy obszerną kotlinę. 
123 
Poza wzgórzem klasztornem rozlegały się moczary, ciągnące 
się koło Załęża ku północy, łamały się następnie ku północnemu 
wschodowi, tworząc jakby drugie ramię olbrzymiej podkowy. 
Poprzez te moczary od Domaniewic, przez Załęże i poza 
wzgórze klasztorne płynęła bagnista rzeczka, formując poza prawą, 
południową stroną wzgórza rodzaj małego wodnistego basenu. 
Rozłożenie wojsk było następujące: 
Wzgórze klasztorne zajął batalion IV-ty Legionów (kap. Wy- 
rwy), umieściwszy się w przygotowanych przez batalion VI-ty 
(kap. Herwina) okopach. Batalion VI-ty umieścił się w okopach na 
północ od wzgórza, na skraju lasu, wsuniętego nieco poza fron- 
tową linię wzgórza klasztornego. Dalej ku północy poza VI-tym 
batalionem zajęły pozycye czeskie pułki austryackie: 
Na południe od pozycyi Legionów, w stronę Bydlina okopały 
się polskie pułki austryackie: 
Szczegółowe rozłożenie sił polskich przed rozpoczęciem walki 
było następujące: 
Północną część wzgórza klasztornego zajęła w okopach pierw- 
sza kompania IV-go batalionu pod dowództwem Konstantego Ale- 
ksandrowicza, południową trzecia kompania tegoż batalionu pod 
komendą Rokity. Za kompanią Rokity, za szczytem na zachodniej 
pochyłości wzgórza, umieściła się połowa V-tej bateryi (2 działa) 
kap. Brzozy, a niżej u podnóża wzgórza stała w rezerwie druga 
kompania IV-go batalionu pod komendą Słomki. Więcej na prawo, 
na równinie, stała reszta V-tej bateryi Brzozy (2 działa). 
Na lewo, ku północy od pozycyi Aleksandrowicza, na mo- 
czarach, wsunięta nieco w tył poza rzeczkę ku lasowi stała świe- 
tnie ukryta IV-ta baterya (4 działa) kap. Brzozy. Jako ochronę 
dodano jej dwa plutony czwartej kompanii IV-go batalionu. 
Poza stanowiskiem kap. Brzozy był las, w którym był ukryty 
batalion VI-ty, a którego komendę przed rozpoczęciem walki objął 
kap. Satyr-Fleszar. 
Prawe, skrajne skrzydło lasu, obok VI-go batalionu, w tyle 
za IV-tą bateryą Brzozy, zajmował Narbut z dwoma plutonami 
czwartej kompanii IV-go batalionu. 
Poza pozycyami polskiemi stała artylerya austryacka: za la- 
sem (za VI-tym batalionem) 2 baterye armat polowych, po prawej, 
za skrajną prawoskrzydłową połową V-tej bateryi Brzozy, stały 2 
baterye austryackich haubic. 
Na wschód od pozycyj polskich, u stóp wzgórza klasztornego, 
zajętego przez batalion lV-ty kap. Wyrwy, w odległości 60—80 
kroków znajdował się cmentarz z kaplicą. Obok niego równolegle 
do wzgórza biegła droga, wychodząca ze skraju lasu, obsadzonego 
przez batalion VI-ty, prowadząca ku południowi poprzez moczary 
124 
i błota, obok stawu i młyna przez mostek na rzeczce. Dalej, prze- 
szedłszy popod wzgórze klasztorne, poza cmentarzem, kierowała 
się łagodnym łukiem ku południowemu wschodowi. Na lewo, poza 
młynem i błotami, ku północy, leży wieś Załęże. 
Na wschód od wzgórza klasztornego rozciąga się las doma- 
niewicki, którego skraj ciągnął się linią ukośną przed pozycyami 
polskiemi, odległą od skrajnego prawego skrzydła kompanii Rokity 
o 1000, a od lewego, od pozycyi Aleksandrowicza, o 800 kroków. 
Linia lasu, dobiegając naprzeciw VI-tego batalionu i pozycyi arty- 
leryjskiej (IV-tej bateryi) kap. Brzozy, łamała się niemal pod ostrym 
kątem ku wschodowi i zbliżając się coraz więcej do drogi, prowa- 
dzącej z Załęża do Domaniewic, przekraczała ją nieopodal wsi Do- 
maniewice. 
W dniu 15-tym listopada otrzymano pierwszą wiadomość 
0 zbliżaniu się Rosyan. Por. Maryan Sroczyński, adjutant kap. 
Brzozy, wysłany do Wolbromia po zakupno owsa i żywności dla 
oddziałów polskich, został uwiadomiony przez krążące poza mia- 
stem patrole polskie o zbliżaniu się do miasta nieprzyjacielskiej 
straży przedniej. Wysłał wozy z żywnością i furażem do oddzia- 
łów, ściągnął posterunki, a sam pozostał w Wolbromiu, aby zapła- 
cić za kupione prowianty. Postanowił osobiście przekonać się o sile 
nadciągającego nieprzyjaciela; powzięty zamiar wykonał, a zawró- 
cił ku swoim dopiero wtenczas, gdy pojawił się patrol kozacki 
1 począł go ścigać. Poczynione spostrzeżenia zakomunikował ko- 
mendzie Legionów polskich. 
Z brzaskiem dnia 16 listopada zauważono z polskiego frontu 
przebiegające ku pozycyom austryackim patrole austryackie. Rosyanie 
zbliżali się od strony Domaniewic i w krótkim czasie pojawiły się 
na skraju lasu pierwsze ich szeregi i poczęły się szybko okopywać. 
Równocześnie prawie rosyjska artylerya otwarła ogień w kierunku 
frontu polsko-austryackiego. 
Gdy tylko pojawili się na skraju lasu domaniewickiego pierwsi 
żołnierze rosyjscy, rozpoczęła silny ogień artylerya austryacka, 
celem przeszkodzenia Rosyanom w okopywaniu się. Niekiedy od 
wybuchu austryackich pocisków cały las zdawał unosić się w mgle 
dymu. Wojska rosyjskie jednakże, mimo strasznego ognia artyleryi 
austryackiej, zdołały się szybko i dobrze, jak się później przeko- 
nano, okopać. 
Rosyanie zajęli cały skraj lasu. Naprzeciw frontu polskiego 
stała dywizya najlepszych, najbitniejszych wojsk rosyjskich — dy - 
wizya strzelców syberyjskich. Okopawszy się wyśmienicie, umie- 
ścili naprzeciw frontu polskiego kilka karabinów maszynowych. 
Jeden z nich był przy drodze z Załęża do Domaniewic — prawie 
pod samym lasem i raził silnym ogniem szczególnie plutony Nar- 
100 
buta. W ciągu dnia udało się centrum polskiemu karabin ten zni- 
szczyć. 
Cały dzień odbywała się strzelanina. Rosyanie ostrzeliwali 
głównie prawe i lewe skrzydło austryackie, centrum polskie nie 
ucierpiało wiele. 
Nastała niespokojna noc. Strzelanina ucichła, lecz Rosyanie 
stale alarmowali front polsko-austryacki strzałami, jakby chciano 
przekonać przeciwników o czuwaniu. 
Rosyanie mieli doskonałą służbę wywiadowczą. Ich tak zwane 
„sekrety" posuwały się z nadzwyczajną ostrożnością i zręcznością 
aż pod sam cmentarz, odległy o 60 — 80 kroków od polskiego cen- 
trum i dawały znać swoim tyralierom o każdej zmianie patroli 
polskich. Wskutek tego zmiany polskich patroli były silnie ostrze- 
liwane — lecz bez szkody dla nich. Na ogień rosyjski nie odpo- 
wiadano; szkoda było w nocy marnować amunicyę. 
Następnego dnia po południu otrzymano rozkaz do ogólnego 
ataku na prawe skrzydło rosyjskie. W odcinku, zajętym przez od- 
działy polskie, otrzymały rozkaz atakowania kompanie IV-go bata- 
lionu. Do ataku mianowicie poszły: druga kompania lV-go batalionu 
pod dowództwem Słomki, jeden pluton pierwszej kompanii IV-go 
batalionu pod dowództwem podoficera i jedna kompania VI-go ba- 
talionu pod wodzą Styka. 
Pozostałe na wzgórzu w okopach 2 kompanie IV-go batalionu, 
jak również batalion VI-ty i artylerya Legionów otrzymały rozkaz 
silnego popierania ogniem atakujących. 
Atak polski poszedł po lewej stronie stawu na Załęże, mając 
na przedłużeniu swego lewego skrzydła czeskie pułki austryackie. 
Podjęty na całem polsko-austryackiem lewem skrzydle atak, 
wobec silnego ognia rosyjskiego, zdołał zaledwie postąpić w pier- 
wotnej sile na 400 kroków przed okopy. Batalion IV-ty Legionów 
polskich z brawurą przeszedł całe Załęże i już był w bliskości 
okopów rosyjskich. Przekonano się jednak wkrótce, że wskutek 
zbyt wielkiego wysunięcia się naprzód i odkrycia swej lewej flanki 
posuwać się dalej nie można; korzystając przeto z szarówki, cofnął 
się batalion z nieznacznemi stratami na swoje dawne stanowiska. 
Tegoż dnia unosił się nad pozycyą lV-tego batalionu aeroplan 
austryacki, silnie, lecz bezskutecznie ostrzeliwany przez Rosyan. 
Kule i odłamki szrapneli sypały się na wzgórze klasztorne, zajęte 
przez batalion IV-ty, nie wyrządzając jednak żadnej szkody. 
Na dzień 18 listopada został wyznaczony nowy atak. Rozpo- 
czął go o godzinie 9 rano batalion VI-ty Legionów pod wodzą Fle- 
szara, który mając na lewem skrzydle czeskie pułki austryackie, 
parł z brawurą naprzód. Teren, po którym miały atakować siły 
polskie, był nadzwyczaj trudny: rozległe moczary zamieniały się 
104 126 
miejscami w błota, w których powyżej pasa zapadali się polscy 
żołnierze. 
Atakujących Legionistów wsparły silnym ogniem artylerya 
Brzozy i dwie kompanie IV-go batalionu Wyrwy. Pozostałe dwie 
kompanie Wyrwy były w lasku jako rezerwa. 
Posuwanie się całego frontu atakujących początkowo było 
bardzo dobre, mimo silnego ognia rosyjskich karabinów maszy- 
nowych. Batalion Vl-ty przeszedł już pod silnym nieprzyjacielskim 
ogniem najtrudniejszy teren, obsadził już prawie połowę Załęża 
i w największym spokoju okopał się, aby nie stracić zdobytego 
terenu. 
W tem ciężkiem położeniu wydał kap. Brzoza rozkaz cofnię- 
cia się. Pod silnym ogniem nieprzyjacielskim, skoncentrowanym na 
VI-tym batalionie, nie można było nawet myśleć o wykonaniu roz- 
kazu. Batalion Legionów Polskich, mając do przebycia trudny te- 
ren, mógł był wyginąć do nogi. 
Kapitan Brzoza ocenił błyskawicznie sytuacyę i widząc gro- 
żące wielkie niebezpieczeństwo nieuchronnego zniszczenia całego 
batalionu, zdecydował się na śmiały krok: postanowił poświęcić 
w obronie batalionu piechoty swoją artyleryę. W tym celu polecił 
bateryi V-tej wyjechać na szczyt wzgórza po prawej stronie ruin 
klasztornych — poza kompanię Rokity — i rozkazał otworzyć jak 
najsilniejszy ogień na szańce rosyjskie pod Domaniewicami. Bate- 
ryę IV-tą wyprowadził z okopów na otwarte pole i zmieniając cią- 
gle stanowiska, ostrzeliwał rosyjskie pozycye, ciągnące się na 
skraju lasu na południe od Załęża, silnym ogniem. Równocześnie 
otrzymał IV-ty batalion rozkaz ostrzeliwania salwami nieprzyjaciel- 
skich stanowisk. 
Salwy obydwóch bateryj Legionów i IV-tego batalionu zmu- 
siły nieprzyjaciela do milczenia. Batalion VI-ty Fleszara, korzysta- 
jąc z osłony nocy, cofnął się na poprzednie swoje stanowisko. 
Straty stosunkowo do ciężkiej sytuacyi były skromne; zabi- 
tych 49 i rannych 121 oficerów i żołnierzy, w czem kilku zabi- 
tych i rannych z dnia poprzedniego. Nieustraszone wykonanie śmia- 
łego rozkazu Brzozy, umiejętność w manewrowaniu strzelającą 
dymnym prochem artyleryą, uratowała batalion VI-ty od niechybnej 
zagłady, a samej artyleryi nie przyniosła żadnej szkody, nie było 
bowiem nawet żadnego rannego. Komendant Brzoza i jego dzielna 
artylerya okryła się odrazu w pierwszej swej walce wielką sławą. 
Przyprowadzeni nazajutrz jeńcy rosyjscy opowiadali, iż od- 
razu po pierwszych strzałach artyleryi Legionów wszyscy oficero- 
wie uciekli z okopów, a celność ognia kierowanego wprawną dło- 
nią młodych polskich artylerzystów z małych, starego typu, arma- 
tek Brzozy, była taka wielka, iż na 100 ludzi w jednym oddziale 
rosyjskim zostało zaledwie 3 nierannych. Podobnie ogień polski 
odczuto we wszystkich oddziałach rosyjskich. 
Sam kap. Brzoza wybierał dla siebie najtrudniejsze cele i po 
mistrzowsku załatwiał się z nimi. 
Do pomocy sanitaryuszom zgłosił się wieczorem pod komendą 
kap. Herwina oddział ochotników ze służby liniowej, który łącznie 
z sanitaryuszami udał się na pobojowisko, celem zabrania rannych 
na plac opatrunkowy. Sanitaryusze i ochotnicy z latarkami prze- 
szukiwali niedawne pole walki, dochodząc na 400—300 kroków 
pod linię nieprzyjacielską i byli silnie przez Rosyan ostrzeliwani. 
Sanitaryusze Legionów złożyli podczas ataku VI-tego batalionu 
dowody wielkiego męstwa i bezprzykładnej ofiarności. Pod gradem 
nieprzyjacielskiego ognia zbierano z pobojowiska rannych i odno- 
szono ich w miejsca bezpieczne. Dopiero na wyraźny rozkaz ko- 
mendy, wydany ze względu na liczne zranienia służby sanitarnej, 
ustąpili polscy sanitaryusze z pola walki, aby pod osłoną zbliżają- 
cego się wieczoru pozabierać resztę rannych. 
Nastąpiła noc podobna do poprzednich; tu i ówdzie strzela- 
nina po stronie rosyjskiej, na ogół cisza. 
Z zapadnięciem nocy Komendant IV-tego batalionu, kap. Wyr- 
wa, wysyła na prawo i lewo patrole, celem ochrony polskiego 
frontu przed niespodziewanymi atakami Rosyan. Patrole miały roz- 
kaz dochodzenia aż do linii 
okopów. Wtem już pó- 
źnym wieczorem przynoszą patrole polskie wiadomość, że okopy 
na lewo i prawo są puste. Haubice cofnięto, zostawiono 
tylko artyleryę polową. Komendant IV-tego batalionu zakomuni- 
kował tę wiadomość komendzie Legionów z zapytaniem, co czynić 
należy, Rosyanie bowiem w razie przekonania się o istotnym stanie 
rzeczy, mogą wykonać atak i zgnieść swą przemocą nieliczne siły 
polskie. Otrzymuje odpowiedź: „Trzymać się na swoich pozycyach*. 
Trzymać się — dobrze. Mało kto potrafi lepiej od Wyrwy 
przyjąć taką wiadomość. On, który już tyle razy potrafił wypro- 
wadzić bez dotkliwych strat swych zuchów z ciężkich opresyi, 
który miał już poza sobą śmiały marsz pod Warszawę, przyjął ten 
rozkaz z całym spokojem. Wydał potrzebne zarządzenia, celem 
przeszkodzenia Rosyanom w wykonaniu nagłego, niespodziewanego 
ataku i czekał. Zaufanie do swej komendy i siebie stanowi naj- 
główniejszą zaletę żołnierza. 
128 
Noc jednakże minęła względnie spokojnie. Rosyanie nie ata- 
kowali, zadawalniając się podpaleniem paru domów w Załężu. 
0 świcie dnia 19 listopada wojska austryackie zajęły z po- 
wrotem opuszczone z wieczora okopy. 
Za mężne zachowanie się wobec wroga i utrzymanie się na 
swoich stanowiskach zyskały bataliony Legionów uznanie naczel- 
nej c. k . Komendy austryackiej, która w rozkazie dziennym za- 
znaczyła wyraźnie, że dwa bataliony Polskiego Legionu utrzymały 
pozycye. 
W dniu 19 listopada Austryacy wykonali ponowny atak ale 
już na lewe skrzydło rosyjskie. Przed samem południem poszedł 
do ataku na pozycye nieprzyjacielskie 32-gi austryacki polski pułk 
piechoty. Wspierany był aż do odległości 800—400 kroków ogniem 
IV-tego batalionu Legionów, poczem, by nie razić atakujących, 
musiał być batalion IV biernym widzem. 
Rosyanie przyjęli atakujących strasznym ogniem artyleryj- 
skim, lecz ten bynajmniej nie zdołał zachwiać szeregami polskimi. 
Atak był wykonany z nadzwyczajną brawurą; śmiało, ostro, w nad- 
zwyczajnym porządku, z niewielkiem okopywaniem się parły na- 
przód polskie szeregi. Po kilku godzinach ataku zbliżył się pułk 
polski ku lasowi domaniewickiemu, wielkiem półkolem zachodząc 
las niemal od wschodu. Rosyanie prażyli go ogniem salwowym, 
z natury rzeczy mniej celnym. Wkrótce zanurzyły się w las do- 
maniewicki pierwsze szeregi i parły stale naprzód. 
Wreszcie w głębi lasu, z odległości mniej więcej półtora km. 
od pozycyi Legionów Polskich, rozdarł powietrze straszny okrzyk 
atakujących, który rozpływając się wokoło gromkiem echem, zda- 
wał się przypieczętowywać stare, niezmienne polskie męstwo, zdo- 
biąc czoła bohaterów w nowy laurowy wieniec sławy. 
Zamilkły strzały. Pierś o pierś zwarły się straszne, odwie- 
cznych wrogów szeregi i poczęły sobie piędź po piędzi wyrywać 
krwią przesiąkłą polską ziemię. 
Nie ostał się polskiemu męstwu hardy wróg. Bagnet jego ła- 
mał się na stali polskiej piersi, którą wypełniała bezgraniczna niena- 
wiść plemienna do najeźdźcy i miłość wielka do swej matki-ziemi. 
Wrażenie tej grobowej ciszy wśród walczących w szeregach 
Legionistów było ogromne. Odczuwały one całem swojem jeste- 
stwem powagę wielkiej, majestatycznej chwili. Tam bracia ich, bra- 
cia rodzeni, zwarli się w zawziętym boju z śmiertelnym wrogiem. 
Ta sama polska dusza zmaga się na śmierć i życie z ciemnym 
azyatą, pławi się z rozkoszą w krwi wroga za setkę lat ciężkiej 
niewoli, za krzywdy całych pokoleń. Z krwią swoją serdeczną 
rzucają 
w ziemię szczodrze krwawe ziarno, które wydać musi zdrowy plon 
dla całego Polskiego Narodu. 
129 
O godzinie 8-mej wieczorem wziął 32-gi 
pułk piechoty 
na bagnety Domaniewice od wschodu. 
Ustępujący Rosyanie zapalili Domaniewice, Lgotę w., Wolbrom, 
i cały szereg wsi. Niebo rozjaśniła wielka, krwawa łuna. 
W nocy z daleka ostrzeliwali Rosyanie bardzo silnie grana- 
tami wielkiego kalibru las domaniewicki, przypuszczając widocznie, 
że tam ukryły się rezerwy austryackie. 
W walce pod Krzywopłotami brało udział 1300 polskich żoł- 
nierzy, pomiędzy nimi, jak wspomnieliśmy wyżej, 500 nowoza- 
ciężnych ochotników z Królestwa. Mimo nadzwyczajnego zmęcze- 
nia i wyczerpania duch w Legionach polskich był doskonały; po- 
mimo, że odczuwano ogólnie, iż wypoczynek słusznie im się należy, 
z żalem ustępowano z pola walki. W szczególności artylerya kap. 
Brzozy, odbywszy tak szczęśliwie — bez strat żadnych — swój 
chrzest ogniowy, pałała wielką żądzą walki. Małe wydrwiwane do- 
tychczas ogólnie górskie armatki, zdobyły sobie ogólny szacunek. 
W trzydniowej upartej walce żołnierz polski okazał swoją 
wielką wartość bojową; nie było ludzi małych — wszyscy dorośli 
do wysokości zadania. Tak oficerowie, jak żołnierze okazali się godny- 
mi spadkobiercami bohaterów z pod Ostrołęki, Grochowa, Raszyna. 
Typowym przedstawicielem bohaterstwa polskiego oficera 
w boju może służyć kap. Herwin (Kazimierz Piątek). Pod Krzywo- 
płotami z rozpaczą patrzał, jak karabin maszynowy zniósł mu nie- 
mal całą kompanię, którą sam prowadził do ataku. Kule go oszczę- 
dziły, choć szedł pierwszy, świecąc przykładem. Stąd poszła legenda, 
że kule go się nie imają. Opowiadając później ten fakt w ściślej- 
szem kółku przyjaciół, mówił: „Wszystkich kula dostała, ja zosta- 
łem żywy. Wprost wstyd mi było wracać z tego piekła". 
Po ukończonym ataku zebrał ochotników i poprowadził ich 
na silnie ostrzeliwany plac boju do pomocy sanitaryuszom. Pozbie- 
rawszy rannych zbierał jeszcze osobiście broń przez nich porzu- 
coną i dopiero niemal przemocą został uprowadzony z pola. 
Z żołnierzy wielkim duchem i inicyatywą odznaczył się między 
innymi 15-letni legionista Madej. Pewnego dnia zabrakło IV-temu 
batalionowi amunicyi. Na ochotnika, celem przyniesienia naboi, zgło- 
sił się Madej. Przebrnął z wielkim trudem przez błota, dostał gdzieś 
konia i obładował go nabojami, następnie wśród gradu kul nie- 
przyjacielskich przyjechał do okopów na wzgórze i rozdał żołnie- 
rzom amunicyę. 
Po walce otrzymał srebrny medal za waleczność. 
Oprócz tego został odznaczony pewien podoficer i żołnierz 
VI tego batalionu. 
10 
104 130 
te odznaki jako uznanie 
rzetelnego męstwa. 
Pośród szeregów polskich podczas całej walki był wzorowy 
porządek; dyscyplina ognia wspaniała. Nie marnowano zbytecznie 
amunicyi; w okopach, nawet podczas najgorętszej strzelaniny, uwa- 
żano na porządek strzałów, co świadczy o opanowaniu się w boju 
żołnierzy. 
W okopach na wzgórzu klasztornem, mimo tego, że były 
cokolwiek za płytkie i nie chroniły dostatecznie całego ciała, nie 
było żadnych strat; to też dworowali sobie nasi chłopcy z tak 
marnie strzelających Moskali. 
Z dostawą jedzenia do pozycyj na wzgórze klasztorne było 
bardzo trudno. Dostarczyć jedzenia do okopów można było tylko 
od lewego skrzydła, drogą prowadzącą koło młyna poprzez mostek, 
silnie przez nieprzyjaciela ostrzeliwany. W celu ochrony tej drogi 
trzymano stale w młynie plutonową placówkę. Dostawa żywności 
od tyłów wzgórza klasztornego, wskutek mokrego terenu, była 
wykluczoną. Na domiar złego drugiego dnia walki zestrzelili Ro- 
syanie kuchnię polową z mostku do stawu i już tem więcej silna 
wola musiała wynagrodzić brak żywności. 
19 listopada o godz. 9 .30 odbyło się w głównej kwaterze 
polskiej odprawa oficerska, na której po otrzymaniu raportów, ko- 
mendant oświadczył, że bataliony Legionów zostały przez c. k. 
Komendę armii austryackiej zwolnione i mają się udać na krótki 
odpoczynek. 
Na odprawie wydał komendant następujący rozkaz na dzień 
następny: 
„Kw. gł. 
Krzywopłoty 19. XI. 14. 
„Odprawa 19. XI. 14. 9,30. 
1) 20. XI. o godz. 7 rano zgłoszą się w kw. gł. 4 próżne 
wozy czwórkowe artyleryi i 2 plutony saperów dla przetranspor- 
towania poległych z placu boju na cmentarz. Natychmiast po speł- 
nieniu swego obowiązku wrócą z powrotem do oddziałów. 
2) Wszystkie oddziały mają być przygotowane do odmarszu 
na tyły dla wypoczynku. W tym celu rozkazuje się co następuje: 
a) Oddziały, stojące na ruinach i w Krzywopłotach rozpoczną 
przygotowania od rana. 
b) Tabory stojące w tartaku, z wyjątkiem artyleryi, odejdą o 8 
rano pod komendą podof., 
wyznaczonego od saperów, do 
Kwaśniowa, gdzie przyłączą się do stojącego tam taboru. 
c) Saperzy po powrocie 2 plut. (p. I) maszerują do Kwaśniowa, 
gdzie zakwaterują się. 
d) Obie baterye artyleryi po powrocie 4 wozów (p. I) odjadą do 
Kwaśniowa i zakwaterują się tam, odbierając swe wozy od 
chor. Wierzchlejskiego, który wróci do swojej bateryi. 
3) Kmdci baonów, bat., sap., taborów i sanit. złożą jutro do 
godz. 7 wiecz. szczegółowe raporty, zawierające: ilość ludzi zdol- 
nych do służby i chorych z wyszczególnieniem szarż, straty z osta- 
tnich trzech dni imiennie, ilość koni, straty, ilość wozów z wy- 
szczególnieniem rodzaju ładunku, ilość zapasowej żywności dla lu- 
dzi i koni. 
Niedotrzymanie terminu lub nieścisłość będę uważał za naru- 
szenie dyscypliny i odpowiednio traktował". 
• 
Dnia 20 listopada od rana, w myśl otrzymanego rozkazu, 
rozpoczęły się przygotowania do odmarszu. Zabrano z placu boju 
poległych i po stwierdzeniu identyczności pochowano ich z nale- 
żnymi honorami na pobliskim cmentarzu we wspólnym grobie. 
Wieczorem obydwa polskie bataliony były w pełnym marszu 
ku Galicyi, 25 listopada stanął oddział w Strzemieszycach. 
W Strzemieszycach panowało na ogół denerwujące oczekiwa- 
nie rozkazu wymarszu. Żołnierz polski pragnął jak najprędzej po- 
łączyć się z pułkiem Piłsudskiego. Panujące pod tym względem 
wątpliwości potęgowały tem więcej denerwujący nastrój oddziałów 
polskich. 
Wreszcie dnia 26 listopada o godz. 1 -szej w południe przy- 
jechał z Katowic kom. Brzoza z wiadomością, że wieczorem ba- 
taliony wyjeżdżają do Suchej. 
0 godz. 5 po poł. wyznaczono zbiórkę, odjazd nastąpił po 
godz. 10 wieczorem. 
Około godziny 3-ciej po poł. dnia 27 listopada — przejechano 
przez Kraków. Wielu z jadących Krakowian pragnęło, by chociaż 
na chwilę wysiąść z pociągu wojskowego, by zamienić z najbliż- 
szymi chociaż słów parę, chociaż jedno jedyne spojrzenie, lecz bóg 
wojny, porwawszy raz młodzież w swoje objęcia, nie pozwala na 
żadne sentymenty, lecz pcha żelazną mocą do spełnienia twardego, 
żołnierskiego obowiązku. 
1 wkrótce zniknęły z oczu pędzących w wir nowych walk 
ostatnie wieżyce umiłowanego sercem miasta. Wspaniała sylwetka 
starego zamku, dumnego pomnika minionych lepszych lat, skry- 
wała się powoli za wzgórzami, pogłębiając w młodej duszy pol- 
skiego żołnierza miłość dla nieszczęśliwej Ojczyzny, ryjąc w niej 
stygmat bezwzględnego oddania się Idei odbudowy Polski 
Wreszcie około godz. 8 -ej wieczorem pociąg stanął w Suchej. 
Powoli pustoszeją wozy; zbierają się żołnierze w mniejsze i większe 
grupy, poczem formują się w pochodową kolumnę. Część oddzia- 
łów zostaje w Suchej, a batalion VI-ty i artylerya około 12 w nocy 
odchodzi na kwatery do Makowa. 
Dzień 28 listopada był pierwszym dniem odpoczynku na ziemi 
100 
galicyjskiej. Po dwóch dniach, uzupełniwszy uzbrojenie, amunicyę 
i odzież, wyszły bataliony polskie na nowe pole walki. 
XI. Podhale. 
Równocześnie, gdy dwa bataliony Legionów zatrzymane zo- 
stały w okolicy Wolbromia i mężnie mimo znacznych strat po- 
wstrzymywały ataki piechoty i artyleryi rosyjskiej pod Krzywopło- 
tami, reszta batalionów Legionów polskich z brygadyerem Piłsudskim 
na czele pospieszyła na nowy teren wojny, obejmując poważne 
samodzielne zadanie obrony Podhala przed inwazyą rosyjską. 
Legionistom polskim, walczącym na Podhalu, niezwykle uła- 
twiało operacye wojenne przychylne stanowisko ludności tamtej- 
szej. Zachowanie się ludności podhalańskiej wobec Legionistów 
było serdeczne i najsympatyczniejsze pod każdym względem. 
„Człowiek oddycha swobodnie — wspominał później owe 
czasy brygadyer Piłsudski — czuje, że jest w Ojczyźnie, ma oto- 
czenie, które z nim sympatyzuje i dopomaga w czem może. Po- 
magali nam wszyscy bez wyjątku: chłopi okazali nadzwyczajną 
ofiarność i wysilali cały spryt góralski w oddawaniu nam usług. 
Szli nam na rękę drobni obszarnicy i obywatele ziemscy, nawet 
żydzi. A wprost nie znajdę słów zachwytu dla zachowania się 
księży, tak serdecznie nas przyjmowali, ostatnie wyciągali, byle 
tylko dopomódz, działali dla nas kazaniami na ambonie". 
Wywiady zawsze były doskonałe, współdziałało bowiem w tem 
wszystko; starzy i młodzi spieszyli z pomocą dla swoich. Po wkro- 
czeniu do wsi cała wieś była w ruchu, wszystko było zajęte my- 
ślą, jakby się przydać. Kobiety wyciągają resztki zapasów, byle 
uraczyć gości, czekają na każde skinienie; dopytują się, czy nie 
przyda się mleko, słoma, opał. Na kwaterach wysilają się, by dać 
oddziałom polskim możliwe wygody. 
Jednem słowem Podhalanie przyjęli Legiony polskie, jak wła- 
sne dzieci, na każdym kroku czuć było względem polskiego żoł- 
nierza macierzyńską opiekę. 
Rosyanin wszędzie znienawidzony; ludność nie ucieka, lecz 
z zaciętym uporem góralskim zostaje i obserwuje spokojnie obcych 
przybyszów, by później tem więcej im szkodzić. 
Żołnierze I-go pułku Legionów, mając przed sobą kilkakroć 
liczniejszego wroga, dokazali zadziwiających czynów waleczności. 
W potyczkach na Podhalu obok piechoty walczyli polscy ułani pod 
wodzą Beliny oraz oddział artyleryi kap. Brzozy. 
Słota i mrozy późnej jesieni oraz trudności terenu górskiego 
133 
poddały ciężkiej próbie wytrwałość polskiego żołnierza, z której 
wyszedł on zwycięsko, walcząc zawsze i idąc naprzód z niesły- 
chaną brawurą. 
Zaraz po przybyciu na nowy front udało się Legionistom 
dokonać świetnego czynu, który okrył nową chwałą tyle już za- 
służony pułk I-szy, zyskując dlań wstępnym bojem podziw i uzna- 
nie w szeregach armii austryacko-niemieckiej. 
Dnia 23 listopada, późnym wieczorem, dotarł oddział forso- 
wnym marszem do Dobrej, dużej wsi, leżącej w odległości 12 kim 
w linii powietrznej na zachód od Limanowej. 
Dobra położona jest przy spotkaniu się dwóch bardzo wa- 
żnych strategicznie gościńców: jednego I-szej klasy, prowadzącego 
z zachodu do Jordanowa, Mszany Dolnej na Limanową i Nowy 
Sącz, drugiego idącego niemal wprost ku północy przez Dobczyce, 
Wieliczkę do Krakowa, oraz przy niemniej ważnej strategicznie 
kolei, prowadzącej od Nowego Targu, z Węgier, od Żywca i Kra- 
kowa. Z tego powodu, jako punkt strategicznie bardzo ważny na- 
dawała się wybornie na utworzenie bazy operacyjnej przeciw armii 
rosyjskiej. 
W Dobrej jeszcze przed paru godzinami grasowali kozacy, 
rabując szczupłe mienie ludności góralskiej. Nic też dziwnego, że 
oddziały polskie przyjęła ludność jak zbawców, nie szczędząc wska- 
zówek, umożliwiających wytropienie Rosyan i pomszczenie krzywd 
doznanych. Wkrótce też nadeszła wiadomość, że w pobliskiej wio- 
sce górskiej, Chyżówkach, zakwaterował się na noc silny oddział 
kawaleryi rosyjskiej. 
Niezwłocznie wyruszyły dwie kompanie, jedna pod komendą 
por. Wacława Wieczorkiewicza, druga por. Tadeusza Olszyny, by 
nocnym atakiem zaskoczyć wroga i schwytać go w pułapkę. 
Cicho ruszyły oddziały wśród trzaskającego mrozu po górskim, 
nadzwyczaj trudnym terenie, pełnym dołów i rozpadlin. Siedm go- 
dzin trwał marsz trzykilometrowy i rozstawienie szyków. Wioska 
została otoczona ze wszystkich stron i na umówiony sygnał świe- 
tlny, świadczący o zajęciu wyznaczonych stanowisk, ruszyli legio- 
niści z nasadzonymi bagnetami do ataku. 
Jak zręcznie przeprowadzony został manewr, świadczą zezna- 
nia jeńców, zgodnie stwierdzających, że Rosyanie zostali najzupeł- 
niej zaskoczeni, nawet placówki nie miały czasu zaalarmowania 
obozu. Kilka stłumionych okrzyków, kilkanaście wystrzałów i bój 
ich był skończony. 
W ręku polskich żołnierzy został łup niezwykle obfity. Cały 
szwadron nieprzyjacielski został doszczętnie zniszczony, na placu 
legło czterech zabitych. Tylko pięciu żołnierzom udało się wydo- 
stać, reszta w liczbie 5 oficerów (rotmistrz, sztabrotmistrz i trzech 
104 
poruczników), 86 podoficerów i szeregowców dostało się do niewoli. 
Oprócz tego wzięto kilkadziesiąt koni, siodeł i broni. 
Szwadron zniszczony należał do 17 pułku ułanów rosyjskich. 
Wysłany został przez komendę swej dywizyi z Nowego Sącza 
w ważnych celach wywiadowczych. Skład szwadronu był specyal- 
nie i troskliwie dobrany z pośród najlepszych żołnierzy i koni pułku. 
Napad nocny na Chyżówki wyróżniony został w rozkazie 
dziennym komendy korpusu; dwaj żołnierze otrzymali medale wa- 
leczności. 
Ze strony polskiej zginął z rany w głowę podoficer Eugeniusz 
Buczyński, sekcyjny II batalionu, drugiej kompanii; rany odnieśli 
podpor. Jan Świątecki-Taczewski, plutonowy II batalionu drugiej 
kompanii i szeregowiec Nicefor Sowa. 
Po śmiałej i zwycięskiej wyprawie na Chyżówki rozkwatero- 
wał się pułk w Jurkowie. Trzeciego dnia pobytu w tej miejsco- 
wości, t. j. 26 listopada batalion IH-ci pod wodzą Sława otrzymał 
rozkaz wymarszu od Słopnic królewskich i posunięcia się o ile mo- 
żności najdalej w kierunku Limanowej. Ponieważ straż przednia 
batalionu stwierdziła obecność słabych rosyjskich patroli tylko 
w stronie Kamienicy, przeto batalion odmaszerował do Limanowej, 
gdzie stanął kwaterą. Zastał tam już kwaterę austryacką, której 
sieć patroli sięgała aż do Kaniny, odległej o 7 kim. od Nowego 
Sącza. 
Noc z 26 na 27 listopada i poranek upłynęły spokojnie. Do- 
piero około południa doniosły patrole konne o zbliżaniu się gościń- 
cem nowosądeckim 3 szwadronów ułanów rosyjskich; równocześnie 
wzdłuż toru kolejowego posuwały się dwa szwadrony z artyleryą. 
Trąbki zagrały na alarm i wkrótce potem batalion IH-ci ob- 
sadził przystanek kolejowy i drogę prowadzącą do Starej Wsi. 
Kompania piąta otrzymała rozkaz obsadzenia cokolwiek odległej 
szosy. Zaledwie zdążyła przebyć połowę drogi, gdy dostała się 
w silny ogień artyleryi rosyjskiej, która szybko zdołała się wstrze- 
lać w polskie szeregi. Ze spokojem starych weteranów rozwinęła 
się kompania pod gradem w koło pękających szrapneli. Zaraz 
w pierwszej chwili padł oficer Stopyra, ugodzony nieprzyjacielskim 
pociskiem. Omdlały z bólu zdołał jeszcze wydać rozkaz przesunię- 
cia swego plutonu. 
Pod strasznym ogniem artyleryjskim i karabinowym spieszo- 
nej kawaleryi batalion IH-ci utrzymał swe stanowisko do zmierz- 
chu. W walce było sporo denerwujących momentów. Tak np. pią- 
tej kompanii wyszedł cały zapas naboi i byłaby się stała zupełnie 
bezbronną, gdyby nie pomoc jednego z dzielnych ułanów Beliny, 
135 
który pod silnym ogniem nieprzyjacielskim w pełnym galopie do- 
tarł do oddalonych oddziałów austryackich i przywiózł potrzebną 
amunicyę. 
Pod osłoną nocy cofnął się batalion Ill-ci do Łososiny, gdzie 
już oczekiwała go pomoc dwóch kompanij I-szego batalionu. 
Na nowych pozycyach miały miejsce nazajutrz drobne utarczki 
z kawaleryą rosyjską. Jeden z plutonów kompanii Wira dopuścił 
do siebie 50-ciu jeźdźców liczący patrol rosyjski na odległość 30—40 
kroków i dopiero wówczas przyjął go salwą; kilku Rosyan padło, 
wielu ranionych zdołało się cofnąć pospiesznie. 
Batalion IH-ci w czasie tych walk zajmował pozycye w do- 
linie Chyżówki, położonej między wzgórzami Mogilnicą i Łupieniem 
i w dniu 28 listopada rozbił po krótkiej walce patrol kawaleryi 
rosyjskiej; jeden z oficerów rosyjskich padł, a dwóch kawalerzy- 
stów wzięto do niewoli. Patrol należał do 17 pułku huzarów. 
Tegoż dnia otrzymał batalion rozkaz cofnięcia się do Słopnic, 
dokąd zmierzał także batalion V-ty i część pierwszego. Nowe po- 
zycye pod Słopnicami obsadził batalion IH-ci oraz część brygady 
kawaleryi, popartej przez bateryę artyleryi. 
Aby umożliwić batalionowi Ill-mu zajęcie nowych stanowisk, 
mimo wyczerpania poprzedniemi walkami batalion V-ty rozwinął 
linię tyralierską przed Słopnicami i mimo silnego ognia konnej 
artyleryi rosyjskiej i pięciu szwadronów ułanów, wytrwał do go- 
dziny pierwszej w południe i dopiero po spełnieniu swego zadania 
przeszedł do rezerwy. 
W międzyczasie patrol wysłany w kierunku Tymbarku przy- 
niósł wiadomość, że rozkwaterowała się tam artylerya i kawalerya 
rosyjska. Natychmiast wysłano na Tymbark batalion pierwszy Le- 
gionów polskich, przydzieliwszy mu karabin maszynowy, aby woj- 
ska rosyjskie zaalarmować. 
Batalion pod komendą Kuby-Bojarskiego wywiązał się z za- 
dania doskonale. Posunąwszy się pod Tymbark od strony Limano- 
wej, otworzył silny ogień na miasteczko. Zaalarmowany garnizon 
rosyjski rozwinął natychmiast front w kierunku Limanowej. Rosya- 
nie, nie zoryentowawszy się widocznie, z jakiemi siłami mają do 
czynienia, po krótkiej lecz zawziętej walce ustąpili z miasteczka 
w kierunku Nowego Sącza. Za ustępującymi Rosyanami podążyły 
wojska austryackie, których rezerwę stanowił batalion IH-ci Legio- 
nów polskich. Tymbark był wolny. 
Oddziały polskie, stojące w dolinie Słopnicy, słały patrole 
w kierunku nieprzyjaciela. Między innemi wysyłano patrole w stronę 
Limanowej, gdzie z powrotem rozgościli się Rosyanie. Jeden z tych 
patroli w sile czterech ludzi natknął się w Limanowej na przewa- 
żające siły rosyjskie i w walce nierównej uległ przemocy. Epizod 
104 136 
ten opisuje Hugo Schulz, korespondent dziennika „Arbeiter Ztg." 
w następujący sposób: 
„W początkach grudnia mieszkańcy Limanowej byli świadkami 
strasznego widowiska. Patrol Legionistów polskich, złożony z czte- 
rech ludzi, z niezwykłą odwagą wpadł na koniach do Limanowej. 
Momentalnie za nimi popędziła cała sotnia kozaków. Czterech mło- 
dzieńców, odciętych ze wszystkich stron, musiało przyjąć walkę 
z setką wrogów. Strzelali, rąbali z rozpaczliwem męstwem, aż 
wreszcie trzech śmiertelnie rannych spadło z koni; jednemu, aczkol- 
wiek również rannemu, udało się silnemi cięciami szabli przebić 
się. Z trzech leżących na ziemi jeden jeszcze żył i ciężko dysząc, 
prosił o księdza. Kozacy z drwinami odmówili prośbie, kopniakami 
odrzucili na bok ciało umierającego Legionisty".... 
Moment powyższy dokładnie charakteryzuje naturę żołnierza 
polskiego. Mimo dwudziestopięciokrotnej przewagi Polak-żołnierz 
nie waha się przyjąć nierównej walki z odwiecznym wrogiem, a nad 
niewolę carską przekłada śmierć chwalebną na placu boju. 
Po zajęciu Tymbarku pułk Piłsudskiego ruszył forsownemi 
marszami przez Limanową do Koniny i Wysokiego. Gołoledź i nie- 
równe górzyste drogi wielce utrudniały marsze. Oddziały polskie 
zajmowały miejscowości, w których przed kilkoma jeszcze godzi- 
nami grasowały wojska rosyjskie. To też wszędzie witano je ra- 
dośnie. Były to wyjątkowe chwile, w których strudzony żołnierz 
mógł trochę oddechu zaezerpnąć. Tylko ułani Beliny w okolicach 
Wysokiego przez całą noc z 4 na 5 grudnia mieli utarczki z pa- 
trolami rosyjskimi. 
W operacyach wojennych I-go pułku Legionów w Sądecczy- 
źnie brała wybitny udział IV-ta i V-ta baterya artyleryi Legionów 
pod komendą kap. Brzozy. 
Zaledwie rozkwaterowano się w Makowie, dokąd przybyto po 
bitwie pod Krzywopłotami na odpoczynek, gdy rozkaz komendy 
powołał artyleryę do wymarszu do I-go pułku Legionów. Po jedno- 
dniowym odpoczynku wyruszono ponownie w bój z małemi sta- 
rego typu górskiemi działkami na szybkostrzelne, nowocześnie skon- 
struowane, wielkokalibrowe działa rosyjskie. 
Do Mszany dojechano koleją, poczem rozpoczęto marsz w kie- 
runku Limanowej. 
Pierwsza pozycya, którą zajęła artylerya polska, była na Czar- 
nym Grzebieniu koło wsi Gostówki. Góra była dość wysoka, droga 
na szczyt uciążliwa. 
Częścią na chłopskich saneczkach, częścią na własnych rękach 
wyciągnięto na grzbiet góry małe armatki. Teraz po raz pierwszy 
młodzi artylerzyści byli zadowoleni, iż armatki ich są tak małe, 
że je trzech żołnierzy wyciągnąć może. 
Zaledwie jednak przydzieleni saperzy zdołali zrobić dla dział 
odpowiednie osłony, gdy przyszedł rozkaz porzucenia zajętych sta- 
nowisk. Musiano iść naprzód, Rosyanie bowiem, których straże 
przednie i patrole posunęły się daleko za Limanowę, cofnęli się 
pospiesznie aż do Nowego Sącza. 
W dniu 5 grudnia rozpoczyna się dla pułku I-go polskich 
Legionów okres najzaciętszych walk. 
Był to okres wojny z Rosyą niezmiernie ważny, zależało bo- 
wiem nadzwyczajnie na odrzuceniu z pod Krakowa przemożnego 
wroga, który posiadłszy lub cernowawszy twierdzę, zagroziłby po- 
ważnie monarchii austryacko-węgierskiej. 
W bojach tych mała garstka miłością Ojczyzny natchnionych 
żołnierzy polskich stawiała dzielnie i skutecznie czoło całej armii 
wroga. 
Rankiem rozpoczął się z Wysokiego marsz za ustępującym 
pospiesznie wrogiem w kierunku Nowego Sącza. Górskiemi drogami, 
które słoty jesienne i pierwsze mrozy doprowadziły do najgorszego 
stanu, cztery bataliony pierwszego pułku dotarły do Chomranic, 
Woli Marcinkowskiej i Marcinkowic, aby z tych stanowisk zagro- 
zić nieprzyjacielskiemu skrzydłu. 
Już zmrok zapadał, gdy pionierzy rozpoczęli budowę mostu 
na Dunajcu. Otrzymane meldunki kawaleryjskie stwierdzały, że 
droga do Nowego Sącza z wyjątkiem Rdziostowa i Trzetrzewiny 
jest wolna. Uplanowano zatem nocny atak na Nowy Sącz, miano 
bowiem nadzieję, że niespodziewanym atakiem uda się wyrzucić 
stojące w Nowym Sączu wojska rosyjskie. Siła Rosyan wynosiła 
dywizyę konnicy i dwie baterye dział. Nie łudzono się bynajmniej, 
że z łatwością przyjdzie wyrzucenie z miasta przeważającego licze- 
bnie nieprzyjaciela, dysponującego lepszą artyleryą i mającego mo- 
żność ściągnięcia w czasie boju większych posiłków. W najgorszym 
jednak razie sądzono, że związawszy pod Nowym Sączem większe 
nieprzyjacielskie siły, dopomoże się armii austryackiej do zwycię- 
stwa na innym punkcie. 
Wieczorem 5 grudnia na wzgórzach pod Rdziostowem usta- 
wiono artyleryę Legionów, która miała za zadanie ostrzeliwać sta- 
nowiska artyleryi rosyjskiej koło linii kolejowej, ewentualnie osła- 
niać odwrót w razie nieudania się ataku na Nowy Sącz. Nowy 
Sącz leżał przed pozycyami artyleryi jak na dłoni. Wytoczono ar- 
maty na pozycye, a ponieważ nie było rozkazu strzelania, a ludzie 
byli przemęczeni kilkudniowym uciążliwym marszem, pozwolono 
im wypocząć. Pomimo zmęczenia byli artylerzyści w doskonałym 
humorze; cieszyli się, że będą mieli sposobność wypróbować znowu 
104 
na Rosyanaeh skuteczność swych „werndli na kółkach", jak nazy- 
wano popularnie małe armatki. 
Z zapadnięciem nocy z 5 na 6 grudnia oddział ułanów Be- 
liny przeprawił się wpław przez Dunajec, aby zbadać okolicę. 
Zaraz pod Dąbrową, położoną w odległości dwukilometrowej 
od rozchodzącego się w tem miejscu na dwa łożyska Dunajca, na- 
tknęli się ułani na dwa szwadrony 32 pułku kozaków dońskich. 
Rozwinęła się walka, w której padło kilku kozaków, kilku zostało 
rannych, a dwóch wzięto do niewoli. Oprócz tego zdobyli ułani 
13 koni kozackich. 
Zeznania jeńców miały znaczny wpływ na działania Piłsud- 
skiego. Donieśli oni mianowicie zgodnie, że na Nowy Sącz idzie 
nowy korpus rosyjski, co tem więcej zasługiwało na zaufanie, że 
polskie patrole natknęły się w okolicy Dąbrowy na nowe, dążące 
od wschodu siły rosyjskie. 
Zaniechano przeto ataku na Nowy Sącz, a tylko polecono 
artyleryi ostrzeliwać most przed Nowym Sączem. Około godziny 
trzeciej nad ranem usłyszano wyraźne odgłosy trenów, poruszają- 
cych się na szosie, prowadzącej z Dąbrowy do Nowego Sącza po 
tamtej stronie Dunajca. Wydano przeto artyleryi rozkaz rozpoczę- 
cia ognia. Natychmiast otworzono silny ogień artyleryjski we wska- 
zanym kierunku, wskutek czego tren na całej linii zatrzymał się. 
Zdołano jednakże wystrzelić zaledwie po kilkanaście granatów 
i szrapneli, gdy przyszedł nagle rozkaz do odwrotu. W nocy woj- 
ska austryackie, działające razem z trzema batalionami polskimi, 
zmieniły stanowiska. 
Szybko ściągnięto armaty z pozycyi. Ponieważ artylerzyści 
nie jedli nic od 4 grudnia z wyjątkiem odrobiny czarnej kawy, 
którą ubiegłego dnia pili na śniadanie, kap. Brzoza kazał się udać 
artyleryi do Chomranic, gdzie miało już czekać jedzenie. Lecz nie 
tyle jedzenia pragnął każdy z artylerzystów, co spoczynku. 
O świcie 6 grudnia kawalerya Beliny przeszła ponownie wpław 
przez Dunajec, aby wybadać nieprzyjacielskie stanowiska. Gdy 
tylko ułani polscy znaleźli się na przeciwnym brzegu rzeki, Ro- 
syanie rozpoczęli gwałtowny ogień ze wszystkich gatunków broni. 
W tej chwili okazało się dopiero, źe polskie bataliony miały na- 
przeciw siebie nie tabory — jak mylnie sądzono w nocy — lecz 
cały korpus rosyjski. Był to wspaniały, lecz zarazem straszny wi- 
dok, gdy polscy ułani wśród gęsto wybuchających szrapneli i gradu 
kul karabinów maszynowych i zwykłych, pędzili w pełnym galopie 
wzdłuż nieprzyjacielskich pozycyj w odległości 500 kroków. Do- 
piero pobliski las osłonił kawalerzystów polskich od nieprzyjaciel- 
139 
skiego ognia. Mimo widocznej olbrzymiej przewagi, wobec której 
szwadron ułanów polskich stawał się niewinną igraszką na polu 
walki, nie cofnął się Belina ku swoim za Dunajec, lecz zająwszy 
pozycyę w lesie, nie ustąpił z niej wcześniej, aż celnym ogniem 
nie wystrzelał niemal całej obsługi najbliżej leżących bateryj rosyj- 
skich, poczem dopiero, przyciśnięty mrowiem piechoty, pod szalo- 
nym ogniem przeprawił się wpław przez rzekę. 
W sytuacyi, z której, zdawało się, jeden człowiek nie wyj- 
dzie, skończyło się na 15 rannych i stracie 22 koni. Siedmiu uła- 
nów zaginęło, lecz wkrótce znalazło się pięciu, dwóch zaś ostatnich 
zgłosiło się dopiero w Nowym Sączu w przebraniu cywilnem. 
Mimo gwałtownego rosyjskiego ataku na Marcinkowice z dwóch 
stron: od Rdziostowa i Dąbrowy, nie zaniechał Piłsudski myśli 
ofenzywy na Nowy Sącz. Część III-go batalionu wysłał na linię 
Marcinkowice-Rdziostów, która pod silnym ogniem artyleryi i ka- 
rabinów maszynowych nieprzyjacielskich rozwinęła się i zajęła sta- 
nowiska, położone o wiele niżej niż rosyjskie. Żołnierz polski wy- 
trwał l 
1 
/^ godziny pod piekielnym ogniem rosyjskim, nie pozwa- 
lając wielkiej nawale wroga ani krok posunąć się naprzód. 
Dla przedłużenia frontu wysłano kompanię z I-go batalionu 
pod komendą Władysława Milki. Kompania dostała się odrazu 
w straszny ogień szrapneli. Nieprzyjaciel, który przeciwko nieli- 
cznemu polskiemu oddziałowi wysłał do ataku dwa pułki, ostrze- 
liwał front polski nie tylko z frontu ale także od lewego skrzy- 
dła. Były to straszne chwile. Komendant Milko padł ugodzony od- 
łamkiem szrapnela, obok niego padło sześciu żołnierzy. 
Jednocześnie z kompanią Milki otrzymał kap. Brzoza rozkaz 
zajęcia stanowisk i ostrzeliwania oddziałów rosyjskich, posuwają- 
cych się od Rdziostowa. Zaledwie przeto wypoczywający chłopcy 
zdążyli rozgościć się na świeżych kwaterach, a jeden z nich roz- 
począł na fortepianie poloneza Chopinowskiego, gdy przyszedł roz- 
kaz wymarszu. 
Jechano niedaleko. Tuż za Chomranicami, na niewielkiem 
wzgórzu, położonem na wschód od wioski, zajęto pozycye. Baterya 
IV-ta miała strzelać, baterya V-ta była w rezerwie. 
Kap. Brzoza objął komendę i począł się przystrzeliwać. Cel 
jednakże dla małych dział okazał się za daleki. Brzoza przeto wy- 
szedł z oficerami na front, by wyszukać pozycyę nieprzyjacielską, 
którąby się dało z artyleryi Legionów skutecznie ostrzeliwać. 
Wtem rozpoczęła się na prawem skrzydle jakaś gorączkowa 
strzelanina. Nie zwracano na to wcale uwagi. Wreszcie poczęły 
padać gęsto kule, ale i to nie zaniepokoiło zbyt wiele artylerzy- 
stów, uważali je bowiem za zbłąkane. 
Strzały jednak przybliżały się coraz bardziej. Wtem zjawia się 
100 
nagle patrol kawaleryjski, złożony z kilku ułanów i donosi, że tuż 
obok na prawem skrzydle są Rosyanie. 
Czemprędzej sprowadzono ze wzgórza armaty i cofnięto się 
na zachód. 
Okazało się, iż siły rosyjskie w ostatniej chwili zajęły Trze- 
trzewinę, rozsunęły linię na dominującej szosie i poczęły z prawej 
flanki zagrażać polskiemu oddziałowi. Wówczas brygadyer Piłsud- 
ski, spokojny jak zawsze, panujący nad sytuacyą niezwykle umie- 
jętnie, zarządził odwrót batalionów polskich do Pisarzowej. Na po- 
bojowisku zostało kilkunastu rannych pod opieką patrolu sanitar- 
nego, złożonego z komendanta Oberharda ze Lwowa, Lublingera, 
Sikorskiego i Świderskiego. Ponieważ Rosyanie musieli po walce 
zmienić pozycye, pozostawili rannych, biorąc jedynie do niewoli 
sanitaryuszy. 
Odwrót dokonany był pod osłoną artyleryi Legionów. 
Była już godzina 4 po południu, gdy artylerya zajęła trzecią 
w ciągu 6 grudnia pozycyę. Ustawiwszy się popod chałupami, 
w ukryciu za drzewami, oczekiwano w zupełnem pogotowiu na- 
dejścia Rosyan. Co chwila przed artyleryą polską przechodziły 
kompanie Legionów, zrazu częste, potem coraz rzadsze oddziały. 
Wreszcie przeszła cała piechota. Rosyanie nie nadchodzili, wobec 
czego podążono za pułkiem. 
W nocy z 6 na 7 grudnia zajęto nową pozycyę. Piechota 
szybko się okopała w nowej linii, wstrzymującej nową ofenzywę 
Rosyan w kierunku Limanowej. IV i V baterya zajęły pozycye 
w oddaleniu 150 kroków od linii polskiej piechoty. Artylerya, 
przygotowana do rozpoczęcia ognia, czekała nadejścia kap. Brzozy. 
Wtem ukazała się w dali linia rosyjskiej piechoty, rozrzuconej 
w tyraliery, idącej naprzód. V-ta baterya pod komendą porucznika 
Śniadowskiego i podpor. Kownackiego i Boruckiego rozpoczęła 
ogień. Wkrótce za nią odezwała się IV-ta baterya pod komendą 
Bolesławicza. Na strzały polskiej artyleryi odpowiadali Rosyanie 
strzałami karabinowymi. 
Nagle około pozycyi IV-tej bateryi w oddaleniu 100 kroków 
od niej pękają dwa szrapnele rosyjskie. Wkrótce za nimi, ale już 
w bliższej odległości pękają następne dwa. Rosyanie rozpoczęli 
IV-tą bateryę ostrzeliwać. 
Dym, wydzielany obficie przy każdym wystrzale przez sta- 
rego typu armaty, zdradził pozycye polskie. Komendant Bolesła- 
wicz prędko zoryentował się w sytuacyi i rozkazał ludziom scho- 
wać się do pobliskich domów. Na opuszczoną pozycyę posypał się 
grad kul szrapnelowych i odłamków granatów, nie wyrządzając 
żadnej szkody. Tylko w stodole, obok położonej, granat przebił 
dach i wywalił drzwi. 
Artylerya polska po raz pierwszy była ostrzeliwaną z dział. 
141 
Chrzest ogniowy, otrzymany przez nią pod Krzywopłotami, gdzie 
artylerya stała jedynie pod gradem kul karabinowych, zbladł wo- 
bec chrztu armatniego. 
Przy tej sposobności obserwowano taktykę artyleryi rosyjskiej. 
Artylerya rosyjska nigdy nie strzela w jedno miejsce, lecz wyma- 
cawszy wroga i wypłoszywszy go z ukrycia, ostrzeliwuje przypu- 
szczalną drogę jego odwrotu. 
Skoro tylko ogień artyleryi nieprzyjacielskiej ustał, wrócili 
artylerzyści do swoich nieuszkodzonych armat. 
W czasie ostrzeliwania przez Rosyan IV-tej bateryi, V-ta ba- 
terya, będąca pod ustawicznym ogniem karabinowym, nie prze- 
stała strzelać w okopy rosyjskie. Wkrótce zawtórowały jej armaty 
IV-tej bateryi. 
Po pewnym czasie zjawił się ulubiony przez artylerzystów 
kap. Brzoza. Wszyscy byli pewni, że odpowie on Rosyanom go- 
dnie na ich strzały. Tak się istotnie okazało. Brzoza kazał czem- 
prędzej ustawić armaty IV-tej bateryi między domami i drzewami 
i, wyznaczywszy poszczególnym armatom dystans, rozpoczął ogień. 
Osobiście Brzoza objął komendę nad dwoma armatami, drugą 
i trzecią. Komendę nad pierwszą objął Bolesławicz, nad czwartą 
por. Hertel. 
Armaty grzmiały. Ogień stawał się coraz szybszy; ostrzeli- 
wano rezerwy rosyjskie, stojące w lesie. Rosyanie na każdy strzał 
odpowiadali salwą, kule ich jednak nie wyrządzały żadnej szkody — 
szły górą. 
Nad pracującymi zawzięcie artylerzystami stał Brzoza i przy- 
naglał do jeszcze większego pośpiechu, jakby chciał ze swoich 
„werndli na kółkach" uczynić szybkostrzelne działa. Obsługa do- 
bywała ostatnich sił, ogień stawał się coraz szybszym. 
Każda armata chciała wystarczyć za bateryę. I wkrótce pierw- 
sza armata zdobyła rekord: w stosunkowo krótkim czasie oddała 
102 strzały. 
Ogień nieprzyjacielski stawał się coraz słabszy, wreszcie ucichł 
zupełnie. Zjechano z pozycyi. Zadanie artyleryi polskiej zostało 
spełnione. 
Tego samego dnia nadeszła do kap. Brzozy depesza z Wie- 
dnia, donosząca, że nowe armaty dla jego artyleryi są już w dro- 
dze. Na wieść o tem zapanowała między artylerzystami ogromna 
radość. Nikt nie czuł już zmęczenia, wszystkich ogarnęła gorączka 
zobaczenia nowych dział. 
Oczekując na nowe działa, artylerya Legionów udała się na 
kwatery naprzód do Limanowej, a następnie do Nowego Targu. 
W Pisarzowej I-szy i Ill-ci batalion pozostał przez cały dzień 
7 grudnia i wytrzymał z pomocą artyleryi Brzozy napór przewa- 
żających sił rosyjskich. 
104 
O dalszym udziale Legionów polskich w wielkiej bitwie pod 
Limanową, korespondent wojenny „Wiener Allgemeine Zeitung", 
przebywający w wojennej kwaterze prasowej, pisze między innemi: 
„9 grudnia wybuchły zacięte bitwy o wzgórza pod Lima- 
nową. W tym dniu oddział polskich Legionistów 
uderzył na prawe skrzydło rosyjskiej grupy pod 
Limanową w pobliżu Zalesia i z brawurą odrzucił 
nadjeżdżającą sotnię ko zaków. Wciąż gorętszą stawała 
się walka od Grabia do Limanowej. Rosyanie potrafili z powrotem 
zdobyć pewne wzgórze, odebrane już pod Rajbrotem i przypu- 
szczali straszne ataki na Limanową. 
Napróżno jednak. 
Tymczasem przez Grybów nadchodziły idące przez Karpaty 
oddziały ku linii Grybów—Nowy Sącz. Kulminacyjnym punktem 
bitwy był 11 grudnia. Napróżno Rosyanie próbowali przełamać 
front pod Niepołomicami. Idącym od Limanowej oddziałom gen. 
Arzta udało się otoczyć wyżynę na wschód od Zalesia, podczas 
gdy oddział z nad Dunajca i zwycięski (pod Zalesiem) Legion 
po nowem zwycięstwie pod Lipkiem wykonały atak 
na N. Sącz, któremu zagrażała jednocześnie austryacka kawałe- 
rya, sunąca od doliny Popradu. 
Pod tym naciskiem zewsząd napierających karp. oddziałów, 
Rosyanie rozpoczęli odwrót, który miejscami zamienił się w ucieczkę". 
Do Nowego Sącza wszedł Piłsudski w niedzielę 13 grudnia 
wieczorem. Mimo zmierzchu dostrzegli mieszkańcy wkroczenie 
swoich dzieci. Tłumy zbiegły się na powitanie. Zabrzmiały wiwaty, 
okrzyki radości, starzy ludzie z rozrzewnienia płakali, rzucano się 
wzajem na szyję. Zbiegowisko było tak wielkie, że oddziały posu- 
wać się nie mogły; wciąż rozlegały się okrzyki: „Niech żyje Pił- 
sudski!" Tłum tak oblęgł ubóstwianego wodza, że kasztanka jego 
kroku stąpić nie mogła. Belinę i jego ułanów obrzucono kwiatami. 
Pułk stanął w szeregach na rynku, poczem zaczęło się roz- 
kwaterowywanie. Kwatermistrze pułkowi mało mieli pracy, gdyż 
publiczność wprost rozchwytywała Strzelców do swych mieszkań. 
Goszczono ich najserdeczniej, zaszczytnem było dla najuboższego 
przyjąć u siebie Strzelca i dać mu możliwe wygody; odstępowano 
jedyne nieraz łóżko w mieszkaniu. 
W Nowym Sączu pozostał Piłsudski tydzień. Wolne chwile 
poświęcono na odpoczynek i reorganizacyę wewnętrzną. 19 grudnia 
rozwinięto pułk w brygadę, a komendantem I-go pułku został ma- 
jor Śmigły, były komendant III-go batalionu. 
20 grudnia ruszyła brygada Piłsudskiego do dalszej walki, 
143 
żegnając życzliwe miasto, wzajem żegnana serdecznie przez całą 
ludność gorącemi życzeniami zwycięstwa. 
Zbliżały się ku niej zwolna wielkie i krwawe dni Łowezówka. 
XII. Łowczówek. 
Dnia 20 grudnia po południu wszystkie bataliony Brygady 
Piłsudskiego, odpoczywające w Nowym Sączu, były już gotowe 
do wymarszu. Na rynku sformowały się w pochodową kolumnę. 
Orkiestra zagrała: „Hej Strzelcy wraz!" Mieszkańcy Nowego Sącza 
tłumnie wylegli na rynek i ulice, któremi mieli przechodzić Strzelcy 
i z żalem żegnali odchodzących. 
Na czoło kolumny wyjechał podpułk. K . Sosnkowski z kilku 
oficerami. Jedna z pań podała mu białe chryzantemy, chce coś 
powiedzieć, lecz ze wzruszenia brak jej słów. Śiwowłosy staruszek, 
żegnający Legiony polskie w imieniu miasta, długi czas stoi ze łzami 
w oczach i patrzy się w te drogie sercu polskiemu szare kolumny, 
nie mogąc wydobyć z siebie jednego słowa... 
Wreszcie żegna, w kilku serdecznych słowach żegna odcho- 
dzących... 
Słońce już zachodziło, gdy oddziały polskie ruszyły drogą do 
Zbyszyc na Paleśnicę, dążąc tam, gdzie jeszcze z wrogiem odwie- 
cznym Wolnej Polski wrzał zawzięty bój. 
Tam musiał być i żołnierz polski, bo walka z Moskwą toczy 
się i o jego prawa, o niepodległość jego ojczyzny. 
Droga była wielce uciążliwa i smutna. Tu i ówdzie widnieją 
świeże ślady zaciętych walk, zmagania się człowieka z człowie- 
kiem, kultury z kulturą. Tam i sam porzucone na gościńcu, na 
polach puste blaszanki konserw, wdeptane w błoto naboje, stare 
czapki żołnierskie. Poranione i połamane kulami drzewa, rozwa- 
lone granatami chaty, zgliszcza spalonych zagród chłopskich — 
uzupełniają smutny obraz. 
22 grudnia 1914 r. ponure, wietrzne południe zastało Bry- 
gadę Piłsudskiego w okolicy Brzezia, skąd widać było lesiste, pię- 
kne góry. Teren, leżący przed batalionami polskimi, objęty był 
walką. Pewne jego przestrzenie zalegała podejrzana cisza, w in- 
nych toczyły się walki karabinowe. 
Było to nieopodal Łowezówka, położonego na południe od 
Tarnowa, w odległości 12 kim. nad rzeczką Białą, prawobrzeżnym 
dopływem Dunajca. 
Oddziały polskie wstępowały w czterodniowy krwawy bój. 
Na froncie krakowskim stały rosyjskie korpusy: 9, 10, 11 
145 129 
i 21, które razem tworzyły armię Radki Dimitriewa. Pod Łow- 
czówkiem stał 21-szy korpus, znany jako speeyalista ataków na 
bagnety. Z takim to wrogiem, który do tej pory tylko zwycięstwa 
miał za sobą, miał się zmierzyć żołnierz polski... 
Komendę główną nad siłami polskiemi z powodu wyjazdu 
brygadyera Piłsudskiego do Wiednia, miał jego szef sztabu, podpułk. 
Sosnkowski. 
Rozkaz, otrzymany przed rozpoczęciem boju przez Brygadę 
Piłsudskiego, da się streścić do następujących kilku wyrazów: 
Stanowiska rosyjskie szturmem wziąć i trzymać do pewnego okre- 
ślonego czasu. 
Miano wyprzeć nieprzyjaciela z pozycyi, które rano przewa- 
żającą siłą odebrał, opanować Mesznę szlachecką i wzgórza, odno- 
śną na karcie znaczone cyfrą. 
Po południu 22 grudnia, po parogodzinnem staniu pod lasem, 
pułk I-szy Legionów rozsunął się w linię tyralierską, posuwając 
się w las. Las, który wziąć należało, ostrzeliwała już szrapnelami 
artylerya austryacka. 
Atak, prowadzony przez majora Śmigłego-Rydza, począł ob- 
ciskać wzgórza. W szczegółach wykonywali zadanie K. Herwin- 
Piątek i Bukacki. Padła komenda: „bagnet na broń" i w najwięk- 
szej możliwie ciszy posuwano się naprzód. Batalion Ill-ci, a szcze- 
gólnie druga jego kompania pod dowództwem por. Tatara miała 
do przebycia najgorszy teren. Po jarach i wertepach, skacząc po 
kamieniach, to znów po bagnistym gruncie, kompania druga po- 
suwała się naprzód. 
Kompania szła tak przez pół godziny naprzód — gdy nagle 
huknęły z góry salwy karabinowe i karabin maszynowy. 
Oddział przypadł do ziemi i czołgając się, posuwał się zwolna 
pod górę. Była to ostatnia górka, jaką miano przebyć. 
Kompania pozostawała ciągle pod silnym ogniem karabino- 
wym, mimo to w łączności z innemi kompaniami posuwała się 
stale naprzód. Było kilku rannych i zabitych. Jeden z pierwszych 
zginął podp. Szczepański, raniony został podp. Orłowicz-Brzeszczot 
oraz kilku podoficerów i żołnierzy. 
W największym porządku, w równej linii, czołgając się, po- 
suwał się batalion Ill-ci naprzód. Nagle, na lewem jego skrzydle, 
rozległ się gromki okrzyk „hurra". To Strzelcy poszli do ataku na 
bagnety. Równocześnie i kompania Tatara zerwała się do ataku, 
z głośnym okrzykiem „hurra" biegnąc naprzód. Po trzykroć pa- 
dano i zrywano się. 
Strzały nieprzyjacielskie poczęły rzednąć, wreszcie zupełnie 
ucichły. Oddziały polskie dobiegły do okopów rosyjskich. Rosyanie, 
naciskani z dwóch stron, to przewagą ognia, to znowu obejściem 
flankowem polskiej tyralierki, poddawali się masami. Dzień pierw- 
szy przyniósł oddziałom polskim przeszło 400 jeńców. Po lesie roz- 
poczęło się polowanie za uciekającymi Rosyanami. 
Na skraju lasu były opuszczone okopy armii austryackiej; 
w nich rozłożył się batalion Ill-ci. 
Z zapadnięciem nocy poprawiono okopy i zbierano rosyjskie 
karabiny i amunicyę, którą Rosyanie, uciekając w popłochu, po- 
rzucili. Z karabinów tych strzelano później, gdy batalionowi Ill-mu 
zabrakło amunicyi. 
Mniej więcej w godzinę po zajęciu rosyjskich rowów strze- 
leckich leśną drogą zbliżyło się do okopu kilku Rosyan, nie wie- 
dząc nic o zajęciu pozycyj rosyjskich przez oddziały polskie. Byli 
to sanitaryusze i żołnierze, którzy wieźli do swoich prowianty — 
wóz mięsa rosołowego i wodę. Oczywiście zabrano ich zaraz do 
niewoli, a żywność rozdzielono pomiędzy polskie kompanie. 
Patrole polskie sięgały daleko w teren nieprzyjacielski i zrę- 
cznymi podchodami przyprowadzały licznych jeńców, od których 
otrzymywano często pierwszorzędnej doniosłości informacye. Między 
innemi nadzwyczajną śmiałością odznaczył się podof. Gustaw Świ- 
derski, który na czele patrolu z 9 ludzi złożonego, wziął do nie- 
woli wyższych oficerów Benderskiego pułku z pułkownikiem na 
czele, zagarniając ich w budce dróżnika przy stacyi telefonicznej, 
we wsi jeszcze przez nieprzyjaciela obsadzonej. Oprócz pułkownika 
wzięto 3 oficerów i 28 żołnierzy. 
Prawdziwie polska odbywała się bitwa: Na froncie trwa 
gwałtowna kanonada, a z linii bojowej na tyły wojsk prowadzą 
17-letni Strzelcy we dwóch, we trzech po 20, 30 jeńców rosyjskich, 
chłopów rosłych i silnych jak tury. 
Noc dotkliwie dała się we znaki oddziałom polskim. Deszcz 
lał niemiłosiernie prawie całą noc, w rowach robiło się błoto, a żoł- 
nierz musiał czuwać, by nie być zaskoczonym przez nieprzyjaciela. 
Pierwsza noc upłynęła na ogół spokojnie; tylko od czasu do 
czasu tu i ówdzie odzywały się strzały nieprzyjacielskie. Z polskiej 
strony miejscami odpowiadano na nie salwami — jeżeli cel był 
znany, miejscami zbywano je milczeniem, nie chcąc tracić amunicyi. 
Dzień 23 grudnia upłynął na rozwijaniu się polskiego frontu. 
Strzelanina poczęła jeszcze wzrastać. Front pozycyj polskich tak 
się rozciągnął dalece, że pchnięto weń wszystkie rezerwy. 
Oddziały polskie zamknęły wąwozy, by nie dopuścić do prze- 
dostania się przez nie Rosyan. Na lewo zajęli pozycye Olszyna, 
Fleszar, Grudziński; prawe skrzydło pod komendą Rylskiego po- 
sunęło się ostro jeszcze dalej naprzód. 
Żołnierz polski starał się nie marnować amunicyi: strzelał 
tylko do widocznego celu — i celnie. To też atakujący Rosyanie 
mieli ogromne straty. 
Mimo takiej oszczędności już o 11 przed południem zabrakło 
10 
100 
amunicyi; uzupełniono ją częściowo rosyjską, zabraną dnia po- 
przedniego przy ataku na pozycye nieprzyjacielskie. 
Walczące strony zbliżały się do siebie coraz bardziej. Zwła- 
szcza na lewem skrzydle zwiększała się uparta walka; doszło tam 
do kilkunastu zawziętych ataków na bagnety. 
Artylerya rosyjska opuściła walczące pierś o pierś szeregi, 
a szukała rezerw, ostrzeliwując gęsto pociskami teren, leżący zdała 
od linii czołowych. Podczas tej kanonady pękały od czasu do czasu 
pociski obok chaty, w której wódz bitwy, podpułkownik Sosnkow- 
ski, spokojnie odczytywał otrzymane raporty, badał sytuacyę swego 
odcinka, pochylając się nad mapą. Chata drży od wybuchu grana- 
tów, a on, zajęty myślą o walczącym froncie i wydawaniem roz- 
kazów, zda się nie uznawać niebezpieczeństwa, nie słyszeć nic 
oprócz ustnych raportów, składanych mu przez zdyszanych ordy- 
nansów, co dopiero nadbiegłych z frontu. 
Zawzięte ataki rosyjskie na lewe polskie skrzydło zostały 
udaremnione. Bataliony Satyra-Fleszara, Olszyny i Grudzińskiego 
stały twardo; nie zmogła ich wyborowa dywizya piechoty rosyj- 
skiej, specyalnie na złamanie polskiego frontu przysłana. 
Noc z 23 na 24 grudnia była w rowach strzeleckich bardzo 
niespokojna. Rosyanie strzelali bezustannie, podchodząc śmiało 
prawie pod same polskie okopy. Widocznie próbowali owładnąć 
pozycyami polskiemi, o które w dniu następnym ponowił się za- 
wzięty bój. 
. 
# 
Dostawa żywności na linię frontu była ogromnie utrudniona. 
Już dwie doby w ogniu stoją polskie szeregi, a jeszcze nic nie 
jadły. Nic prawie niepodobna dowieźć; wozy bezskutecznie pną się 
w nocy pod górę, konie i ludzie dobywają ostatniego tchu — da- 
remnie. Błoto i stromy teren czynią wszelkie wysiłki bezowocnemu 
Oddziały zostać muszą i nadal przy zapasach, jakie ten i ów żoł- 
nierz posiada jeszcze przy sobie. Dzielą się po bratersku ostatnim 
kawałkiem suchego chleba. 
Trzeci dzień boju był szczególnie krwawy. Linie walczących 
zbliżyły się miejscami na 30—40 kroków naprzeciw siebie. Rosya- 
nie otwarli szczególnie silny ogień artyleryjski i karabinowy na 
okopy, szukając od czasu do czasu i rezerw. Miejscami ogień był 
tak silny, że było niepodobieństwem wychylić się z okopów. Po- 
czątkowo biła artylerya rosyjska, poza okopy polskie, w artyleryę 
austryacką, ale później na okopy skierowała strzały tak celne, ze 
szrapnele pękały nad głowami żołnierzy, siejąc kule wprost do 
rowów strzeleckich. 
Po stronie polskiej wszystkie rezerwy wciągnięte zostały do 
boju, Rosyanie natomiast ciągle wzmacniali swe siły wypoczętym! 
oddziałami. Polski żołnierz wykazał w dniu 24 grudnia tyle wy- 
trwałości i męstwa, że czyny jego można godnie porównać z bo- 
147 
haterskiemi walkami lat dawnych. Czar polskiego uporu i wytrwa- 
łość, najwyższa cnota wojenna, spełniała się tego dnia, zwłaszcza, 
gdy na centrum pozycyj polskich przypuścili Rosyanie szturm, 
przygotowany piekielnym ogniem artyleryi. Ponowna próba złama- 
nia polskiego frontu nie udała się, gdyż Kuba-Bojarski wspania- 
łym kontratakiem na bagnety odrzucił Rosyan, zabierając kilku- 
dziesięciu jeńców. 
Wieczorem przyszedł rozkaz dywizyi cofnięcia się z zajmo- 
wanych stanowisk. Powoli wycofują się pojedyncze sekcye i plu- 
tony. Kilka oddziałów ściągnęło już na drogę. Sanitaryusze unoszą 
rannych. 
Drugi rozkaz dywizyi każe znów zająć opuszczone pozycye. 
Wrócono na nie w nocy, wyrzucając z nich Rosyan bagnetem, 
którzy gdzieniegdzie zdołali się już w nich umieścić. 
Wyborowa dywizya rosyjska, specyalnie, jak zeznawali jeńcy, 
na przełamanie tego frontu sprowadzona znowu, wśród trzasku 
karabinów leżała bezsilna całą noc przed cienką, wyczerpaną kil- 
kudniową walką, linią Legionu polskiego. 
25 grudnia nieco przycichło. Była to jednak cisza przed bu- 
rzą. Nieprzyjaciel wyzyskał silną mgłę poranną, aby nie ostrzeli- 
wany przez artyleryę, podsunąć do polskiego frontu kolumnę pie- 
choty i aby w sile kilku wyborowych pułków na wyczerpany pol- 
ski front uderzyć. 
Otrzymany około 10 rano rozkaz dywizyjny nakazywał utrzy- 
manie pozycyj do godz. 2 po południu. Ogólne położenie armii nie 
pozwalało na utrzymanie się na zajętych stanowiskach. 
Brygada Piłsudskiego spełniła w całości włożone na nią przez 
komendę armii zadanie: zajmowane przez siebie pozycye, bronione 
mężnie w ciągu czterech dni, opuściła 25 grudnia o godz. 2'30 
po południu, t. j . o pół godziny później, aniżeli tego rozkaz armii 
wymagał. 
Bataliony polskie zeszły z pozycyj, zostawiając przed sobą 
stosy nieprzyjacielskich trupów. Jako przykład strat rosyjskich 
może służyć Benderski pułk piechoty, w którym, według zeznania 
jeńców, po czterech dniach boju liczyły kompanie po 20—30 ludzi. 
Przedpola okopów polskich zasłało około 4000 rannych i za- 
bitych Rosyan. Polskie oddziały, będąc niemal ze wszystkich stron 
mrowiem rosyjskiem otoczone, zdołały uprowadzić z sobą zdoby- 
tych jeńców, w liczbie 600, w czem 18 oficerów. 
Straty w Legionach były ciężkie, lecz w porównaniu z zada- 
nemi Rosyanom niewielkie. Zabitych było 110, rannych 201 ofice- 
rów i żołnierzy. W szczególności ubytek w rannych i zabitych 
przedstawia się jak następuje: 
W oficerach liniowych zabitych 9 t. j. około 11%, rannych 
25, t. j . około 30% — razem 41%- 
104 
W podoficerach liniowych zabitych 22 t. j. około 9%, ran- 
nych 30 t. j . około 12% — razem 21%. 
Przeciętnie zatem w oficerach oraz podoficerach, a więc w ma- 
teryale, któryby mógł w pierwszym rzędzie zasilić korpus oficerski, 
straty wynoszą: 
W zabitych 10%, w rannych 17% — razem 27%- 
Straty w żołnierzach: 
W zabitych 79 t. j. około 3o/o, w rannych 146, t. j . około 
oVao/o — razem 8V-2o/o. 
Przeciętnie zaś straty w oficerach, podoficerach i żołnierzach 
wynoszą: 
W zabitych 110, t. j. około 3 
x 
/2, w rannych 201, t. j . około 
672% — razem 10%. 
Jak z tego zestawienia wynika, polski korpus oficerski i pod- 
oficerski poniósł pod Łowczowkiem ogromne straty. Świadczy to 
o jego bohaterstwie, o jego bezprzykładnej, prawdziwie polskiej 
pogardzie śmierci w walce z odwiecznym wrogiem. 
Ponieważ z drugiej strony ubytek procentowy w szeregow- 
cach stosunkowo do strat w oficerach i podoficerach oraz rozmiaru 
krwawego czterodniowego boju jest nie wysoki, świadczy to chlu- 
bnie o nadzwyczajnie troskliwem i umiejętnem kierownictwie. 
Po skończonym boju i wycofaniu się na głębiej położone po- 
zycye, wydał podpułkownik Sosnkowski następujący rozkaz, który 
w dniu noworocznym odczytany został I-szej Brygadzie Legionów 
Polskich: 
„Żołnierze! 
„Bój, który rozpoczęliście dnia 22 grudnia 1914 r. na wzgó- 
rzach Łowczówka i Meszny Szlacheckiej, był największym ze wszyst- 
kich, w jakich dotychczas brał udział I. Pułk Legionów. Mieliście 
do czynienia z wyborową dywizyą rosyjskiej piechoty, specyalnie 
dla przełamania tego frontu przysłaną. Mieliście sprawę z nieprzy- 
jacielem, ufnym w powodzenie. 
Ruszyły do boju nasze szeregi. W pierwszy ogień poszła na- 
sza stara gwardya, oddziały majora Śmigłego, prąc naprzód w nie- 
zawodnym ataku. W szczegółach dzielnie i sprawnie poprowadzili 
ów atak komendanci Herwin i Bukacki, pierwszy, sunąe naprzód 
wytrwale pod silnym ogniem nieprzyjaciela, drugi, oskrzydlając 
zręcznie przeciwnika, zdobywając w rozpędzie trzy rzędy okopów 
moskiewskich, wzmocnionych drutem kolczastym, wreszcie biorąc 
gęsto niewolnika. 
Już wieczorem byliście żołnierze panami pozycyj, na których 
kilka godzin temu tryumfował nieprzyjaciel. 
Odpowiedzialna skwapliwość dowódców, szlachetna odwaga 
szeregowców, męstwo jednych i drugich, nie pozwoliło nam po- 
przestać na samem spełnieniu zadania. Patrole I. Pułku w pościgu 
149 
dalej poszły, wnikając w teren, zajęty przez nieprzyjaciela. Tu pa- 
trol złożony z 8 ludzi, pod dowództwem podoficera Świderskiego, 
wziął do niewoli prawie cały sztab benderskiego pułku rosyjskiej 
piechoty, a mianowicie podpułkownika, 2 kapitanów, 2 poruczników, 
2 podporuczników, oraz dalszych licznych jeńców. 
Drugi dzień walki 23 grudnia upłynął na rozwijaniu się na- 
szego frontu, wśród coraz gwałtowniejszych starć na poszczegól- 
nych jego częściach. 
Podczas gdy prawe skrzydło z batalionem Rylskiego sunęło 
ostro naprzód, lewe z oddziałami Olszyny, Grudzińskiego, Piskora 
odbijało ataki nieprzyjaciela, zadając mu ciężkie straty. 
Drugi dzień nieprzerwanej walki postawił nas wobec braku 
amunicyi i żywności. Pierwszą zastąpiono w części karabinami ro- 
syjskimi, zdobytymi na wrogu. Żywność zastąpić nam w tym boju 
musiała twarda chęć zwycięstwa. 
Dzień 24 grudnia w przebiegu tej gwałtownej rozprawy na- 
tężeniem nie ustępował dniom poprzednim. Linie walczących tę- 
żyły się naprzeciw o 30—40 kroków odległości. Napróżno szalał 
ogień artyleryi nieprzyjacielskiej, nasz front trwał w ogniu, wszyst- 
kie rezerwy wcieliwszy w obrót walki. Front nieprzyjacielski za- 
silały wypoczęte oddziały coraz nowych grup. 
Żołnierze! uporem swym, hartem i męstwem tego dnia oka- 
zanym, wystawiliście sobie świadectwo, godne tych wszystkich, 
których sława przyświeca Waszemu orężowi. Dowiedliście, iż niema 
wysiłku i niema ofiary dość trudnej, byście jej nie podjęli, gdy 
wróg złamać Was pragnie, a Wy zwyciężać chcecie. 
Co znaczy łamać polskie fronty, przekonał się nieprzyjaciel, 
przypuszczając szturm do centrum naszej pozycyi, skąd odparty 
świetnym kontratakiem komendanta Bojarskiego, cofnął się w nie- 
ładzie, dając nam kilkudziesięciu jeńców. 
Wieczorny rozkaz cofnął naszą linię z jej stanowisk, by 
w godzinę potem ponownie ją na nie powołać. Powróciliście, wy- 
rzucając gdzieniegdzie nieprzyjaciela bagnetem z zajmowanych 
przez Was stanowisk. 
Odeszliśmy, odparłszy 16 ataków moskiewskich, zostawiając 
za sobą 100 poległych; niemniej jak 4000 rannych i zabitych prze- 
ciwnik stracił w boju pod Łowczowkiem. Odeszliśmy, uprowadza- 
jąc z sobą 600 jeńców, w tej liczbie 18 oficerów. 
Żołnierze, w bitwie pod Łowczowkiem, daliście dowód mę- 
stwa, które szacunkiem przejmuje dla Was szeregi armii, a za 
które nieprzyjaciel płaci stosami trupów i rannych. Wojenna po- 
stawa Wasza wskrzesza dawne tradycye oręża polskiego. W imię 
tej dawnej, wiecznie żywej sławy bojów i trudów polskich rozkaz 
niniejszy dorzuca do nieprzebranego skarbca imion poległych za 
Polskę bohaterów nazwiska Kuby-Bojarskiego, komendanta I baonu; 
104 150 
Słomki, zastępcy komendanta I baonu; Nielskiego, kompanijnego 
2 kompanii 1 baonu; Zagórskiego, komendanta II baonu; plutono- 
wego Króla-Kaszubskiego, Kędzierskiego, oraz wszystkich żołnierzy, 
których imiona na wieki zapamięta Ojczyzna. 
Żegnając rannych w tej bitwie życzeniem jak najrychlejszego 
powrotu do służby w imieniu Komendy, pozdrawiam Was, Żołnie- 
rze, wezwaniem zgasłego na polu walki szeregowca I. Pułku, Lu- 
bonia: 
Niech żyje Polska! Legioniści naprzód!" 
Rozkaz powyższy jest niejako skreśleniem dziejów ciężkiego 
boju, uznaniem męstwa polskiego żołnierza. 
Brygadyer Piłsudski, po powrocie z Wiednia, odezwał się ró- 
wnież serdecznie do swych umiłowanych szeregów. Serce jego na- 
pełnił wielki smutek z powodu tak bolesnego nadszarpnięcia dro- 
giej mu, walecznej drużyny. Uchylił przeto czoła przed wielkością 
jej bohaterstwa, oddając cześć tym, którzy dla idei niepodległej 
Ojczyzny złożyli w ofierze wszystko, co człowiek złożyć może: 
życie, często młode, pełne nadziei. 
Rozkaz Piłsudskiego, odczytany brygadzie w dniu 3 stycznia 
1915 r, ma następujące brzmienie: 
„Żołnierze! 
„Pięć miesięcy mija od czasu, gdy krwią własną i odwie- 
cznego wroga znaczycie istnienie w Ojczyźnie polskiego żołnierza! 
Pięć miesięcy krwawej i ciężkiej pracy, która nam dala sławę 
pierwszorzędnego wojska. 
Z pięciu tysięcy ludzi, kiórzy byli w moim oddziele, tysiąc 
padło lub zostało rannych w bojach, świadcząc przed wszystkimi, 
że za honor należenia do naszego żołnierskiego koła obficie krwią 
płacić trzeba. Cześć im wszystkim i chwała, a pamięć o nich niech 
zawsze będzie bliską naszemu sercu! My zaś bądźmy gotowi do 
dalszych walk i bojów, z których, jestem pewien, potrafimy wyjść 
może uszczupleni w swem gronie, lecz zawsze z honorem. 
U schyłku ubiegłego roku, podczas mojej nieobecności, sto- 
czyliście z przeważającemi siłami bój, najkrwawszy i najcięższy 
z tych, jakieśmy dotąd mieli. Zyskaliście w nim nową sławę i nowy 
liść wawrzynu wpletliście do wieńca sławy polskiego żołnierza. 
W imieniu sprawy, której służymy, dziękuję Wam wszystkim za 
tę pracę. Jestem dumny, towarzysze broni, że Wami przywodzę, 
jestem dumny z kłopotu, że gdy mam w rozkazie dziennym wy- 
mienić najbardziej godnych pochwały, szukać muszę czegoś nad- 
zwyczajnego, by wśród ogółu dzielnych, mężnych, znaleźć czyny, 
które nie będą dla nich powszednimi. 
Przedewszystkiem na odznaczenie zasługuje szef sztabu, pod- 
pułkownik Sosnkowski, pod którego dowództwem stoczyliście bój 
i który jeszcze raz wykazał w nim swe wysokie zdolności wojenne. 
Porucznik Burbardt, prowadząc batalion, zdobył trzy szeregi oko- 
pów, zabezpieczonych drutami, wzniecając popłoch u nieprzyjaciela. 
Podporucznik Ścieżyński z 8 ludźmi wziął w okopach 100 
nieprzyjacielskich żołnierzy jako jeńców. 
Podporucznik Bartnowski, pomimo bolesnej rany w szczękę, 
pozostał w szeregu i kierował plutonem dalej. 
Podoficer Świderski na czele patrolu z 9 ludzi przyprowadził 
jako jeńca pułkownika rosyjskiego, a przy nim 3 oficerów i 28 
ludzi, wziąwszy ich ze wsi jeszcze przez nieprzyjaciela obsadzonej. 
Wymienionym oficerom i żołnierzom za przykłady odwagi 
i zręczności żołnierskiej, jakie w tym boju dali, wyrażam w imieniu 
oddziału podziękowanie i uznanie". 
I-sza Brygada Legionów Polskich zdobyła sobie pod Łow- 
czówkiem swojem bohaterstwem u wroga sławę najwaleczniejszego 
oddziału, a szczery podziw wzbudziła wśród współwalczącej armii. 
Arcyksiążę Józef Ferdynand, komendant IV armii, wyraził osobi- 
ście podpułk. Sosnkowskiemu uznanie, jako komendantowi boju 
i rozkazał mu oświadczyć w swem imieniu wdzięczność i uznanie 
za męstwo i brawurę, z jaką Brygada stawała w walce. Komenda 
dywizyi wyróżniła bój Brygady pod Łowczówkiem specyalnym roz- 
kazem, a komenda korpusu poleciła przedstawić bez ograniczenia 
liczby listę kandydatów do dekoracyi wojennej. 
Za waleczność, okazaną w boju pod Łowczówkiem, przyznano 
I-szej Brygadzie Legionów polskich 6 wielkich medali złotych, 18 
wielkich medali srebrnych i 48 małych medali srebrnych, 72 dy- 
plomów pochwalnych. 
A jakkolwiek polski żołnierz nie poszedł do boju dla orde- 
rów i krzyżów, lecz dla wywalczenia lepszego jutra dla Polski, to 
jednakże oznaki te przyjął jako uznanie prawdziwego męstwa. 
Wycofawszy się z linii bojowej, odeszła I-sza Brygada Le- 
gionów polskich na dobrze zasłużony jednomiesięczny odpoczynek 
do Kęt, gdzie stanęła w ostatnich dniach stycznia 1915 r. 
Z końcem lutego, wypoczęty i pełen najlepszego ducha wy- 
szedł żołnierz polski na nowy plac boju w Królestwie Polskiem, 
by w dalszym ciągu wśród trudów i walk wić laurowy wieniec 
nieśmiertelnej polskiej sławy, by odwalić kamień grobowy, jaki na 
niepodległości jego Ojczyzny przywaliła przed wiekiem z górą prze- 
moc obca. 
Kraków, dnia 11 lipca 1915 r. 
SPIS TREŚCI. 
Str. 
Przedmowa 
3 
Wstęp 
5 
Rozdział 1. Wybuch wojny europejskiej 
7 
Rozdział II. Działalność stronnictw niepodległościowych 
8 
Rozdział III. 16 sierpnia 1914 r 
25 
Rozdział IV. Stanowisko Austryi, Niemiec i Rosyi wobec Legionów 
i Narodu Polskiego 
33 
Rozdział V. Mobilizacya Organizacyj Strzeleckich i odmarsz do Kró- 
lestwa 
38 
Rozdział VI. Kielce 
44 
a) Pochód na Kielce 
b) Pierwsze zajęcie Kielc 
c) Drugie zajęcie Kielc 
d) Drugi odwrót z Kielc. 
Rozdział VII. Nowy Korczyn 
79 
Rozdział VIII. Na Warszawę 
100 
a) Batalion Il-gi Norwida 
b) Batalion IV- ty Wyrwy 
c) Ułani Beliny. 
Rozdział IX. Dęblin 
107 
a) Marsz na Dęblin i bój pod Dęblinem 
b) Odwrót z pod Dęblina. 
Rozdział X. Krzywopłoty 
121 
Rozdział XI. Podhale 
132 
Rozdział XII. Łowczówek 
143 
,» .„«r-* 
1 
^ 
3W??46 
35,00 
35,00